„Zabójczyni” z sensacyjnego, krwawego kina historycznego staje się filmem o dojrzewaniu do budowania własnej tożsamości
Najprościej „Zabójczynię” czytać jako feministyczną odpowiedź na filmy w rodzaju „Domu latających sztyletów”. Tytułowej, żyjącej w Chinach w X wieku bohaterce nie mrugnie powieka, kiedy przyjdzie dokonać jej kolejnego morderstwa. Nie ma na nią mocnych.
Ale nie o kobiecy punkt widzenia tu chodzi. Płeć bohaterki znaczenie ma dla fabuły i dla wydźwięku filmu niewielkie. Reżyserowi bardziej niż na feministycznym wuxia zależało na stworzeniu nietypowego coming of age story. Wychowana przez mniszkę bohaterka ma jasno sprecyzowane priorytety. Na pierwszym miejscu stoi posłuszeństwo wobec swojej pani. A ta ma dość nietypowe wymagania. Podopieczną wykorzystuje do eliminowania kolejnych watażków, którzy – w jej odczuciu – doprowadzają do zguby państwo i naród. Początkowo zabójczyni ślepo podporządkowuje się zleceniom przełożonej. Do czasu.