Po raz pierwszy Polacy wyzwolili okupowany przez bolszewików kraj już w styczniu 1920 r. Była to Łotwa
Magazyn DGP - 14 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Tego dnia niewiadome były dwie: wytrzymałość lodu oraz postawa Litwinów. Ten pierwszy pokrywał Dźwinę warstwą odpowiedniej grubości, jednak artyleria mogła go skruszyć, a dział w Dyneburgu nie brakowało. Jeśli zaś chodzi o Litwinów, to ich stosunek do Polski – przy sporze o Wileńszczyznę – był wrogi, zaś ich relacje z Łotyszami zaogniał konflikt o szeroki pas ziemi na całej długości granicy między oboma państwami.
Reklama
W grudniu 1919 r. w pasie tym pojawiło się polskie wojsko, co mogło sprowokować Litwinów do uderzenia. Ryzyko było spore, a jednak 3 stycznia 1920 r. gen. Edward Śmigły-Rydz wydał rozkaz ataku. O godz. 5.30, pod osłoną mroku, armie polska i łotewska rozpoczęły szturm Dyneburga.
Rozpoczęła się operacja o kryptonimie „Zima”.

Reklama

Szybkie zwycięstwo

Litwini nie uderzyli, lód wytrzymał – a mimo to walka była koszmarna. Początek 1920 r. był wyjątkowo mroźny. Późniejszy pisarz, a wówczas żołnierz Stanisław Strumph-Wojtkiewicz wspominał, że tego ranka było dobrze poniżej minus 30 stopni Celsjusza. Zamarzały zamki karabinów, ich lufy pękały po wystrzale, pod działami trzeba było rozpalać ogień. A jakby tego było mało, rozpoczęła się śnieżyca i atakujący zapadali się w zaspy sięgające nawet po pas. Śmigły-Rydz i towarzyszący mu gen. Stanisław Szeptycki obserwowali szturm z baszty zamku w Kałkunach – i mieli powody do obaw.
Polacy mieli jednak znaczną przewagę liczebną, zaś szturm przeprowadzono z zaskoczenia – w walce na bagnety opanowano dworzec i cytadelę, zaś ogniem odparto dopiero rosyjski kontratak. Niemal bez wystrzału, bijąc się głównie wręcz, zajęto strategicznie panującą nad miastem Złotą Górę. „Ze szczytu góry ostrzelano doskonale widoczne na śniegu tyraliery sowieckie, zmuszając je do bezładnego odwrotu” – pisał historyk Janusz Odziemkowski. Do godz. 15 Dyneburg był zdobyty. O tym, jak sprawnie przeprowadzono szturm, najwięcej mówią liczby. Polacy stracili 21 żołnierzy, Rosjanie – 300, a dobrze ponad drugie tyle dostało się do niewoli.
Śmigły-Rydz wjechał do miasta i natychmiast wydał przygotowaną wcześniej odezwę: „Wojska polskie przekroczyły Dźwinę i weszły do Dyneburga celem oswobodzenia wraz z wojskami łotewskimi miasta i kraju od anarchii, w jaką wtrącił was rząd bolszewicki. Przybywamy jako sprzymierzeńcy państwa łotewskiego, rządu i mieszkających tu Polaków”.
Dość zabawnie w kontekście tych wydarzeń zabrzmiał wydrukowany tego dnia we francuskim „Le Journal de Pologne” wywiad z Józefem Piłsudskim, w którym przekonywał, że na froncie polsko-bolszewickim podejmujemy tylko działania obronne. Zabawnie tym bardziej, że Polacy nie poprzestali na Dyneburgu: dwa tygodnie później wraz z Łotyszami odbili Pytałowo oraz Kārsavę, zaś do końca miesiąca jednostki polskie przekroczyły Dryssę. „Teraz bitwa za bitwą, aż nuży ta monotonia – pisał Władysław Broniewski, przyszły poeta. – Zdarzyło mi się walczyć przez kilka godzin z 6 pułkiem, rzecz prosta przez omyłkę”. Natarcie zatrzymało pod koniec stycznia podpisanie przez Rygę rozejmu z Moskwą. W tym momencie Łotwa stawała się państwem już nie tylko niepodległym, ale też kompletnym.
W ostatniej chwili, bo kraj był w katastrofalnym stanie. Po I wojnie światowej, po okupacji niemieckiej oraz bolszewickiej nie brakowało przypadków śmierci głodowej, szerzyły się choroby. Stan państwa oddał komisarz Łatgalii, prowincji, o którą toczyła się wojna: „W Dyneburgu wszystko jest zrujnowane przez bolszewików (…). Dzięki gospodarce bolszewickiej ludność tak się wygłodziła, że niezbędny jest jak najprędszy dowóz produktów. Znaczną pomoc okazali Amerykanie. Spodziewam się, że w najbliższym czasie będziemy mogli rozpocząć odżywianie ludności na szeroką skalę. Tu pragnę zaznaczyć, że dowództwo polskie przesłało nam produkty w drodze pożyczki”.
Było to tym bardziej szokujące, że od początków XIX w. Łotwa, podobnie jak Estonia, należały do najbogatszych i najszybciej rozwijających się prowincji imperium rosyjskiego. Bolszewikom wystarczyły miesiące, by obrócić je w ruinę.

Niechciani sojusznicy

Oprócz dowództw nikt w obu krajach wojskowej współpracy nie chciał. Ze strony łotewskiej obawa przed mocarstwową megalomanią Polaków nakładała się na złą opinię o nas ciągnącą się od czasu panowania w Inflantach. Polacy zaś nie widzieli sensu wykrwawiania się w obcym kraju. Dawno zapomniano, że nie był wcale obcy – Łatgalia nosiła kiedyś nazwę Inflant Polskich, zaś w prowincji roiło się od potomków osiadłych tu rodaków.
Atmosferę operacji oddają wspomnienia obecnego na miejscu konsula Michała Świerzbińskiego: „Stosunek żołnierza polskiego do Łotyszów, nawet do ludności polskiej (…) był niechętny, nieżyczliwy. Żołnierz nie mógł zrozumieć, dlaczego na łotewskiej ziemi mają być Polacy i rozmawiał z nimi po rosyjsku, uważając ich za Łotyszów. Wolę zamilczeć o szczegółach… Braterstwa broni nie było, żołnierz polski pogardzał łotewskim za to, że musiał iść zawsze w pierwszym szeregu, zamiast w jednym, za zły prowiant (przezwisko Łotyszów – «śledzie»), za brak uprzejmości koleżeńskiej – niejednokrotnie dochodziło do bójek (…). Łotysze nie ufali wojsku polskiemu, posądzając zupełnie bezpodstawnie o zamiary zaborcze, pragnąc jak najszybszego wycofania ich z Łatgalii”.
Nieufność była powszechna. W każdym mieście miejscowi natychmiast tworzyli komórki lokalnej administracji, które starały się „wypychać” polskie wojska. Na przykład po zajęciu Dyneburga Łotysze skierowali do miasta batalion wojsk – jedną trzecią sił frontowych. Inna rzecz, że ich obawy nie były bezzasadne. Tomasz Paluszyński, badacz historii państw bałtyckich, zauważał to, o czym Świerzbiński milczał: „Po zajęciu Dyneburga przez Polaków doszło do rabunków i gwałtów, głównie na ludności żydowskiej i rosyjskiej. Na porządku dziennym były nadużycia żołnierzy polskich, pozbawiających ludność resztek majątków pod pozorem wojennych rekwizycji. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że ofiarą tej samowoli padała również miejscowa ludność polska”.
Słowa te potwierdzają wspomnienia Broniewskiego: „Przykre wrażenie: wszystko jakieś przydławione, bojaźliwe, nienawistne. Waleczna armia pokątnie rabuje sklepy żydowskie. Drzwi i okna pozamykane (…). Żołnierstwo i oficerstwo rozwydrzone do najwyższego stopnia – najniższe instynkty wypływają na wierzch. Do niektórych ludzi nabieram wprost fizycznego wstrętu (…). Noc spędzona na zabawie z miejscowymi Rosjankami – nie wszyscy jednak «skorzystali» – rano wymarsz na pozycje”.
Oficjalnie wszystko jednak wyglądało różowo. 26 stycznia do Dyneburga przybył Piłsudski – na jego i Śmigłego-Rydza ręce wpłynęły oficjalne podziękowania, ten drugi otrzymał Virtutti Militari oraz Order Wojenny Pogromcy Niedźwiedzia (Lāčplēša Kara ordenis), wyrażono obustronnie nadzieję na dalszą współpracę. O tym, że nie do końca Polakom ufano nawet na wysokich szczeblach, wiele mówi to, że prowadzone od 2 stycznia rozmowy rozejmowe w Moskwie na prośbę Łotyszy pozostawały tajne. I Polacy istotnie o nich nie wiedzieli. W „Przeglądzie Politycznym” polskiego MSZ jeszcze 12 stycznia pisano: „Żadne rokowania łotewsko-bolszewickie oczywiście w tej chwili nie mają miejsca i nie będą miały do zakończenia operacji inflanckiej. W ogóle należy stwierdzić, że rząd łotewski dotąd z bolszewikami nie rokował, nawet w Dorpacie, gdzie delegacja łotewska bawiła w celach informacyjnych. Spotkanie Łotyszy z bolszewikami miało miejsce tylko raz i jak na to wskazuje obecna ofensywa, bez rezultatów”.

Tajne rokowania z bolszewikami

Jedno bolszewikom trzeba przyznać – potrafili być dyskretni. Łotysze prowadzili z nimi rozmowy, przebywając w Moskwie pod szyldem Czerwonego Krzyża. Na ich usprawiedliwienie trzeba dodać, że Polacy – również jako Czerwony Krzyż – też z nimi negocjowali: w Białowieży oraz Mikaszewiczach. Te rozmowy także były tajne.
Rzecz w tym, że cele Rygi były inne niż Warszawy. Łotysze chcieli odzyskać pełnię niepodległości i ustalić granice. Plany Piłsudskiego były o wiele bardziej złożone. Zamierzał stworzyć federację państw bałtyckich, które w tej sytuacji stanowiłyby całkowicie zależny od Warszawy bufor przeciwko bolszewickiej Rosji. Patrząc z geopolitycznej perspektywy kontynentu – Polska wchodziła w dyplomatyczny konflikt z Wielką Brytanią, która nie zamierzała uzależniać od siebie tych państw w sensie politycznym, chciała jednak uczynić z nich swoją gospodarczą strefę wpływów. Jednym z wymiernych efektów skutecznej walki z bolszewikami w 1920 r. było właśnie to, że Londyn był skłonny w tej kwestii do pewnego stopnia ustąpić.
„Jeszcze w pierwszej połowie września Foreign Office sugerowało stronie polskiej, iż może zaakceptować podział stref wpływów na obszarze nadbałtyckim. Londyn sygnalizował gotowość uznania kurateli polskiej nad Litwą i Łotwą. Wydawało się, że Wielka Brytania gotowa jest zadowolić się dominacją wokół Zatoki Ryskiej – w Estonii i Finlandii” – pisał Paluszyński, powołując się na odbytą wówczas rozmowę między polskim posłem w Londynie Eustachym Sapiehą a Johnem Gregorym. Brytyjczycy doszli zapewne do wniosku, że zagrożenie rozprzestrzenieniem się rewolucji na Zachód jest poważniejsze i lepiej zdławić ją rękami Polaków niż angażować w to własne siły. Zrobili więc to, co 20 lat później w stosunku do hitlerowskich Niemiec – a co cyniczny premier Winston Churchill ujął w słowach: „Będziemy się bić do ostatniego Rosjanina”.
Żadne z państw bałtyckich nie zamierzało ograniczać odzyskanej niedawno niepodległości dla zbudowania polskiego imperium, każde też prowadziło swoje własne negocjacje z bolszewikami. Wsparcie polskiej armii pod Dyneburgiem bardzo je Rydze ułatwiło i przesądziło o ich sukcesie. Na polsko-łotewskie relacje wpłynęło to jak najgorzej. Podczas konferencji, która odbyła się w Warszawie w marcu 1920 r., Łotysze zgodzili się jedynie na przyznanie Polsce ułatwień tranzytowych, a także jakiejś formy wsparcia przeciw bolszewikom i ewentualnie Niemcom, kategorycznie odmawiając współpracy przeciwko Litwie. Nie było też mowy o żadnej formie federacji. Atmosferę rozmów psuły też liczne dyplomatyczne gafy strony polskiej sugerujące, że Rzeczpospolita rości sobie prawa do Łatgalii.
Jeszcze gorszym pomysłem były podejmowane próby nacisku na rząd w Rydze przez wstrzymanie wycofania wojsk z Łatgalii. Główny problem stanowili sami żołnierze, których zachowanie – wcześniej złe – teraz stało się niedopuszczalne. W Archiwum Akt Nowych jest mnóstwo skarg na łapownictwo, bałaganiarstwo, a także szowinizm, przejawiający się w usuwaniu łotewskich urzędników ze stanowisk, zmuszaniu ich do poniżających prac, a nierzadko po prostu pobiciach. Oskarżeń o kradzieże nikt już nie liczył.
Wobec twardego stanowiska rządu łotewskiego przeciąganie patowej sytuacji nie miało sensu i ostatecznie polscy żołnierze zaczęli opuszczać Łatgalię 11 kwietnia 1920 r.

Stosunki, których nie było

Polityka nie zna sentymentów i łotewscy politycy dobrze odrobili tę lekcję – po ochłodzeniu stosunków z Polską natychmiast zwrócili się ku Estonii oraz Litwie. Formalnie Ryga nie wsparła Polski w wojnie z bolszewikami, ale zachowywała życzliwą neutralność. Zezwalano na przejście naszych wojsk, wyrażano zgodę na formowanie tu oddziałów polskiej partyzantki antybolszewickiej. Starano się zachowywać równowagę, bo sytuacja w tej wojnie miała realne przełożenie na rokowania pokojowe z bolszewikami. „Gdy Piłsudski rzucał ambitne wyzwanie dotyczące strategicznej zmiany stosunku sił na Wschodzie Europy, Łotysze wysyłali do Moskwy delegację, by negocjować traktat pokojowy. Kiedy jednak usłyszeli o początkowych sukcesach polskich, zaczęli postępować kunktatorsko, przeciągając rokowania w Moskwie i żądając lepszych granic. Równocześnie rząd łotewski zaprosił polskich negocjatorów, aby przyjechali 9 maja 1920 r. do Rygi. Obiecywał, że gotów byłby zawrzeć z Polską konwencję wojskową, polityczną i gospodarczą. Ale teraz polski rząd, zaabsorbowany wojną na Ukrainie, nie kwapił się z odpowiedzią” – pisał historyk prof. Andrzej Skrzypek.
Po kolejnych tygodniach polskiego odwrotu pod naporem armii Michaiła Tuchaczewskiego stosunek Łotwy do Polski ochładzał się z każdym dniem. Przedstawiciel Polski w Rydze Jan Baliński raportował: „Stosunek ten, który nigdy przyjacielskim nie był, obecnie stał się dość trudnym. Niektóre koła zachowują stanowisko wyczekujące – większość jednak zupełnie się od nas odwróciła, straciwszy wiarę w naszą siłę. Rząd, a zwłaszcza minister Meierovics znalazł się pod pręgierzem krytyki socjaldemokratów za zamiar sojuszu z «imperialistyczną Polską»”.
Operacja „Zima” była jedynym wspólnym przedsięwzięciem obu państw. Stosunki po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej były w zasadzie poprawne, ale głównie dlatego, że niemal ich nie było. Uszkodzonego podczas ataku na Dyneburg mostu na Dźwinie – projektowanego przez Stanisława Kierbedzia – długo nikomu nie chciało się naprawiać.