Autopromocja

"Stalingrad" - recenzja

"Stalingrad"
"Stalingrad"Media
2 grudnia 2013

„Stalingrad” to film technologicznie nowoczesny, fabularnie – anachroniczny. Fiodor Bondarczuk chciał złapać zbyt wiele srok za ogon.

Na pierwszy rosyjski film zrealizowany w tak zaawansowanej technice 3D nie szczędzono grosza. Produkcja „Stalingradu” Fiodora Bondarczuka pochłonęła co najmniej 30 milionów euro i w założeniu miała być wizualnym fajerwerkiem, który na każdym kroku chce oszołomić widza. Pełno tu eksplozji, pożarów, kanonad, rozgrywanych na strzępy ciał. Oblężony Stalingrad w 1942 roku na naszych oczach zmienia się w skąpane w pożodze piekło, krwawe miasto śmierci. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że Bondarczuk usiłował złapać zbyt wiele srok za ogon: miał ambicję stworzyć dzieło technologicznie nowoczesne, ale i do pewnego stopnia korespondujące z tradycją radzieckiego kina wojennego, chciał krzepić serca Rosjan, a jednocześnie przypodobać się widzowi amerykańskiemu, „Stalingrad” ma bowiem mocne ambicje oscarowe. Porywając się na tak wiele, reżyser musiał ponieść klęskę. O ile „Stalingrad” w wersji 2013 imponuje wizualnym rozmachem, w warstwie fabularnej okazuje się miałki, płaski i – o zgrozo – jednowymiarowy.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png