Autopromocja

"Ida" - recenzja

"Ida" Agata Kulesza, Agata Trzebuchowska
"Ida" Agata Kulesza, Agata TrzebuchowskaMedia
28 października 2013

Paweł Pawlikowski nie obawia się pytań najistotniejszych: o wiarę w Boga i niewiarę w ludzi. Najciekawsza jest jednak zastosowana w „Idzie” forma. Zamiast werbli, muzyka sfer. Subtelność środków nie wyklucza odwagi serca.

 „Ida” wchodzi na polskie ekrany ze sławą głównego triumfatora wyjątkowo mocno obsadzonego w tym roku na festiwalu w Gdyni. Słusznie, to jeden z najważniejszych tytułów sezonu. Paweł Pawlikowski po latach spędzonych w Wielkiej Brytanii symbolicznie powraca „Idą” do ojczyzny. Po raz pierwszy nakręcił fabułę w Polsce, z polską ekipą oraz znakomicie poprowadzonymi aktorami. Twórca „Lata miłości” przywołuje zresztą w „Idzie” różne rodzime konteksty historyczne, muzyczne czy filmowe. Odnajdziemy nawiązania do „Niewinnych czarodziejów” Wajdy (zwłaszcza w fakturze muzycznej) czy „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza. To polska szkoła filmowa przepisana przez litanię równoległych rodzimych idiomów kulturowych czy literackich.

Myślę jednak, że niepotrzebnie tak ochoczo zestawia się „Idę” z „Pokłosiem”. To dwie kompletnie odrębne propozycje. Pasikowski chciał wsadzić kij w mrowisko, gwałtownie przypomnieć o grzechach z przeszłości oraz o zasypanych głęboko pod ziemią wyrzutach sumienia. Pawlikowski ma inne ambicje, nikogo nie oskarża, analogie dotyczą jedynie narracyjnego wektora obu filmów, stosunkowo najmniej ważnego z punktu widzenia odbiorcy „Idy”. Pasikowski topornie pokazywał w „Pokłosiu” polski bezwstyd i rodzime bohaterstwo, Pawlikowski odtwarza ludzki gest wypierania z pamięci spraw najważniejszych. W „Idzie” raz zasiane nasiono zła kiełkuje niezależnie od intencji. Są sprawy, na które mamy zasadniczy wpływ, i kwestie, na które nie mamy żadnego – mówi nam reżyser. Niezrozumiały, niepojęty los należy właśnie do tej drugiej kategorii. „Ida” to obraz bliski katastrofizmowi Becketta z jego wiecznymi, skażonymi sarkazmem i przerażeniem pytaniami o celowość ludzkiej drogi; w warstwie filmowej bez trudu odnajdziemy skojarzenia z filozofią Roberta Bressona. U Pawlikowskiego, podobnie jak u Bressona, imponderabilia są także domeną świecką. Nieuchwytna metafizyka stanowi o garbie złej przeszłości, hybrydalnych więzach krwi, a nawet o smutnawym solo na saksofonie zagranym w filmie przez Dawida Ogrodnika. Bezkarność ciemnej strony mocy ujawnia się najpełniej w wyrafinowanych, czarno-białych kadrach stałego współpracownika Pawlikowskiego Ryszarda Lenczewskiego oraz Łukasza Żala.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png