Kiedy Europejczycy robią kino w stylu hollywoodzkim, doceniamy starania, wybaczamy niedociągnięcia. Kiedy Amerykanie robią kino w stylu europejskim, nie mogą liczyć na taryfę ulgową, przynajmniej w tej części globu. Sprzężenie zwrotne? Brak. Tylko nam wolno się potknąć, ścigając Amerykę.
Europejski w stylu film Angeliny Jolie-Pitt jest obrzucany negatywnymi słowami krytyki. Tymczasem nie trzeba wiele życzliwości, by docenić jego poszczególne elementy. Zwłaszcza estetykę zdjęć. Kamera Christiana Bergera jest tutaj niemal osobnym bohaterem. Krąży gdzieś między małżeństwem z 14-letnim stażem, przyglądając się mu z niezrozumieniem i niepokojem. To właśnie dzięki niej udaje się zbudować klimat tego filmu, gęsty, frapujący, przypominający, że w hotelowym pokoju we Francji, gdzie bohaterowie zatrzymali się na dłużej, kotłują się emocje, które wreszcie będą musiały znaleźć drogę kanalizacji. Jak w filmach Michaela Hanekego, którego Berger jest nadwornym operatorem.
Kontrapunkt tworzą scenografia i kostiumy, pełne przepychu i żywych kolorów, o ostrych fakturach i wyraźnych kształtach. Są jak z obrazów Douglasa Sirka. Wszędobylskość zieleni, nonszalancko palone papierosy i dziura w ścianie wykorzystywana do podglądania sąsiadów, młodszych, piękniejszych, pełnych wigoru – to z kolei elementy jak z dzieł Luchina Viscontiego.