Słowacka reżyserka Mira Fornay najpewniej nie zostanie ambasadorką swojego kraju. W filmie „Mój pies Killer” pokazuje bowiem miejsce, gdzieś na granicy słowacko-morawskiej, w którym dobrze być jedynie przejazdem. I to najlepiej szybkim, bo w tym wypadku widok z okna w zupełności wystarczy.
To miejsce odarte z jakichkolwiek perspektyw, w którym dłuży się dosłownie każda sekunda. Poczucie beznadziei miesza się z powszechną nieufnością, nawet w obrębie podstawowej komórki, jaką jest, a może raczej powinna być, rodzina. Wszyscy patrzą na siebie bykiem, a jedynym przejawem funkcjonowania lokalnej społeczności jest grupa miejscowych skinheadów, dla których największy autorytet stanowi Jozef Tiso. W takim środowisku przyszło dorastać Markowi – 18-latkowi z ogoloną głową i charakterystycznymi tatuażami na szyi. Bohaterowi, którego szufladkujemy bardzo szybko, pewnie już po pierwszych scenach agresywnej zabawy z pitbullem o wiele mówiącym imieniu Killer. W miarę rozwoju fabuły przekonujemy się jednak o tym, jak mylny był początkowy osąd. Zawieszony między młotem a kowadłem i nieustannie miotający się chłopak stanowi tak naprawdę centrum tego surowego, utrzymanego w chłodnej tonacji dramatu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.