Po swoim brawurowym debiucie Danis Tanović rychło opuścił ziemię niczyją i dał się zamknąć w arthouse’owym getcie. Ogłoszona przed laty eksplozja nowego talentu okazała się jednak fałszywym alarmem, a kolejne filmy reżysera zasłużyły na miano artystycznych niewypałów. W „Piekle” Tanović niedbale obnosił przyduży garnitur odziedziczony po Krzysztofie Kieślowskim. W „Selekcji” uprawiał wątpliwy etycznie taniec z gwiazdami na linii bliskowschodniego frontu. Dotkliwą klęskę poniósł także za sprawą „Senady”.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że scenariusz tego hochsztaplerskiego paradokumentu Tanović znalazł na tym samym złomowisku, które regularnie odwiedza jeden z bohaterów. Podejrzenia wzbudza już obmyślona przez reżysera formuła filmu. Tanović wybiera się z kamerą na bośniacką prowincję, by skłonić dwójkę prostych ludzi do odegrania traumatycznych wydarzeń ze swojego życia. Ku uciesze światowej sławy reżysera Nazif i Senada raz jeszcze inscenizują strach i cierpienie, które stały się ich udziałem przed kilku laty. Gdy kobieta zapadła wówczas na ciężką chorobę, nie mogła doprosić się pomocy w państwowym szpitalu. W swych niezdarnych wysiłkach przed kamerą bohaterowie „Senady” przypominają zdezorientowanych żołnierzy z pamiętnego „Sztandaru chwały” Clinta Eastwooda.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.