Zarówno Mike Patton, jak i Damon Albarn mają genialne głosy, szaloną muzyczną wyobraźnię i zarobili już tyle pieniędzy, że wydawać nowe płyty mogą już wyłącznie dla satysfakcji. Wciąż jednak poszukują i zaskakują. Pierwszy postanowił wrócić ze swoim najgłośniejszym projektem Faith No More, drugi z Blur. Słuchając ich nowych płyt, trudno mówić o albumach historycznych, ale na pewno Patton, Albarn i ich koledzy z zespołów pokazali nimi, że na miejsce w encyklopediach muzyki zasłużyli jak mało kto.

W wywiadzie dla radia BBC w lutym członkowie Blur mówili, że do nagrań na „The Magic Whip” doszło trochę przez przypadek, po raz pierwszy już dwa lata temu. Mieli wtedy grać koncert w Japonii, ale wydarzenie zostało odwołane. Ponieważ mieli pięć dni wolnego, postanowili wykorzystać je w studiu w Hongkongu. Weszli tam bez żadnego planu i presji, chcieli się po prostu dobrze bawić. Przyznali, że mieli wtedy masę pomysłów i idei, że działy się rzeczy nieprzewidziane. Czuli się trochę jak w garażowych czasach, kiedy zaczynali karierę.

A zaczynali na przełomie lat 80. i 90., ustawiając się na początku jakby w kontrze do popularnego wówczas grunge’u, który przypłynął z Seattle. Ich pierwszy krążek „Leisure” z 1991 roku otrzymał mieszane recenzje. Zespół wyczerpany promującą go, także w USA, trasą, miotany awanturami we własnym gronie postanowił ukoić problemy w studiu. W 1993 roku Blur wypuszczają znakomity krążek „Modern Life Is Rubbish”. Recenzent „Guardiana” nazwał go nawet jednym z najważniejszych w latach 90. Album nie zyskał jednak wcale rzeszy fanów. Inaczej stało się z późniejszym zaledwie o rok „Parklife”. Najostrzejsze dotychczas w ich dorobku dzieło pokryło się na Wyspach czterokrotnie platyną. Blur, obok Oasis, stali się ikoną britpopowego pokolenia, które odcięło się od niszczycielskiego punk rocka, a postawiło na piosenki, nie wstydząc się ich popowego potencjału.

Sukces „Parklife”, jak przyznał gitarzysta grupy Graham Coxon, zmienił Blur z zespołu postrzeganego jako alternatywny w popową sensację. Wtedy też na dobre rozpętała się britpopowa wojna z Oasis nazwana przez media „The Battle of Britpop”. Blur porażali płodnością. Zaledwie rok po „Parklife” wypuścili jeszcze bardziej eklektyczny „The Great Escape”. Prasa pisała o absolutnych wyżynach kreatywności. Kolejny album to znowu zaledwie dwa lata przerwy. „Blur”, głównie dzięki Coxonowi, przepełniona jest hałaśliwymi gitarami nawiązującymi do gitarowej muzyki zza oceanu. Wystarczy posłuchać jednego z ich największych hitów z tego krążka, „Song 2”.

Następne dzieło powstało m.in. pod wpływem burzliwego, naznaczonego przez heroinę związku Albarna z Justine Frischmann – liderką zespołu Elastica. Zresztą sam Damon o tym okresie mówił: „Krzykliwy schemat britpopu został zastąpiony przez znacznie ciemniejsze odcienie i życie wielu ludzi było dość zniszczone przez heroinę”. Dodatkowo stosunki w kapeli nie były najlepsze. Wyprodukowana przez Williama Orbita, przepełniona eksperymentami „13” ponownie pokazała jednak Blur jako zespół rozwijający się. Członkowie bandu zaczęli w tym czasie realizować się w innych projektach. W 1998 roku Graham Coxon nagrał pierwszy solowy album, basista Alex James sformował projekt Fat Les, pisał też dla Marianne Faithfull. Z kolei Albarn zaczął realizować się w soundtrackach (m.in. „101 Reykjavík”), powołał również do życia projekt Gorillaz. Jego wirtualna kapela animowana przez rysownika Jamiego Hewletta podbiła publiczność po obu stronach Atlantyku. Na początku XXI wieku Coxon opuścił Blur. Bez niego zespół nagrał jeszcze pełen elektronicznych brzmień album „Think Tank”. Wtedy na kilka lat nastąpiła przerwa, a muzycy skupili się na wspomnianych solowych projektach. Trwała ona do 2009 roku, kiedy Blur zaczęli ponownie grać koncerty. W 2013 roku pojawili się na Open’erze. Na nowy materiał musieliśmy jednak poczekać aż do dziś.

Płyta „The Magic Whip” już zbiera świetne recenzje. To na pewno jeden z najlepszych i najciekawszych krążków w ich karierze. Albarn błyszczy na wokalu, a muzycy dokładają do tego eklektyczne dźwięki, bawiąc się gitarami i elektroniką. Trafnie napisał o nim brytyjski „The Telegraph”: „To tryumf Blur. Podtrzymując cechy, które identyfikowały ich przed laty, dali upust ideom, które każdy z członków realizował w osobnych projektach. To dojrzała i osobliwa kombinacja”. We wspomnianym na początku radiowym wywiadzie członkowie Blur przyznali, że „The Magic Whip” to najlepsze, co zdarzyło się między nimi od lat. Obyśmy na kolejny materiał nie musieli czekać tuzin lat.

Dobrze, żeby Faith No More też szybciej weszli do studia niż za kolejne 18 lat, bo ich siódma płyta „Sol Invictus” jest więcej niż przyzwoita. Muzycy dochodzili do niej podobnie jak Blur, najpierw koncertując po dłuższej przerwie. Wreszcie jak przyznał w jednym z wywiadów klawiszowiec grupy Roddy Bottum: „Byliśmy zwyczajnie znudzeni tym, co robiliśmy. Inna sprawa, że czuliśmy, iż naprawdę spore grono osób obserwuje nas, wzoruje się na nas i inspiruje naszą muzyką. Granie starych kawałków na wielkiej scenie, z tłumem ludzi, którzy cię oglądają znów i znów, jest łatwe i zbyt bezpieczne. My tacy nie jesteśmy. Lubimy wszystko robić na opak oraz podejmować wyzwania”. Podjęli wyzwanie i mimo że fani psioczyli po pierwszej wypuszczonej piosence z „Sol Invictus”, warto czekać do połowy maja na premierę krążka. Wypełnia go mieszanka posępnych dźwięków, intensywnych, choć niespecjalnie skomplikowanych motywów i delikatnych dodatków chociażby z pianina oraz wokalnych wariacji Pattona.

Mike po raz kolejny pokazuje, że ograniczenia gatunkowe dla niego nie istnieją, sprawdza się praktycznie w każdej estetyce. Tak było, gdy nagrywał z elektronicznym eksperymentatorem Fenneszem, śpiewając włoskie klasyki na „Mondo Cane”, growlując w projekcie Fantomas, nagrywając duety w Peeping Tom czy mocny hałas z Tomahawkiem, współpracując z awangardzistą Johnem Zornem albo Kronos Quartet. W wywiadach członkowie Faith No More podkreślają, że w studiu chcieli powrócić do swoich korzeni, czasów, kiedy płyty wymykały się jednoznacznemu zaszufladkowaniu. Tak było z pierwszą płytą Faith No More z Pattonem. „The Real Thing” z 1989 roku jest różnorodną mieszanką mocnego rocka, funkującego basu i rapowanych zwrotek w pamiętnym kawałku „Epic”. Późniejszy o trzy lata „Angel Dust” okazał się dziwaczną mieszanką trafnie określaną przez jednego z recenzentów „apokaliptycznym rockiem”. Kolejny krążek „King for a Day... Fool for a Lifetime” doczekał się określeń „sarkastyczny”, „prowokacyjny” i „nowocześnie progresywny”. Za to już ostatni materiał przed przerwą – „Album of the Year”, zebrał mieszane recenzje za swoją małą wyrazistość.

„Sol Invictus” też trudno przyporządkować do jednego gatunku, to po prostu eklektyzm a la Faith No More. Niepodrabialny, zupełnie jak muzyka Blur.