Win nie da się wymazać choćby setką dobrych uczynków. W „Drugim obliczu” synowie muszą zmierzyć się z przeszłością ojców.
Zamknięty w przeszło dwóch godzinach epicki tryptyk Dereka Cianfrance’a jest o krok od wielkości przynależnej prawdziwie amerykańskiej sadze. Zabrakło niewiele, lecz nie wolno „Drugiego oblicza” zaliczać do kategorii ambitnej porażki. To przemyślane i konsekwentnie wyegzekwowane kino traktujące przede wszystkim o bezsilności, która niejako paradoksalnie staje się motorem napędowym wszelkiego działania, iskrą wzniecającą ogień zdolny oparzyć jeszcze następne pokolenia. Ojcowska przewina jawi się niczym stempel na synowskim czole. Grzechu nie da się wymazać nawet i setką dobrych uczynków, zdaje się mówić Cianfrance, odpowiedzialnością za własne czyny obarczamy nie tyle siebie, lecz także tych, którzy po nas przyjdą.
Luke Glanton ma w sobie coś ze stęsknionego kowboja pędzącego za amerykańskim mitem wolności doskonałej. W podkoszulku Metalliki podróżuje od miasta do miasta z objazdowym cyrkiem, popisując się przed gawiedzią motocyklowymi sztuczkami. Nie trzyma się go pieniądz, a i jemu trudno zahaczyć się w jednym miejscu. Przypadkiem dowiaduje się, że dziewczyna, z którą przespał się rok wcześniej, urodziła jego dziecko i z miejsca porzuca dawne życie, chcąc zapewnić godziwy byt synowi i jego matce. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest w gruncie rzeczy zbędny, bowiem po raz pierwszy czuje się faktycznie potrzebny. Zaczyna rabować banki po części z potrzeby łożenia na utrzymanie syna, a po części z chęci udowodnienia samemu sobie, że nie jest kolejnym przegranym frajerem.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.