Kto powiedział, że soul to jedyna prawdziwa muzyka duszy? W kwestiach muzycznego spirytualizmu, wymyślania własnych języków, a także wirtuozerii w grze na najcieńszych strunach ludzkiej duszy Lisa Gerrard nie ma sobie równych. Jej najnowsza płyta „Twilight Kingdom” nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń.

Alternatywa | Cały świat zna ją z „Gladiatora”. Często nie ma pojęcia, jak nazywa się wokalistka, ale anielski głos, towarzyszący losom Maximusa, zapada w pamięć bardziej niż jego przygody. Potem ten sam nieziemski kontralt wyśpiewał m.in. „Człowieka w ogniu”, „Mgłę” i „Ja, Frankenstein”. A teraz, już poza ekranem, stworzył swoje opus magnum. Płyta „Twilight Kingdom” operuje tymi samymi środkami: mistyczny klimat, aranżacyjne przestrzenie, wokalizy w wymyślonych językach, ścieżki wokalne posplatane w chóry i niespieszne tempo, a jednak brzmi pełniej, bardziej konsekwentnie. To album piękny, introwertyczny, by nie powiedzieć kontemplacyjny. Melodie delikatne jak pajęcze nici splatają się w kompozycje, nastrojem i klimatem przypominające religijne hymny. A wszystko to – co jest częstym grzechem artystów poruszających się na pograniczu muzyki klasycznej, world i new age – nie dłuży się w nieskończoność. Raptem 10 utworów – 45 minut. Ale to najpiękniejsze muzyczne trzy kwadranse, jakie zgotowała fonografia w tym roku.

Tu ostrzeżenie dla tych, którym do tej pory udało się uchować przed „Gladiatorem”. Nie jest to płyta dla każdego. Nie ma tu mocnego rytmu, chwytliwych refrenów i feerii syntezatorów. I za to Lisie Gerrard chwała. Istnieje wiele epitetów, którymi można próbować opisać muzykę Lisy Gerrard. Ale nie chcąc popadać w banał, powiem tylko, że przy „Twilight Kingdom” bledną nie tylko jej dotychczasowe solowe dokonania, lecz także ostatnie płyty Dead Can Dance.

Jest też na tej płycie artystyczny szok. Wśród współpracowników, między kompozytorem filmowym Patrickiem Cassidym, grającą na instrumentach klawiszowych Astrid Williamson a recytującym Gladiatorem, czyli Russellem Crowe’em, pojawia się Daniel Johnson. Występ wokalisty grupy Silverchair, która półtorej dekady temu odcinała kupony od mody na grunge, jest równie zaskakującym wydarzeniem, co duet Nicka Cave’a z Kylie Minogue sprzed 19 lat. I tak samo jak wtedy nie wydaje się zgrzytem, ale naturalną koleją rzeczy. Tak jak krakowski występ pod koniec września, podczas którego Lisa Gerrard ma odśpiewać utwory z „Gladiatora”. A może też coś z „Twilight Kingdom”… Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tam zabraknąć.

Lisa Gerrard | Twilight Kingdom | Gerrard Records | Recenzja: Hubert Musiał | Ocena: 5 / 6