Steve Butler to dobiegający czterdziestki, sympatyczny i w pełni poświęcony swojej pracy blondyn o aparycji Matta Damona. Steve pracuje dla Global Crosspower Solutions, wartej 9 mld dol. spółki wydobywającej gaz łupkowy na amerykańskiej prowincji. Żaden z innych przedstawicieli firmy nie ma tak doskonałych wyników – Steve podpisuje więcej umów i na lepszych warunkach niż którykolwiek z pozostałych przemierzających Amerykę wysłanników koncernu. Wkrótce czeka go awans i kierownicze stanowisko.

Tajemnicą sukcesów Steve’a jest jego pochodzenie. Bohater filmu „Promised Land” wychował się na zabitej dechami amerykańskiej prowincji, w mieścinie w stanie Iowa. Jego rodzinne miasteczko przez lata funkcjonowało dzięki zlokalizowanej w pobliżu fabryce firmy Caterpillar. Gdy ta upadła, w ciągu kilku lat rodzinna miejscowość Steve’a wyludniła się i zamieniła w zagubione gdzieś pośród płaskich krajobrazów miasto duchów. Wspomnienie o niej żyje jedynie w sercu Steve’a. I w stylu, w jakim pracuje: odziedziczonych po dziadku 50-letnich butach, flanelowej koszuli, zamiłowaniu do wyścigów świń i odzywkach, z jakich przebojowy przedstawiciel Global korzysta, wchodząc na kolejne farmy. „Czy jesteś właścicielem tego miejsca?” – pyta bawiące się przed domami dzieci. Gdy zaprzeczają, mówi: „Jak to? Przecież robisz tutaj wszystko?”. Droga do serc farmerów wiedzie przez uśmiech ich dzieci. Ale Steve nie widzi w tym manipulacji, w gruncie rzeczy jest przekonany, że oddaje swoim rozmówcom przysługę.

Niewielkie miasteczko, w którym rozgrywa się akcja „Promised Land”, ma być tylko kolejnym punktem na trasie podróży przez małomiasteczkową Amerykę. Pobyt obliczony jest na dwa, trzy dni, wszystkie chwyty są znane i przećwiczone. Jednak na drodze Steve’a staje jeden z mieszkańców, emerytowany inżynier Boeinga, a wkrótce później pojawia się znacznie groźniejszy wróg – aktywista niewielkiej organizacji proekologicznej Athena. Ktoś, kogo motywacja do zniweczenia planów Steve’a wydaje się jeszcze mocniejsza.

Starcie adwersarzy przekształci się w grę pozorów i kalejdoskop sposobów manipulowania opinią publiczną – tyle że w miniaturze. Za wszystkim będzie się jednak kryła Global Crosspower Solutions i nawet jeśli kontrowersje wokół skutków wydobywania gazu łupkowego nie zostaną wyjaśnione, będzie jasne, że Big Business nie zawaha się przed niczym.

Arabska propaganda

„Promised Land” – który dwa miesiące po amerykańskiej premierze wchodzi na ekrany polskich kin – okrzyknięto najbardziej kontrowersyjnym filmem ubiegłego roku. Paradoksalnie chodzi o film, który nie cieszy się w USA wielkim powodzeniem. Do końca stycznia zarobił jedynie 7,5 mln dol., podczas gdy „Teksańska masakra piłą mechaniczną 3D” w tym samym czasie przyniosła ponad 33 mln dolarów.

Mimo to branża energetyczna zareagowała na film głośnym oburzeniem. Problem w tym, że scenariusz nie odpowiada na techniczne wątpliwości związane z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, za to z punktu widzenia etyki prowadzenia biznesu – nie zostawia na firmie Steve’a Butlera suchej nitki. Równie duże – i równie niejasne – kontrowersje wiążą się z samym filmem. Jeśli wierzyć plotkom cytowanym przez amerykańskie serwisy filmowe, firmy wydobywcze w USA były tak zbulwersowane obrazem znanego reżysera Gusa Van Santa, że zablokowały potencjalne nominacje twórców filmu do Oscarów. Jeszcze bardziej przewrotną sugestię zaprezentowała w październiku konserwatywna Heritage Foundation. Według ustaleń ekspertów tego instytutu znaczący udział w sfinansowaniu filmu ma Image Nation – spółka zajmująca się produkcją filmów, będąca w posiadaniu inwestorów z... Abu Zabi.

– Jak to jest być adwokatem bogacących się na ropie rządów bliskowschodnich? I czy to nie podważa jakiejkolwiek artystycznej wiarygodności, jaką mógłby mieć „Promised Land”? – atakował Damona podczas promocji filmu w Nowym Jorku Phelim McAleer, amerykański reżyser filmów dokumentalnych. Pytanie, wbrew pozorom, niepozbawione sensu: wskutek rozwoju wydobycia gazu łupkowego arabscy szejkowie niewątpliwie tracą rynek na ropę i gaz skroplony. – Po raz pierwszy zorientowaliśmy się, że Image Nation jest zaangażowana w nasz film dopiero, gdy po montażu zobaczyliśmy jej logo w napisach końcowych – odpierał atak Damon. I tu, niczym w dobrym scenariuszu, kolejna niespodzianka: McAleer zasłynął skądinąd z filmu „FrackNation” poświęconego łupkom – i wychwalającego zalety tego surowca oraz jego eksploatacji.

Echa amerykańskich sporów dotarły i do sąsiedniej Kanady. „Hollywood nienawidzi biznesu” – napisał na łamach „The Globe and Mail” Gwyn Morgan. „Atak Hollywood narasta, obejmując coraz więcej filmów, w które wpisuje się antykorporacyjne, moralne przesłanie” – dodał. Przykładem może być choćby „Avatar”, w którym jednym ze szwarccharakterów jest chciwy szef spółki górniczej, chcącej dla zysku zniszczyć starożytne lasy na odległej planecie Pandora. Zdaniem autora, „Promised Land” to kolejny front tej wojny. „Być może twórcy zajrzeli nawet do danych US Environmental Protection Agency, z których wynika, że hydrauliczne szczelinowanie to technologia używana od jakichś 60 lat w 1,2 mln odwiertów, bez choćby jednego potwierdzonego przypadku zanieczyszczenia wody” – pisze Morgan. I dodaje: „Jako młody inżynier w 1975 roku kierowałem szczelinowaniem przy pierwszym odwiercie spółki, z której powstała później Encana Corp. Od tamtej pory Encana w bezpieczny sposób użytkowała dziesiątki tysięcy odwiertów, stając się największym producentem naturalnego gazu w Ameryce Północnej” – podkreśla z dumą.

Jak przy okazji informuje Morgan, zrzeszająca producentów gazu grupa przemysłowa Marcellus Shale Coalition ruszy wkrótce z kampanią informacyjną, zachęcającą kinomanów do szukania informacji o całej branży i technologiach przez nią używanych. Na początek jej spoty trafią do kin w stanie Pensylwania, ale jednocześnie ruszą też witryna internetowa oraz konta w serwisach społecznościowych Facebook i Twitter.

Triumfalny powrót Gordona Gekko

Branża energetyczna prawdopodobnie będzie musiała się tym zadowolić – w starciu z potęgą Hollywood biznes wydaje się być bowiem bezsilny. „Promised Land” to nie pierwszy obraz z antykorporacyjnym czy antykapitalistycznym przesłaniem, jaki powstał w „fabryce snów: wystarczy wspomnieć choćby obie części „Wall Street” Olivera Stone’a, „Erin Brockovich”, „Informatora”, „Wiernego ogrodnika” czy „Dziękujemy za palenie”.

Chciwość jest dobra – ta fraza weszła już do historii kina, a wypowiada ją Gordon Gekko, kluczowy bohater „Wall Street”. Zgodnie z tym mottem demiurg nowojorskiej giełdy nie cofa się przed niczym, co wraz z końcem pierwszej części filmu zaprowadzi go za kratki. Nie tylko nie wstydzi się dokonywanych przez siebie przekrętów – ba, jest z nich wręcz dumny. Oliver Stone nie ukrywał po premierze filmu w 1987 roku, że postać Gekko jest bezpośrednio wzorowana na bohaterach afery na Wall Street związanej z wykorzystywaniem poufnych informacji (insider trading) oraz defraudacją – w tym na Michaelu Milkenie, Ivanie Boeskim, a zwłaszcza Dennisie Levinie.

„Wall Street” odtwarzał jednak konkretną, jednostkową historię. Stone dedykował film pamięci swojego ojca, który w czasie Wielkiego Kryzysu lat 30. był brokerem giełdowym. Niemal ćwierć wieku później reżyser postanowił ożywić jednego ze swoich najsłynniejszych bohaterów – tym razem jednak po to, by poprzez niego odsłonić chciwość nie kilku jednostek, ale całego systemu.

Jeżeli jednak pierwszy film spodobał się widowni, to drugi nie wzbudził większych emocji. Przesłanie było zbyt nachalne, postacie usztywnione i pozbawione większych wewnętrznych rozterek, a i pierwsze dwa lata kryzysu odsłoniły przed Amerykanami znacznie mroczniejsze tajemnice finansjery, niż uczynił to Stone w swoim filmie. Widownia zresztą przyzwyczaiła się już do tego, że korporacje są zdolne do znacznie gorszych występków niż produkowanie papierów bez pokrycia: w „Wiernym ogrodniku” cyngle firm farmaceutycznych zabijają ukochaną żonę brytyjskiego dyplomaty, by uniemożliwić jej ujawnienie tajemnic eksperymentów medycznych dokonywanych na mieszkańcach Kenii.

Sama akcja filmu to fikcja zaczerpnięta z bestsellerowej powieści Johna le Carre, ale przesłanie ukryte w końcowych napisach brzmi niepokojąco. „Nikt w tej historii, także wyposażenie czy korporacja, dzięki Bogu, nie jest wzorowany na obecnie żyjących osobach czy wyposażeniu. Ale mogę powiedzieć wam, że wraz z zagłębianiem się w farmaceutyczną dżunglę, uświadomiłem sobie, iż w porównaniu z rzeczywistością moja historia jest równie ugłaskana jak kartka ze świątecznymi życzeniami” – brzmią słowa podpisane nazwiskiem le Carre’a. I jest w tym wiele prawdy: punktem wyjścia do powieści była prawdziwa historia testów leku trovan prowadzonych w Nigerii przez koncern Pfizer. Wkrótce po ich rozpoczęciu mali pacjenci zaczęli chorować, niektórzy zmarli. W chwili gdy wytoczony producentowi przez władze w Abudży proces dobiegał końca, jedenaścioro dzieci straciło życie, a około dwustu poniosło trwały uszczerbek na zdrowiu. W takiej sytuacji fabuły opowiedzianej przez le Carre’a oraz przeniesionej potem na wielki ekran nie dało się podważyć.

Wszystkie grzechy palaczy

Być może dlatego Hollywood chętnie sięga po prawdziwe wydarzenia. Erin Brockovich jest postacią rzeczywistą, a do skażenia wody trującym chromem również doszło naprawdę. Krytycy filmu mogą co najwyżej wytykać reżyserowi Stevenowi Soderberghowi drobne nieścisłości w stosunku do faktycznej biografii odtwarzanej przez Julię Roberts bohaterki. Proces wytoczony firmie Pacific Gas and Electric na podstawie zebranych przez nią dowodów skończył się gigantycznym 333-milionowym odszkodowaniem dla rodzin z miejscowości Hinkley, gdzie doszło do skażenia.

Inna sprawa, że naukowcy po obejrzeniu filmu byli zbulwersowani. „Lista chorób wywoływanych przez konkretny środek chemiczny jest w rzeczywistości bardzo krótka” – protestował na łamach „The New York Times” toksykolog z Texas A&M University dr Stephen Safe, komentując rozliczne schorzenia, na jakie zapadają filmowe ofiary chciwego koncernu. „I nie obejmuje dziesięciu tysięcy chorób” – kwitował kąśliwie.

Tak jak film Soderbergha utorował drogę do kariery Brockovich, tak „Informator” rozsławił imię Jeffreya Wiganda. I zadał bolesny cios przemysłowi tytoniowemu, który nie tylko dorabia się na niszczeniu zdrowia milionów palaczy, ale na dodatek jest gotów na wszystko, by zamknąć usta potencjalnym whistleblowerom. „Czy byłem śledzony przez byłego agenta FBI w mundurze koncernu Brown & Williamson? Tak. Czy w mojej skrzynce pocztowej znaleziono kulę? Tak. Czy grożono mojej rodzinie, jeśli ujawnię prawdę o występkach firmy tytoniowej, dla której pracowałem? Tak” – wylicza Wigand na swojej witrynie internetowej. Koniec końców, zarówno zeznań Wiganda, jak i odtworzonych w filmie okoliczności sprawy – i ich naukowego uzasadnienia – nie podważył nikt.

Tym chętniej kilka lat później Hollywood ponownie rzucił wyzwanie branży tytoniowej, choć tym razem ze sporym przymrużeniem oka. Oparty na satyrycznej powieści Christophera Buckleya film „Dziękujemy za palenie” był wariacją na temat lobbingu prowadzonego przez koncerny tytoniowe i w niewielkim stopniu odzwierciedlał realia branży, która pominęła film milczeniem.

Płonące krany, mordercze kalorie

Jeśli jednak swobodne wariacje artystów z Hollywood na temat wielkiego biznesu łatwo skwitować wzruszeniem ramion, to już filmy klasyfikowane jako dokumentalne budzą znacznie większe emocje koncernów. Niektóre wątki „Promised Land” mogą przypominać równie głośny film sprzed trzech lat – „Gasland” (obecnie trwają prace nad drugą częścią dokumentu). Reżyser tego filmu Josh Fox poświęcił półtora roku na tropienie konsekwencji wydobycia gazu łupkowego, przemierzając Amerykę od pól wokół niewielkich miejscowości na prowincji po korytarze Kongresu.

To właśnie w „Gasland” znalazła się scena, którą najczęściej przywołują krytycy eksploatacji złóż łupków. – Obecnie klika złożona z rozmaitych grup interesu oponuje przeciw wydobyciu tych złóż i konsekwentnie szuka publiczności, żeby szerzyć swoje wątpliwe poglądy. Aktualny przykład: scena z filmu „Gasland”, w której pewien mężczyzna podpala wodę płynącą z kranu i czyni absurdalny zarzut, że to wiercenia są tej sytuacji winne. Ten fragment, choć przyciągający uwagę, jest kompletnie nieprawdziwy i nieodpowiedzialny – grzmiał, jeszcze zanim „Gasland” trafił do dystrybucji, członek zarządu firmy XGAS Michael Economides na łamach prestiżowego magazynu „Forbes”. Zgodnie z jego opinią do zanieczyszczenia wody musiało dojść w sposób naturalny, tysiące lat przed rozpoczęciem wierceń. – Propaganda jest niebezpieczna – kwituje swój komentarz Economides.

Branża nie pozostawiła filmu Foksa bez odpowiedzi. Wyprodukowano co najmniej dwa kontrfilmy – „TruthLand” i wspomniany wyżej „FrackNation”.

Ale autor kontrowersyjnego dokumentu może się dziś powołać choćby na studium czwórki naukowców z Duke University, z którego jasno wynika, że eksploatacja łupków wpływa na zanieczyszczenie wody w regionie wydobycia.

W naturalny sposób filmy dokumentalne, które mają pokazywać stan rzeczywisty, a nie artystyczną wariację na temat, budzą większe emocje. Burzliwą dyskusję wywołał swego czasu choćby film Morgana Spurlocka „Super Size Me”. Przypomnijmy, autor przez trzydzieści dni żywił się wyłącznie fast foodem, co odbiło się na jego wadze, sercu i kontaktach z otoczeniem. Tyle że wymierzony w McDonald’s i podobne firmy manifest Spurlocka opiera się na eksperymencie, któremu daleko do naukowości. W komentarzach zarówno przedstawiciele branży, jak i dietetycy wytykali autorowi „Super Size Me”, że podobne efekty – 11-kilogramowy przyrost wagi, kłopoty z krążeniem i psychiką – osiągnąłby, konsumując jakiekolwiek inne jedzenie. Decydujący czynnik to brak ruchu oraz wielka ilość cukrów zawartych m.in. w napojach. Na YouTubie można dziś odszukać fragmenty kontrfilmu, którego autorka żywi się w McDonald’s i... chudnie.

O tym, jak wielki wstrząs potrafią jednak wywołać filmowcy – zwłaszcza ci, którzy nie wahają się przed ryzykownymi eksperymentami – świadczy historia grupy Yes Men. Jeden z nich, Andy Bichlbaum, dziewięć lat temu wystąpił w telewizji BBC jako przedstawiciel firmy Dow Chemical – koncernu, który jest dziś właścicielem firmy Union Carbide odpowiedzialnej za tragiczny wyciek chemiczny w indyjskim Bhopalu (zmarło wówczas kilka tysięcy osób). Bichlbaum zaskoczył dziennikarzy i widzów zapowiedzią wypłaty gigantycznego odszkodowania ofiarom wypadku. Akcje firmy poleciały na łeb na szyję, a Dow Chemical – która liczyła, że po dwudziestu latach nikt już nie będzie grzebał w wydarzeniach z Bhopalu – musiała ogłaszać, że nie ma zamiaru wypłacać żadnych odszkodowań. Yesmeni ponownie przypomnieli tę historię w filmie „The Yes Men Fix the World”, swoistym „the best of” ich najbardziej spektakularnych dokonań. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że po niemal dziesięciu latach od tamtych wydarzeń sprawa „przyschła”. Jak okazało się wiosną ubiegłego roku, firma wciąż obawia się aktywistów dokumentalistów: do monitorowania ich działań Dow Chemical wynajęła jedną z największych i najważniejszych amerykańskich wywiadowni gospodarczych – Stratfor.

Wzbierająca fala

Wraz z nadejściem globalnego kryzysu wizerunek kapitalizmu na dużym ekranie pogarsza się niemal z miesiąca na miesiąc. Ten rok może być pod tym względem rekordowy – na ekrany wchodzi bowiem nie tylko „Promised Land”, ale też drugi potencjalny blockbuster – „Efekty uboczne” wspomnianego już Stevena Soderbergha. Film, w którym główną rolę gra kolejny popularny gwiazdor – Jude Law – to nie tylko „postmodernistyczny thriller w stylu Hitchcocka”, jak twierdzą krytycy, ale też mniej lub bardziej zawoalowany atak na branżę farmaceutyczną.

Wzbierającą falę antykapitalistycznej i antykorporacyjnej krytyki w kinie było doskonale widać na festiwalu filmowym w Berlinie na początku lutego. Niemal każdy film, który pokazano jurorom i publiczności, w jakimś stopniu eksploatował tematykę kryzysu gospodarczego i w rozmaitej mierze piętnował system lub chciwość wielkiego biznesu. Nie kryli tego nawet organizatorzy festiwalu. Epoka, w której rolę czarnych charakterów odgrywali głównie terroryści, najwyraźniej dobiega końca. W najbliższych latach będą w tę rolę wchodzić białe kołnierzyki.