"Test na życie” mierzy się z tematem epidemii HIV w USA w latach 80., ale robi to w sposób tak anemiczny, że nie jest w stanie ani pobudzić do refleksji, ani oddać czci jej ofiarom.
Film Chrisa Masona Johnsona jest niebezpiecznie sterylny. Jego dzieło nie ma w sobie zadziorności „Witaj w klubie” ani melodramatyzmu „Filadelfii”. Chociaż fabuła przenosi nas do dramatycznych czasów, oglądamy je z bezpiecznej pozycji, tak jakby traumy zostały przepracowane, a towarzyszące epidemii emocje – ostudzone. Ale w takim razie po co robić film na taki temat? Gdyby „Test na życie” zgłosić na konkurs teledysków, miałby całkiem spore szanse na podium. Niestety, funkcjonując osobno, jako pełnoprawna fabuła wywołuje jedynie oburzenie. Mnóstwo tu ogranych kawałków z epoki, będących jedynym świadectwem czasów, w których dzieje się akcja filmu, ale z niejasnych przyczyn najwięcej miejsca zajmują sceny taneczne. Tak jakby reżyser – sam będący przez wiele lat tancerzem – nie był w stanie się zdecydować, czy kręci film na temat tańca, czy serwuje już zupełnie inną opowieść. W balecie działa główny bohater jego obrazu, urodziwy Frankie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.