Autopromocja

"Boże mój": Biedny Pan B.

"Boże mój" Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
"Boże mój" Teatr im. Stefana Jaracza w ŁodziMedia
10 kwietnia 2014

Dramat Anat Gov „Boże mój!” zderza nas z sytuacją: przychodzi Pan Bóg do lekarza. Trzeba wielkości aktorów łódzkiego Teatru Jaracza, by tego nie ośmieszyć, ale uczynić przejmującą przypowieść o bezradności i wierze.

No dobrze, nie do lekarza, a do psychoanalityczki. Jednak to nawet lepiej, bo sztuka Gov nie jest w żadnym razie wykładem moralnych racji ani głoszonym z wyżyn ambony kazaniem o zagubionym świecie, ale opowieścią pisaną z humorem i ironią. Zmarła w 2012 roku izraelska autorka ma dziwną zdolność. Najwyraźniej lubi swych połamanych, skrzywdzonych bohaterów, dając im może nie posągowe, ale za to bardzo ludzkie twarze. Sympatia szybko udziela się widzom. Półtorej godziny przedstawienia Jacka Orłowskiego mija w mgnieniu oka. Kibicujemy psycholożce i jej niecodziennemu pacjentowi. Chcemy wyjść z nimi z teatru silniejsi, może ciut więcej rozumiejący. Rzadka to okoliczność – „Boże mój!” Gov w świetnym tłumaczeniu Agnieszki Olek jest dla każdego. Można odbierać je na poziomie anegdoty, nie uchroniwszy się od wzruszenia. Można wejść poziom wyżej, u izraelskiej dramatopisarki odnajdując myśl o porządku świata. A przy tym jedno nie wyklucza drugiego.

W teatrze Jacka Orłowskiego czuję się bezpiecznie. Wiem, że reżyser nie zderzy mnie z literackim humbugiem, mam pewność, że zobaczę na scenie rzecz uczciwą. Orłowski nie biegnie za stadem. Nie proponuje formuł otwartych, gdzie bieg akcji zależy od aktualnego kierunku wiatru. Nie przepisuje klasycznych tekstów, a jedynie czasem dla teatru je adaptuje. Nie udaje, że jest mądrzejszy od autora i że jego dzieła przywraca dla sceny. Po prostu sięga po takie utwory, które podobnej reinkarnacji nie potrzebują. Wystarczy uważnie je przeczytać. Nie wiem już, czy „Boże mój!” to dwunaste czy trzynaste zawodowe spotkanie Orłowskiego z Bronisławem Wrocławskim. Pierwszy raz pracowali nad sztuką „Tutam” Bogusława Schaeffera ponad dwadzieścia lat temu. Potem przygotowali między innymi „Wujaszka Wanię” Czechowa, „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” Horvatha, „Przypadek Iwana Iljicza” Tołstoja oraz „Śmierć komiwojażera” Milera, a przede wszystkim cykl monodramów Erica Bogosiana, zapoczątkowany „Seksem, prochami i rock’n’rollem”. Widziałem większość z tych ról, mam je pod powiekami. Po Bogosianie zaś pisałem, że Wrocławski to może jedyny polski aktor amerykański. Z taką zdolnością do błyskawicznej transformacji, energią rozsadzającą scenę, tak piekielnie plastyczny. Jeden z największych, jakich mamy.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png