Skoro przeżyliśmy już zmierzch filmowej taśmy i zgodziliśmy się na to, żeby zamiast w kinie coraz częściej oglądać filmy w internecie, zaakceptujemy też odrzucenie klasycznych reguł opowiadania – mówi Urszula Antoniak, reżyserka filmu „Strefa nagości”
„Strefa nagości” – film pozbawiony dialogów, opowiedziany językiem ciała i zmysłów – to chyba najbardziej ryzykowny projekt w twojej dotychczasowej karierze. Jak umiejscowiłabyś go na tle współczesnego kina autorskiego?
Trudno powiedzieć, bo jego panorama przez cały czas ulega zmianom. Dawniej za wyznacznik artyzmu uważano canneńską sekcję „Piętnastka reżyserów”, która została założona pod koniec lat 60. w proteście przeciw zachowawczości konkursu głównego. Tyle że teraz w „Piętnastce...” coraz częściej pojawiają się horrory i komedie, tylko odrobinę mniej stereotypowe niż te, które zwykle oglądamy w kinach. Nawet w filmach uznawanych za artystyczne brakuje mi dziś trochę odwagi, wyrazistości, inteligentnej prowokacji. Być może dzieje się tak dlatego, że kino w coraz większym stopniu staje się gałęzią biznesu, a w środowisku rośnie pozycja agentów sprzedaży. Gdy pokazałam kilku z nich fragmenty „Strefy nagości”, usłyszałam dość zaskakujące uwagi. Nie mam pojęcia, jak przy filmie traktującym o niedopowiedzeniu, grze i teatrze uwodzenia można było żądać większej ilości scen erotycznych? Szukanie tego rodzaju rozgłosu zupełnie mnie nie interesuje.