WYWIAD | „Gdy piszę scenariusz, otwieram się na historie, obrazy, strzępy dialogów, które przychodzą do mnie zewsząd”. Mia Hansen-Love, reżyserka filmu „Co przynosi przyszłość”, opowiada o ciekawości świata, przezwyciężaniu kryzysów i fascynacji kinem Erica Rohmera
„Co przynosi przyszłość” to zaskakująco pogodny film o egzystencjalnym kryzysie. W jaki sposób udało ci się osiągnąć ten paradoksalny efekt?
Dla mnie samej było to zaskoczenie. Gdy zaczynałam pracę, czułam się, jakbym realizowała nie dramat psychologiczny, ale horror. Zwykle jestem wobec nowych projektów pełna entuzjazmu, tym razem odczuwałam jednak napięcie, pierwszy raz w życiu zwierzałam się przyjaciołom, że tak naprawdę wcale nie chcę wchodzić na plan. Byłam przekonana, że o starzeniu się nie sposób opowiedzieć inaczej niż w sposób mroczny i depresyjny. Kiedy wpadłam na pomysł, by nadać swojemu filmowi tytuł „L’avenir” („Przyszłość”), byłam pewna, że jego wydźwięk wyda się mocno sarkastyczny. A jednak w trakcie pierwszego seansu zorientowałam się, że główna bohaterka, którą początkowo traktowałam z dystansem, jest mi bardzo bliska, a sama opowieść okazała się chyba najbardziej optymistyczna w mojej dotychczasowej karierze. Jak widać, „Co przynosi...” to żywy dowód na to, że dzieło bywa czasem mądrzejsze od twórcy.