Autopromocja

"Hardkor disko": Teledysk do głupiej piosenki

"Hardkor disko" Marcin Kowalczyk, Jaśmina Polak
"Hardkor disko" Marcin Kowalczyk, Jaśmina PolakMedia
4 kwietnia 2014

Podobno po obejrzeniu „Galerianek” Andrzej Wajda stwierdził, że ma do czynienia z filmem zrealizowanym przez gimnazjalistkę. Z czystym sumieniem mógłby powtórzyć to samo pod adresem „Hardkor disko”.

Debiut Krzysztofa Skoniecznego jest równie infantylny jak jego – pozornie przewrotny – tytuł. W toku opowieści, niczym refren, powracają seks, przemoc i tajemnica, a więc żywioły napędzające kino od dziesięcioleci. Ostentacja reżysera odbiera jednak fabule cały powab i zniża ją do poziomu wulgarnej fantazji szkolnego łobuza. Zachłyśnięty przywołaną na ekranie atmosferą młodzieżowych imprez Skonieczny traci z oczu własne ambicje. Reżyser „Hardkor disko” jest jak Haneke, który z trudem wyczołgał się z party w remizie.

Scenariusz koncentruje się na problemach postaci emblematycznych dla nowego polskiego kina: agresywnego dresiarza i zaćpanej smarkuli. Antypatyczność Marcina i Oli nie zostaje w żaden sposób zrekompensowana. Reżyser nie potrafi wymyślić sensownego powodu, by rozbudzić jakiekolwiek zainteresowanie ich losami. Zamiast tego woli skupić się na wygłaszaniu stereotypowych oskarżeń pod adresem pokolenia rodziców. Nieświadomie karykaturalną postacią okazuje się zwłaszcza ojciec Oli, który przy kawie wygłasza egzaltowane frazesy o porzuceniu pasji na rzecz kariery zawodowej. Wzbudzających konsternację momentów jest w „Hardkor disko” znacznie więcej. Do historii przejdzie zapewne scena, gdy mama Oli – powiatowa pani Robinson – próbuje uwieść Marcina. Na zaczepne „co jest, łobuzie?” chłopak – ze stanowczością Bogarta, nonszalancją Belmonda i urokiem Cary’ego Granta – odpowiada tylko „hm, nic”.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png