Jo Nesbø potrafi nie tylko nadzwyczajnie skomplikować fabułę kryminału, lecz także opisać – i złamać – mitologiczną wizję społeczeństwa powszechnej szczęśliwości, a przy tym jeszcze stworzyć wiarygodnego bohatera. Musiał zostać milionerem
Reklama
okładka Magazyn 2 sierpnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Jo Nesbø, Nóż, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie 2019 / DGP
Proszę sobie wyobrazić kryminał o takim zawiązaniu akcji: ktoś morduje pisarza, autora bestsellerowych powieści detektywistycznych, uważanych za należące do najlepszych w swoim gatunku. Policjanci zaczynają uważnie badać biografię pisarza, przypuszczając, że może się w niej kryć wyjaśnienie zbrodni. Po pewnym czasie dochodzą do wniosku, że temu facetowi po prostu udawało się niemal wszystko, za co się zabrał. Jakby zawarł pakt z diabłem. Uznają więc, że w zespole śledczym, na wszelki wypadek, przyda im się demonolog.
Żarty żartami, ale Jo Nesbø (żyje i ma się dobrze) może irytować historią swojego sukcesu. Najbogatszy pisarz w najbogatszym państwie świata – spokojny, bezpretensjonalny. O sobie mówi, że jest „beznadziejnym milionerem”.
– Płacenie mi bajecznych pieniędzy to pomyłka. Tym bardziej że pieniądze mnie nie motywują ani nie wpływają na moje życie – mówił w 2016 r. podczas spotkania z polskimi czytelnikami we Wrocławiu i dodawał skromnie, że powodzenie zawdzięcza serii sprzyjających zbiegów okoliczności.
Te „zbiegi okoliczności” zaowocowały jedną z najsłynniejszych serii kryminalnych w dziejach skandynawskiej literatury noir – niedawno ukazał się u nas „Nóż”, 12. część cyklu o Harrym Hole’u, charyzmatycznym policjancie, który za wybitny instynkt śledczy i poczucie misji płaci wysoką cenę w życiu osobistym. Hole to nadwrażliwy pracoholik i alkoholik – prawie 100-proc. skuteczność przy wykrywaniu sprawców zabójstw odreagowuje w pijackich ciągach, znacząc swój szlak kolejnymi niespełnionymi obietnicami poprawy i stabilizacji.

Księżniczka, kartofel i zwariowany profesor

Nesbø pisze nie tylko o Hole’u. Ma na koncie parę innych powieści kryminalnych, skądinąd świetnych i całkiem innych niż książki o Harrym: „Syna” (2014), historię o iście starotestamentowej zemście (prawa do jej sfilmowania kupili Jake Gyllenhaal i wytwórnia Bold Films); dwie westernowe z ducha, przesycone czarnym humorem nowele – „Krew na śniegu” (2015) i „Więcej krwi” (2015), a także kryminalno-dystopijną adaptację „Makbeta” („Macbeth”, 2018). Ta ostatnia jest częścią Hogarth Shakespeare – międzynarodowego projektu przywracającego tradycję szekspirowską kolejnym pokoleniom czytelników (oprócz Nesbø zaproszono do niego twórców tej miary co Jeanette Winterson, Margaret Atwood, Howard Jacobson czy Gillian Flynn, która pracuje nad prozatorską parafrazą „Hamleta”). Powieść „Łowcy głów” (2008) – sarkastyczna kpina z korporacyjno-bankowego nuworyszostwa po norwesku – doczekała się ekranizacji pod tym samym tytułem (2011, reż. Morten Tyldum). Był to zresztą najbardziej kasowy norweski film w dziejach. To nie koniec przygód Nesbø ze sztuką filmową – w 2015 r. miał premierę pierwszy sezon serialu „Okupowani” według jego pomysłu (nakręcono do tej pory dwa sezony): w obliczu kryzysu energetycznego Rosja, w porozumieniu z Unią Europejską, rozpoczyna okupację Norwegii, żeby przejąć kontrolę nad wydobyciem ropy i gazu ziemnego. Dziwna to, hybrydowa, prawie niewidzialna okupacja.
Nesbø pisze zresztą nie tylko dla dorosłych – z powodzeniem funkcjonuje także jako autor przeznaczonego dla dziecięcych czytelników pięciotomowego cyklu o szalonym wynalazcy Doktorze Proktorze (2007–2017). Są to książki przewrotne, bardzo zabawne, choć operują często niezbyt subtelnym humorem (to nie wada – dzieci lubią się śmiać z niewybrednych dowcipów). Historie o Doktorze Proktorze Nesbø zaczął pisać na zamówienie swojej córki: „Miała jasno określone żądania: chciała mieć tam dinozaura. I żeby chłopiec był mniejszy od dziewczynki. Chciała księżniczkę, kartofla i zwariowanego profesora. (...) Żartowaliśmy sobie, że jest współautorką, ale tylko do momentu, gdy zaczęła sugerować podział honorariów” – opowiadał autor w wywiadzie dla brytyjskiej gazety „The Telegraph”. „Jeśli cykl o Harrym Hole’u przywodzi mi na myśl skomplikowane dyrygowanie orkiestrą symfoniczną, to Doktor Proktor jest niczym pójście do klubu jazzowego, żeby poimprowizować z tamtejszym bandem. Co nie znaczy, że pisanie dla dzieci jest łatwiejsze”.

Batman z Oslo

Urodzony w 1960 r. Nesbø twierdzi, że pochodzi z familii utalentowanych opowiadaczy (do tego matka była bibliotekarką) i że snucie historii ma we krwi. Zaczynał jednak od... futbolu: jako nastolatek grał w klubie Molde FK, zdążył nawet zadebiutować w norweskiej ekstraklasie. Marzenia o karierze w Premier League (a zwłaszcza w Tottenhamie) uniemożliwiła katastrofalna kontuzja – zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanie. Nesbø zajął się więc w życiu czymś innym: po studiach ekonomicznych został dziennikarskim wolnym strzelcem, potem także maklerem giełdowym. Z bratem Knutem i trzema kolegami założył w 1992 r. zespół Di Derre – z którym zresztą odniósł spory sukces (co w wypadku Nesbø nie powinno dziwić), grając melodyjny pop zaprawiony rockiem i country. Krótka wizyta na YouTubie wskazuje zresztą, że Di Derre gra do dziś, nieodmiennie z Jo Nesbø na wokalu.
Pisarz podchodzi dość autoironicznie do swojego popgwiazdorstwa z lat 90.: „W kawiarni siedziałem obok dwóch facetów, którzy rozmawiali o moim zespole, co rusz zerkając na mnie ukradkiem. Czułem, że chcą się upewnić, czy ja to ja i czy mógłbym dać im autograf. W pewnym momencie jeden z nich nie wytrzymał, odwrócił się w moją stronę i spytał: «Ej, mogę pożyczyć twoją popielniczkę?» (...) Byliśmy dziwnym zespołem, zespołem bez twarzy. Ludzie znali nasze piosenki, ale nie wiedzieli, jak wyglądamy” – opowiadał kanadyjskiemu magazynowi Hazlitt.net.
W tym samym wywiadzie wspominał, jak zaczęła się jego przygoda z prozą. „Pracowałem jako makler i grałem w zespole – w ciągu roku wyjechaliśmy 180 razy na koncerty. Musiałem odpocząć. Poleciałem do Australii, już w samolocie zacząłem planować powieść. Na miejscu wystartowałem z pisaniem w środku nocy, bo nie mogłem spać ze względu na jet lag. (...) «Człowiek nietoperz» wziął się z ciekawości – chciałem się dowiedzieć, jak się pisze powieść. Pierwszą wersję miałem gotową w pięć tygodni, nigdy od tamtego czasu nie pisałem już tak szybko”.
„Człowiek nietoperz” (1997) to nie tylko debiut Nesbø, ale też narodziny Harry’ego: Hole zostaje wysłany do Australii, aby wspomóc policję w Sydney w schwytaniu sprawcy zabójstwa młodej norweskiej celebrytki. Nesbø zwiedzał kraj, a miejsca, które zobaczył, od razu wplatał w fabułę kryminału.
Mimo że „Człowiek nietoperz” otrzymał w 1998 r. nagrodę Szklanego Klucza dla najlepszej skandynawskiej powieści kryminalnej, dopiero trzecia książka z cyklu, „Czerwone gardło” (2000), okazała się przełomem, tyle artystycznym, ile komercyjnym. To od niej zaczyna się prawdziwy Hole: neurotyczny, nieustępliwy, niesubordynowany samotnik chodzący po Oslo własnymi ścieżkami, stępiający alkoholem wyczulone zmysły i adrenalinowy głód, lawirujący na krawędzi oddzielającej światło od ciemności.
Hole wiele zawdzięcza postaci Batmana, tej odświeżonej (a może nawet wymyślonej od nowa) w latach 80. XX wieku przez Franka Millera, a Oslo to jest jego Gotham City. Mroczna komiksowość rodem z najlepszych kart amerykańskiej popkultury antybohaterskiej nie grała jeszcze w „Czerwonym gardle” pierwszych skrzypiec, o wyjątkowości tej książki zadecydowały po części jej formalna odwaga (to w połowie powieść historyczna rozgrywająca się w latach II wojny światowej wśród norweskich ochotników na żołdzie SS na froncie wschodnim) i swoboda w przełamywaniu zmowy milczenia wokół norweskiej kolaboracji z nazizmem, a po części ważny dla autora wątek osobisty: kiedy Jo miał 15 lat, dowiedział się, że jego ojciec zaciągnął się do sprzymierzonego z SS Ochotniczego Legionu Norweskiego, by walczyć z bolszewizmem. Była to dla chłopca informacja szokująca, ale też pobudzająca wyobraźnię. „Nauka, jaką z tego wyciągnąłem, była taka, że zawsze należy patrzeć na sprawy z różnych punktów widzenia” – mówił Nesbø w rozmowie z „New Yorkerem”. Ojciec nie próbował się zresztą usprawiedliwiać, po wojnie odsiedział za kolaborację trzy lata w więzieniu, co i tak było, jak miał twierdzić, niewielką karą za tego rodzaju pomyłkę. „Był uczciwy. Nigdy nie szukał łatwych wyjaśnień wyborów, których dokonał. Nigdy nie chciał żyć w fałszywym komforcie zakłamanego życia” – twierdzi pisarz.
„Czerwone gardło” daje przedsmak szczególnej empatii, do jakiej jest zdolny Hole (a pośrednio i Nesbø) w procesie rozszyfrowywania motywacji przestępcy. Mordercy – nieważne, jak bardzo perwersyjni, odklejeni od rzeczywistości, wykolejeni – kierują się własną racjonalnością i udaje się ich zdemaskować właśnie dlatego, że ich zrozumiano. Więcej nawet, oni się tego zrozumienia domagają.
Swoją drogą, Hole odstaje od wielkomiejskiego policyjnego towarzystwa nie tylko usposobieniem i umysłowością, lecz także imieniem: „Harry to najbardziej wieśniackie imię, jakie można sobie wyobrazić. Istnieje nawet norweski idiom «Być Harrym», czyli karkiem z wioski. (…) W latach 70. mówiliśmy «Harry» na kolesi ubranych jak Elvis, to byli goście z prowincji, którzy przyjeżdżali do miasta i nie wiedzieli, co mają na siebie założyć. A zatem Harry to nie jest imię śmieszne, lecz raczej niewygodne. Niby normalne, ale facetowi, który mieszka w Oslo i nazywa się Harry, dodaje jednak szczególnego charakteru” – objaśniał Nesbø w jednym z wywiadów.

Strzał w serce demokracji

Nesbø rozkręcał się z powieści na powieść, dając pokaz swojej wirtuozerii w planowaniu fabuły, kreowaniu fałszywych tropów i atmosfery podejrzeń, a także eskalując okrucieństwo. W tej kategorii prym wiodą chyba „Pierwszy śnieg” (siódma część cyklu z 2007 r. – nieudolnie niestety sfilmowana dwa lata temu przez Tomasa Alfredsona), wstrząsający moralistyczny thriller z elementami ewidentnie zapożyczonymi z poetyki horroru gore, oraz następujące po nim „Pancerne serce” (2009), rozgrywająca się na trzech kontynentach historia w zasadzie superbohaterska – ale z superbohaterem skutecznie pogrążającym się w mroku.
Do tego momentu u Nesbø przybywało przyprawiających o zawrót głowy fabularnych twistów, jednak od 2011 r. i „Upiorów” (dziewiątej części serii) tonacja cyklu się zmienia, wycisza, skupia się na postaci Harry’ego i jego najbliższych, przenosi ciężar z kalejdoskopowej akcji na psychologiczną wiarygodność, kwestie odpowiedzialności, lojalności, zaufania – choć autor nie rezygnuje z krwawej estetyki. To może przypadek, ale w tym czasie również Norwegii przydarzyło się coś ważnego.
22 lipca 2011 r. Anders Breivik dokonał dwóch zamachów terrorystycznych – od bomby podłożonej w samochodzie pułapce przy kancelarii norweskiego premiera w Oslo zginęło osiem osób, kolejnych 69 zabił na wyspie Utøya w letnim obozie młodzieżówki Partii Pracy. Breivik w przebraniu policjanta strzelał do nastolatków jak do kaczek, w swoim mniemaniu likwidując przyszłą norweską elitę polityczną. Był to czyn psychopatycznego mordercy, rasisty i sympatyka ruchów neonazistowskich, ale – niczym w kryminale Nesbø – miał swoją wewnętrzną racjonalność: agresor uderzył w samą istotę norweskiej demokracji i dobrobytu, w sielankę bazującą na zaufaniu i niewierze w istnienie obiektywnego zła. Znamienna była więc kolektywna reakcja Norwegów na tę zbrodnię – w pewnym sensie jej wyparcie.
– Zemsty nie było i prawdopodobnie nie będzie. Jest ból, jest żałoba, jest ta słynna odpowiedź premiera, że na nienawiść odpowiemy jeszcze większą otwartością i jeszcze większą tolerancją. (...) Oczywiście można spytać, jak zareagowałaby Norwegia, gdyby to nie był „jeden z nas”, ale np. terrorysta islamski – czy Norwegowie byliby tacy otwarci i skłonni do miłości bliźniego? – mówiła w rozmowie z DGP polsko-norweska historyczka kultury Nina Witoszek.
Szok związany ze zbrodnią Breivika – popełnioną przez etnicznego Norwega w niesłychanie zamożnym kraju o minimalnej przestępczości i potężnym systemie socjalnych zabezpieczeń – udzielił się też Nesbø. W słynnym tekście „Mojego kraju już nie ma” pisał o Norwegii jako o miejscu, w którym „lęk przed drugim człowiekiem nie zdołał się zakorzenić”, więc „nawet jeżeli nie ma drogi powrotu do tego, co było kiedyś, do niewinności, do całkowitego, nieświadomego, naiwnego braku lęku, to istnieje droga naprzód. Trzeba być dzielnym. (...) Nie pozwolić, żeby to strach dyktował warunki, na których dalej będziemy budować nasze społeczeństwo” (przeł. Iwona Zimnicka).
Tkwi w tym paradoks: oto Norwegia – jeden z bastionów współczesnej powieści kryminalnej zasiedlonej przez całą armię dewiantów, psycholi, pedofilów, krzywdzicieli kobiet, mścicieli, diabolicznych technokratów, faszystów, szowinistów, ambicjonerów, zdesperowanych życiowych rozbitków i emocjonalne kaleki – odkrywa nagle, że zło jest, że może dotknąć każdego z nas i że być może każdy z nas mógłby popełnić zbrodnię. Więcej nawet: odkrywa to autor powieści miejscami tak sadystycznie okrutnych, że trzeba przy lekturze mrużyć oczy i powtarzać sobie, że to fikcja.
W takiej sytuacji pojawia się oczywiście pytanie – choć brak tu miejsca na udzielenie odpowiedzi: jaką terapeutyczną funkcję pełni skandynawski kryminał dla swoich skandynawskich czytelników? Czy mieszkańcy Raju lubią sobie po prostu poczytać o Piekle?

Norweski góral w meczecie

Tak czy owak wspomniane już przesunięcie w twórczości Nesbø sprowadza się do tego, że Harry Hole – na tyle, na ile popkultura może wiarygodnie pracować z takimi tematami – próbuje wytyczyć granicę, która oddziela zło od dobra, instynkt od wyuczonego gestu, dzikość od cywilizacji, chaos od porządku, miłość od nienawiści. Próbuje, dosłownie, ratować swój świat. Oczywiście granica jest płynna, niedookreślona i może przebiegać przez sam środek pojedynczej ludzkiej duszy. To właśnie jest głównym tematem „Noża”: ta osobliwa, manichejska walka wewnętrzna. Trzeba przyznać, że niewielu pisarzy dałoby radę udźwignąć konstrukcję tej powieści – rzadko zdarzają się kryminały do tego stopnia skupione na psychologii głównego bohatera, na jego dramatycznym rozdarciu.
Tym, którzy nie czytali jeszcze serii o Harrym Hole’u – czy tacy w ogóle istnieją wśród konsumentów kryminałów? – polecałbym lekturę całego cyklu, co najmniej od „Czerwonego gardła” (dwie pierwsze części można sobie chyba darować). Hole to postać, która się rozwija, starzeje, gorzknieje i nabiera doświadczenia wraz z kolejnymi odsłonami cyklu. Równie ważny jest także wątek miłosny: skomplikowana historia związku Harry’ego z Rakel Fauke rozpisana na 10 tomów. Bez znajomości tych kontekstów trudno pojąć motywację Hole’a, a także rozmiary jego klęski.
Warto podkreślić, że Nesbø świetnie brzmi w przekładach Iwony Zimnickiej – oddają one stonowany sarkazm tych tekstów, ale też ich walor poznawczy, ostatecznie powieści te opowiadają przy okazji o dwóch dekadach norweskiej historii: „A jeśli był to dzień powszedni, [Øystein Eikeland, stary kumpel Hole’a] dostawał filiżankę kawy od Alego Stiana, syna Pakistańczyka i Norweżki, który – tak jak jego imię – stał w rozkroku, ale stabilnie jedną nogą w każdej z obu kultur. Pewnego roku, kiedy święto 17 maja (norweski dzień konstytucji – red.) wypadało w piątek, ktoś widział Alego Stiana klęczącego na dywaniku modlitewnym w miejscowym meczecie, ubranego w norweski strój ludowy z Gudbrandsdalen”.
Jo Nesbø, Nóż, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie 2019