Wreszcie dostajemy pełne wydanie „...Będzie gorzej” Jana Pelca, powieści, która w latach 80. zeszłego wieku wstrząsnęła czeską kulturą.

W starym dowcipie Radia Erewań pada pytanie o to, czym się różni demokracja od demokracji socjalistycznej – tym, brzmi odpowiedź, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Totalitaryzmy zawsze umiały wybebeszać słowa ze znaczeń, a nawet nadawać im znaczenia całkiem przeciwne od pierwotnych. „Życie stało się lepsze, towarzysze, życie stało się weselsze”, mawiał Józef Stalin po wymordowaniu milionów obywateli ZSRR, a naziści mogli nazywać Holocaust „ostatecznym rozwiązaniem”, nie tracąc dobrego samopoczucia. Oczywiście wojna na znaczenia trwa w każdym czasie i ustroju (weźmy choćby nasze lokalne wojny o „lustrację” czy „gender”), niemniej istotą rządów totalitarnych jest praktyka absolutystycznego narzucenia własnej interpretacji – za jej podważanie można zapłacić głową – i takiego manipulowania semantyką, by zmusić ludzi do desperackiej, irracjonalnej wiary w kłamliwą iluzję.

Kiedy czołgi wojsk Układu Warszawskiego rozjechały w 1968 roku Praską Wiosnę, nowa ekipa z błogosławieństwem Moskwy szybko zaczęła stosowne prace porządkowe – niewygodnych ludzi wyrzucano z pracy i zmuszano do emigracji, czyszczono szeregi partii komunistycznej, prześladowano Kościoły, rozwiązywano organizacje kulturalne i społeczne, zapatrzonym w Zachód gówniarzom siłą obcinano włosy, wzmocniono też cenzurę. Tę wszechstronną pacyfikację czechosłowackiego społeczeństwa określano osobliwie „normalizacją”. Owszem, w PRL-u również przydarzały się okresy dokręcania śruby, ale „normalizacja” była niezwykle długim (1968–1989) i traumatycznym okresem stagnacji, dwiema dekadami, podczas których historię Czech i Słowacji pisały przeważnie, na spółkę, konformizm, powszedni marazm i tajna policja. Samobójcza śmierć studentów Jana Palacha, Jana Zajíca i Evžena Boučka – wszyscy trzej podpalili się w 1969 roku na znak protestu przeciw „normalizacji” – niewiele mogła zmienić.