okładka Magazyn 2 sierpnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna



Pani Ado...

Można mówić do mnie Krysiu. To moje wojenne imię. To od państwa Majewskich, to z ukrycia. Ada – prawie nikt do mnie tak się nie zwracał. Mój mąż, Samuel, mówił do mnie Krysiu. A ja do niego Igo. Chciałabym, żebyście zobaczyli rzeźby mojego męża. Ile macie czasu?

Sporo.

Trzeba zjechać na dół. Zaraz, zaraz wam pokażę. Dzięki temu, że to córka nam ten dom zaplanowała, to mamy tutaj takie studio, właściwie galerię. Inaczej to nie wiem, gdzie by te rzeźby były. Czekam na moment, kiedy będzie je można przewieźć do Treblinki, tam, gdzie ich miejsce.

Gdzie miałyby stanąć?

Na razie nie ma dla nich miejsca. Ale w planach jest powstanie centrum edukacji o zagładzie Żydów. Pamiętam, jak jeździliśmy do Treblinki i jak trudno było nam utrzymać młodzież pod gołym niebem, bo przecież tam nic nie było.

Przecież tam jest teraz memoriał.

Tak. Z każdej miejscowości, z której pochodzili mordowani Żydzi, jest kamień. Ale tam nie ma, jak w Auschwitz, ani baraków, ani ruin krematorium. O tym wszystkim można tylko opowiadać. Mój mąż ciągle mówił, że musimy w tej Treblince coś zrobić. Nasza córka jest architektem i zaprojektowała ponad 30 izraelskich ambasad na całym świecie, m.in. w Berlinie. Już wiele lat temu powiedziała, że jest gotowa bezinteresownie zrobić projekt takiego budynku, który mógłby stanąć w Treblince. Mąż na to: „Co z tego, że zrobisz projekt, jak ja nawet kamienia węgielnego nie dożyję”. Ja na to: „Igo, co za problem, kupimy kamień w Polsce i go tam postawimy”. I rzeczywiście, poszliśmy do kamieniarza, który robi nagrobki w Warszawie, wybraliśmy olbrzymi kamień i jak była 70. rocznica powstania w Treblince, to go tam postawiliśmy.

Na dziko?

Nie, była uroczystość. Była informacja, tablica przy kamieniu, że tu powstanie centrum edukacji o zagładzie Żydów w Treblince.

Na razie nie powstało.

Były problemy administracyjne, bo przecież Treblinka była w administracji Siedlec, a to niewielkie miasto, z niewystarczającym budżetem na taką inwestycję. Na szczęście przeszła pod władanie ogólnopolskie, pod władanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dwa lata temu byłam tam z waszym wiceministrem kultury Jarosławem Sellinem. Miał mnie prowadzić, bo chyba sądzono, że jestem taka stara i nie dam rady sama iść. Okazało się, że to ja musiałam prowadzić pana wiceministra, bo trochę utykał, coś miał chyba z nogą. Razem żeśmy się tak prowadzili. Przyrzekł wtedy, że w Treblince coś powstanie.

Coś?

Mam nadzieję, że właśnie centrum edukacyjne. Przynajmniej jest o tyle dobrze, że wszystkie decyzje leżą teraz po stronie resortu kultury. Tam jest jeszcze inny problem. Treblinka to był też w czasie wojny obóz pracy dla Polaków, którzy dostawali karę za niewywiązanie się z jakichś obowiązków. I polski rząd chce, żeby w tym centrum też wspomniano o tym.

To chyba zrozumiałe.

Dla mnie nie ma problemu. Można to zarysować. Nie uważamy, że w Treblince musi być prezentowana tylko sprawa żydowska, tylko sprawa obozu śmierci. Założyliśmy fundację, ale na razie nie mogę robić żadnego żebrania, bo nic wiążącego nie ma, do końca nie wiadomo, na co mamy zbierać. Wiem natomiast, że ludzie są gotowi dawać. Igo nie wystarczyło, że opowiadał o Treblince, nie dosyć, że przyjeżdżał do Treblinki z młodzieżą, że robiono o nim filmy. Osiem filmów o nim powstało. W tym jeden dwugodzinny amerykański. Pojechaliśmy nawet na premierę. Mąż miał wtedy 91 lat. Już chodził nie tak dobrze. Z laską. Bałam się jechać do Miami. W sumie ponad 20 godzin w podróży. Pojechaliśmy jednak wszyscy, razem z córką. Kupiono nam bilety takie więcej niż pierwsza klasa, bo miejsca były leżące. Każdy bilet strasznie drogi. Mój mąż cały czas spał. A ja myślałam, że on nie żyje. Ciągle sprawdzałam czy oddycha, dotykałam go. Premiera filmu w operze. Tam niedaleko jest najpiękniejszy na świecie posąg Zagłady. Taka ręka, po której wspinają się ludzie, a w zasadzie pół ludzie, pół trupy. Po projekcji filmu przeszło tysiąc osób wstało i zaczęło oklaskiwać mojego męża. Powiedział, że warto było narażać życie, żeby przeżyć taki moment. Był bohaterem. Nie tylko ostatnim żyjącym uczestnikiem powstania w Treblince, w obozie zagłady. On walczył też w Powstaniu Warszawskim. Chodźcie, chodźcie.

Mąż był w Treblince, kiedy przyjeżdżały transporty z Warszawy. Dostał nożyczki i miał obcinać ludziom włosy. Siadła dziewczyna. Opowiadała o sobie, o tym, że niedawno w getcie zrobiła maturę, pytała, jak to wszystko długo potrwa. Nie chciał, żeby się bała. Powiedział, że nie dłużej niż 10 minut. Potem, kiedy szła ścieżką, nazywaną przez Niemców ścieżką do nieba, wyglądała, jakby się żegnała z całym światem

Zjeżdżamy malutką windą na sam dół. Krysia Willenberg otwiera drzwi, prosi, żeby poczekać, że tylko pozapala światła, zobaczy, czy wszystko w porządku.

Przewodnik po Warszawie powstańczej mówi, że na Marszałkowskiej 60 w czasie Powstania Warszawskiego ukrywał się ojciec mojego męża Perec Willenberg, artysta malarz, który przed wojną pięknie dekorował synagogi. Miał wygląd, jak to się wtedy mówiło, fałszywe dokumenty i malował ludziom na zamówienie głównie święte obrazy. Igo po nim odziedziczył talent. Jednak matka mojego męża, kiedy widziała, że jej synek bierze ołówek do ręki i próbuje rysować, zaraz mu ten ołówek zabierała. Nie chciała, by został artystą, bo to niepewny chleb. Kiedy w 1950 r. przyjechaliśmy tu, do Izraela, Igo został geodetą. I pracował do siedemdziesiątki. Kiedy przeszedł na emeryturę, postanowił, że będzie rzeźbić. Na początku jakieś akty nie akty, ale to mu nie sprawiało przyjemności. Pewnego dnia powiedział, że wyrzeźbi historię Treblinki.

Ile jest tych rzeźb?

Kilkanaście. O każdej wam opowiem. O każdą z nich była między nami kłótnia. Zamiast podróżować, jeździć na wakacje, my wydawaliśmy pieniądze na rzeźby, na ich odlanie w brązie. Ja jestem latawiec, lubię jeździć, on też lubił, ale trzeba było siedzieć na tyłku. Zawsze mówił, że to już ostatnia rzeźba. Potem zawsze było: „Krysiu, ja chcę jeszcze jedną. Ostatnią”. I tak kilka razy.

Dlaczego nie stoją np. w instytucie Yad Vashem?

Bo Igo się na Yad Vashem obraził. A zaczęło się od mapy. Jedyna mapa Treblinki, całego obozu, to ta, którą on zrobił, bardzo precyzyjnie narysował. Od razu po wojnie. I Yad Vashem go męczyło, żeby dał im tę mapę. On nie chciał. Ja go też męczyłam. Mówiłam: „My mamy kopię, a oryginał oddajmy”. Złamał się. Oddał. Był przekonany, że tę mapę powieszą, zaprezentują, a oni tylko zrobili kopię i to wielkości karty pocztowej. Nic na niej nie widać, nie można się zorientować. Po tym wszystkim powiedział, że nie da im rzeźb, że ich miejsce jest tylko w Treblince. On nie doczekał. Ja czekam.

Wiem, że się nie wypomina lat, ale jest pani po dziewięćdziesiątce.

Ale czekam. Mam nadzieję, że doczekam. Mam nadzieję, że nastąpi ten dzień, kiedy rzeźby zostaną przewiezione stąd, z Tel Awiwu, do Polski, do Treblinki. Już kiedyś były w Polsce, w Zachęcie w 2003 r. Były też półtora roku w Niemczech, z czego się najbardziej cieszę. To była wielka satysfakcja, jak Niemcy oglądali i ubolewali nad każdą sceną, nad każdą wyrzeźbioną postacią, nad każdą rzeźbą. Napis pod każdą rzeźbą był bardzo nisko. Patrzę, stoi takich dwóch starych Niemców, tak się schylają, żeby przeczytać. Dochodzę do nich i mówię, że szkoda, że te napisy są tak nisko, a oni na to, że tak jest dobrze, bo w ten sposób oddają hołd pomordowanym. Proszę spojrzeć na rzeźby. To jest życie Treblinki.

„Życie Treblinki”? Pani słyszy, jak to brzmi?

Tam przyjeżdżał transport ludzi, sześć tysięcy ludzi, którzy od razu byli mordowani. Każdego dnia. Niemcy w Treblince do ostatniej chwili oszukiwali ludzi. Wzięli artystę malarza. Kazali mu namalować zegar, napisy, I klasa, II klasa, żeby ludzie myśleli, że jak tu przyjeżdżają, to że jest to normalna stacja kolejowa. Namalował, ludzie w to wierzyli. Do obozu wjeżdżało 20 wagonów, a skład liczył 60. Pociąg był dzielony. Maszynista musiał trzy razy wjeżdżać do obozu. Czasem Treblinka była tak pełna, że pociągi czekały kilka dni na rozładunek. Ludzie umierali w wagonach. Z zimna, z głodu, z gorąca. Była specjalna grupa, na ogół religijnych Żydów, których zadaniem było oczyszczanie wagonów.

Dlaczego religijnych?

Nie wiem. U nas, w pogotowiu, w Izraelu, tu w Tel Awiwie, też pracuje dużo religijnych Żydów. Od 600 do 800 Żydów pracowało przy tej produkcji śmierci. Głównie przy segregacji rzeczy. Bo przy codziennym mordowaniu pracowali Ukraińcy. Całą czarną robotę wykonywali oni. Niemcy nie brudzili sobie tym rąk.

I pani mąż był wśród pracujących Żydów.

Nie od razu. Któregoś dnia jeden z pracowników zabił Niemca, za karę więc zabito wszystkich innych pracowników. I wtedy nadszedł transport z Częstochowy, z którego wyciągnięto bardzo dużo ludzi do pracy. Igo przyjechał do Treblinki dwa tygodnie później z Opatowa. Najpierw wszyscy usłyszeli, żeby zdjąć buty i związać je do pary. Zobaczył, że człowiek, który to mówi, jeden z Żydów, wygląda znajomo. Okazało się, że to jego szkolny kolega. Chłopak, który wraz z rodziną w latach 30. przeniósł się z Niemiec do Polski. Kiedy potem od końca lat 80. przywoziliśmy do Polski izraelską młodzież, tłumaczyliśmy jej, że kiedy wybuchła wojna, to w Polsce żyli nie tylko polscy Żydzi, ale też niemieccy.

Młodzi tego nie wiedzieli?

Zmierzam do tego, że młodzi rozumowali prosto – skoro w Polsce było najwięcej obozów zagłady, to znaczy, że Polacy byli najbardziej skłonni do współpracy z Niemcami.

Tak ich uczono w szkołach?

To wynikało z logiki. W szkołach nie było żadnych przygotowań, nic. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nasza młodzież w ogóle nie jest przygotowana do odwiedzenia Polski. Nic o niej nie wie. W tej chwili jest Yad Vashem, są historycy i młodzi, którzy jadą do Polski, są przygotowywani, dostają jakieś tło historyczne. Wtedy, pod koniec lat 80., młodzież izraelska była po prostu zastraszona.

Co oni wiedzieli o Polsce?

Że to jest miejsce samych bandytów. I każdy Polak może im na ulicy, wszędzie, zrobić krzywdę.

W szkołach im to mówiono?

Rodzice, którzy wysyłali dzieci, bali się o nie, o to, czy jacyś pijacy, mordercy nie zrobią ich synom i córkom krzywdy. Wiedzieli, że ich dzieci jadą do miejsc, w których dokonała się Zagłada, cały Holokaust. Rozumowali, że Polacy to jest naród, który prawdopodobnie pomagał Niemcom.

I nikt w Izraelu ich z tego błędu nie wyprowadzał?

Ja wyprowadzałam. Między innymi ja.

Wiedzieli chociaż, że to robili Niemcy?

Oczywiście, o Niemcach wiedzieli. Nie zastanawiali się jednak nad tym, że przecież w Polsce przed wojną było największe skupisko Żydów na świecie. Staraliśmy się im wszystko tłumaczyć, wyjaśniać krok po kroku. Tłumaczyłam, że mnie ratowali Polacy, narażali życie swoje i swoich bliskich, w tym trzyletniego synka. Jednocześnie, na ulicy, w czasie wojny bałam się bardziej Polaka niż Niemca. Polacy mieli jakieś trzecie oko, potrafili rozpoznać Żyda, ocenić, kto jest Żydem, a kto nie. Nie, nie mówię o szmalcownikach, którzy brali pieniądze za denuncjację. Mówię o zwykłych ludziach, którzy to robili, żeby się pozbyć Żydów.

Pamiętam wycieczki młodzieży z Izraela chodzące z ochroną. W Polsce tego nie rozumieliśmy.

Rodzice młodych ludzi jadących do Polski domagali się, żeby każda wycieczka miała ochronę, żeby ci ochroniarze przyjeżdżali z nami do Polski z Izraela. To było strasznie absurdalne. Żadne tłumaczenia nie pomagały. Mówiliśmy, że ochrona izraelska nie zna Polski, nie zna terenu, nie mówi po polsku. A poza tym, kiedy widzi, że ktoś się zbliża do grupy, to od razu się rzuca, odciąga. Pamiętam raz wysiadamy z autobusu na ulicy Złotej. Tam jest kawałek muru getta. Obok jest szkoła. Ze szkoły wychodzi młodzież. I słyszę, jak chłopaki komentują: jakie piękne dziewczyny. I podchodzą do naszej grupy. Nasi ochroniarze jak zobaczyli, że zbliżają się polskie nastolatki, zaczęli ciągnąć nasze dziewczyny do autobusu. Mówię „stop”, nic im nie grozi, to tylko polskie dzieciaki, nastolatkowie, którzy zachwycają się naszą młodzieżą. I słyszę, że to mogą być chuligani, że mogą zrobić krzywdę i że ochrona jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo, a ja mam się nie wtrącać. Mój mąż nie był taki delikatny jak ja, strasznie się tym zdenerwował i kiedy wróciliśmy do Izraela, twardo powiedział, że kiedy my jeździmy ze swoimi grupami młodzieży, nie chcemy żadnej izraelskiej ochrony. Robiliśmy to bezinteresownie. Braliśmy urlop z pracy i jechaliśmy do Polski. Uważaliśmy, że naszym obowiązkiem jest, dopóki jesteśmy, pamiętamy, żyjemy, przywozić młodych z Izraela i pokazywać im Polskę, opowiadać o tym, cośmy przeżyli. A w związku z tym, że robiliśmy to charytatywnie, bez pieniędzy, bez zapłaty, to mogliśmy sobie wybrać młodzież. I głównie wybieraliśmy młodzież kibucową.

Bo ta jest lepsza?

Nie, bo ci młodzi ludzie, głównie 16-, 17-latki, sami pracowali na tę podróż, musieli na nią zarobić. To była dla nich ważna podróż przed pójściem do wojska. Zachowywali się zupełnie inaczej niż ci niekibucowi. Jak trzeba było wstać o szóstej, to nikt się nie spóźniał, nikt nie protestował. Ponieważ zawsze było krucho z pieniędzmi, to zdarzało się, że robiliśmy im pikniki w lesie, żeby nie wydawać na restauracje i nigdy nie było żadnych kłopotów. Dzieciaki zawsze po sobie sprzątały, pilnowały porządku, czasu, dyscypliny. Teraz świadków Zagłady już prawie nie ma, a nawet ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, nie jeżdżą już z młodzieżą do Polski. Teraz zostali już tylko nauczyciele i historycy. To oni powinni ich przygotowywać do takiego wyjazdu. I wiem, że przygotowują.

Ile razy była pani z izraelską młodzieżą w Polsce?

Ponad 30. Moja córka chciała mnie zarżnąć za to. Wszystkie urlopy to nie były wyjazdy rodzinne, tylko wycieczki edukacyjne .

Zawsze jeździliście do Treblinki?

Ona była najważniejszym punktem dla mojego męża. Opowiadał, że chłopak, którego rozpoznał w obozie, uratował mu życie. Kiedy przed wojną ten chłopak chodził do szkoły, to mówił źle po polsku, więc inne dzieciaki go biły. Mój mąż brał go w obronę. Ten go poznał i się odwdzięczył. Szepnął: „Powiedz, że jesteś murarzem”. Igo powiedział i dzięki temu jako jeden z całego sześciotysięcznego transportu przeżył. Jednak jako murarz pracował bardzo krótko. Na ogół był przy segregacji rzeczy. Tam, niech pani spojrzy na tę rzeźbę. Na te sterty ubrań. A teraz na tę, na tę dziewczynę z częściowo ogoloną głową. Pamiętam, jak w getcie warszawskim była wielka akcja, wtedy złapano bardzo dużo Żydów i wywieziono ich do Treblinki. Mąż już tam był, kiedy przyjeżdżały transporty z Warszawy. Dostał nożyczki i miał obcinać ludziom włosy. Siadła dziewczyna. Opowiadała mu o sobie, o tym, że niedawno w getcie zrobiła maturę, on ją strzygł, a ona pytała się go, jak długo to wszystko potrwa. Nie chciał, żeby się bała. Powiedział, że nie dłużej niż 10 minut. Potem, kiedy szła ścieżką, nazywaną przez Niemców ścieżką do nieba, wyglądała, jakby się żegnała z całym światem.

Pani te wszystkie opowieści zna na pamięć, mam wrażenie, jakby to były też pani historie.

Żyję z tymi historiami od 75 lat. Dłużej, bo przecież sama byłam w getcie. Igo ciągle opowiadał o Treblince. Ciągle. Uważał, że to jest jego misja. Ale kiedy przyjechaliśmy do Izraela, to ludzie nie chcieli o tym słuchać, więc na siłę opowiadaliśmy. Mój mąż miał dwie siostry. Jedna 24-letnia Ita, druga 6-letnia Tamara. Obydwie zginęły w Treblince. Przed wojną ta starsza miała kolegę, sympatię, Stefka Kamrata. To był romans, który się zaczął, kiedy ona miała 13 lat. W 1936 r. Stefek wyjechał do Palestyny. Ale jeszcze przed wyjazdem się zaręczyli. W Palestynie zaczął studiować archeologię. W 1939 r. załatwił papiery, miał pojechać do Polski, żeby sprowadzić narzeczoną i swojego brata. Jednak zaczęło się w Polsce mówić, że wojna, że strach, więc rodzice mu napisali, żeby się na razie wstrzymał. Wojna wybuchła. A potem to już wiadomo... I kiedy przyjechaliśmy do Izraela, to trafiliśmy do niego. On już miał rodzinę, ożenił się. Siedzimy i mój mąż zaczyna opowiadać o tym, co przeżył, o tym, co się działo w czasie wojny. I widzimy, że on nie chce słuchać. Wyłączył się po prostu. Inni też nie chcieli.

Dlaczego nie chcieli?

Myślę, że było kilka powodów. Przede wszystkim uważano, że my, Żydzi w Polsce, byliśmy tchórzami. Zarzucano nam, że się nie przeciwstawiliśmy Niemcom. Mówiono: jak to możliwe, że tyle milionów Żydów im się nie postawiło. Przecież tu w Izraelu był naród bohaterów, ludzi, którzy wygrali wojnę o niepodległość w 1948 r. I proszę sobie wyobrazić tych Żydów, którzy przyjechali z Polski, wycieńczonych, osłabionych, po strasznych przeżyciach, i którzy jeszcze chcą o tym opowiadać. Żydzi w Izraelu po prostu nie chcieli słuchać, więc ludzie na ogół zamykali usta, przestawali mówić.

Pani nie przestała.

Nie tylko ja i mąż. Inni też nie przestali. Mamy tu przyjaciela. Prowadzi codzienne audycje w radiu. Kiedyś tu do nas przyszedł, żeby zobaczyć rzeźby. I powiedział, że jego rodzice przeżyli okupację w Polsce, ale nigdy o tym nie opowiadali. Przyjechała tu kiedyś telewizja ze Szwecji. Chcieli porozmawiać o tym, jak drugie pokolenie reaguje na Zagładę. Nasza córka jeszcze wtedy studiowała. Powiedziała, że nie jest dobrym przykładem swojego pokolenia, bo jest zahartowana, wie wszystko, bo rodzice i babcia od pierwszej chwili, kiedy tylko zaczynała rozumieć, opowiadali jej o Zagładzie.

To jak dziedziczenie traumy.

Lepiej wiedzieć. Nasza córka ma na imię Orit. To imię składa się z imion naszych zabitych. Moja matka nazywała się Rachel, Ita i Tamara to siostry męża.

To jest Rit.

Dodaliśmy O, bo Orit po hebrajsku oznacza świetlana. To imię było też symboliczne, bo ona przyniosła światło do naszego życia, szczególnie do smutnego życia swojej babci, a mamy mojego męża. Babcia tak naprawdę wychowywała naszą córkę. Przed jej pojawieniem się moja teściowa była w zasadzie wyłączona z życia. Bardzo przeżywała stratę córek. Kiedy Orit się urodziła, odżyła. Orit mówi po polsku. Jej dzieci też. Z mężem też rozmawialiśmy tylko po polsku. Dzięki temu dziś, po tylu latach ciągle mówię, choć myślę, że akcent trochę złapałam.

Nie, nie złapała pani. Pani mąż pamiętał twarze ludzi, których rzeźbił?

Pamiętał postaci. Na pewno twarze na niektórych rzeźbach to fantazja. Któregoś dnia przyszedł transport, a w nim Żyd, Niemiec, który walczył podczas I wojny światowej w armii niemieckiej i stracił nogę. Miał protezę. Do Treblinki przyjechał z medalami na piersi. Był pewien, że zostanie wyróżniony za zasługi. I rzeczywiście tak było. Niemcy zrobili taki niby lazaret, czyli szpital polowy. Ludzie, którzy nie mogli sami zbyt szybko iść do gazu, byli kierowani właśnie tam. Wchodzili z myślą, że przejdą badania lekarskie. Zamiast lekarza, czekał na nich Ukrainiec, który strzelał im w głowę. Ludzie w czasie wojny wariowali, popełniali samobójstwa. My w getcie, w Warszawie, nie chcieliśmy wierzyć, że Treblinka to jest Zagłada. Nam się to nie kładło na umysł. Pamiętam, jak się cieszyłam, kiedy moja mama była brana do Treblinki, że ma na sobie trzy sukienki, że będzie miała co zmieniać, co na siebie włożyć. Kobiety zwykle brały ze sobą po kilka sukienek. Ta rzeźba to postać bardzo niezwykła. Przyjechała dziewczyna w balowej sukni. W rękach trzymała bochenek chleba. Ale tak kurczowo, żeby jej nikt tego nie zabrał. Zobaczyła walizki, do których segregowano rzeczy. Zauważyła taką, w której było pełno okularów. W tym momencie zrozumiała, że tu się coś straszliwego dzieje. Zaczęła uciekać. Wystarczył jeden strzał. Przywieziono też Artura Golda, wspaniałego polskiego kompozytora. Jest taka jego znana piosenka.

Pani Ada zaczyna nucić tango „Przy kominku”.

Niemcy, wiedząc kim on jest, kazali mu zorganizować trio muzyczne, a krawcom uszyć muzykom kolorowe fraki. Tak, żeby przypominali błaznów. Pięknie grali, ale wyglądali groteskowo. Nawet takie szczegóły upokarzania te niemieckie głowy wypracowały na sto procent. Tu inna rzeźba. W Treblince nie było ubikacji. Ludzie załatwiali się gdzie popadnie, też pod siebie. Chyba z obawy o wybuch epidemii, zdecydowano o wybudowaniu latryny, do której mogło wejść 20 osób naraz. Niemcy wzięli Żyda, ubrali go w strój kantora, takiego, który śpiewał w synagodze. Dali mu budzik i pejcz. Miał pilnować, żeby ludzie tam nie siedzieli dłużej niż dwie minuty. Mąż opowiadał, że to był porządny Żyd, bo jak Niemców nie było w okolicy, to można było siedzieć w tej latrynie, ile się chciało. Mój mąż był ateistą, całe życie walczył z Bogiem. Bohater jego rzeźby patrzy w górę, ale nie do Boga, tylko do nieba, do tego pięknego polskiego nieba. Bo Boga w Treblince nie było. Na pewno nie było.

Była nadzieja, skoro 2 sierpnia 1943 r. wywołano w obozie powstanie.

W obozie jeden drugiego nie znał, jeden bał się drugiego. Mąż opowiadał, że do ostatniej chwili nie wiedział, że jest podziemie w Treblince. W ogóle nie był w to wtajemniczony. Tam była bardzo mała grupka ludzi, która planowała coś zrobić, planowała powstanie.

Nie mieli broni.

Ale któregoś dnia Niemcy kazali wybudować pomiędzy barakami taki malutki pokoik. W tym pokoiku było malutkie okienko i otwór na drzwi. Problem był taki, że ich nie mieli. Sprowadzili skądś jakieś bardzo stare drzwi, które nie miały zamka. Obozowi ślusarze na miejscu zrobili i zamek, i klucze. I jeden klucz zatrzymali dla siebie. Niemcy w tym pokoiku składowali broń. Jednak ten składzik był usytuowany w części niemieckiej. Żydom nie wolno było tam chodzić. Tylko mała grupka miała dostęp – młodzi, którzy sprzątali te baraki niemieckie, czyścili buty Niemcom. 2 sierpnia 1943 r. był wielki upał. Prawie cała niemiecka załoga Treblinki poszła kąpać się do Bugu, bo rzeka jest bardzo blisko. W obozie zostało niewielu Niemców. I to był ten moment, kiedy postanowiono o rozpoczęciu powstania. O 4 po południu chłopcy weszli do tego niewielkiego arsenału. Mąż opowiadał, że nawet bili się między sobą, bo każdy chciał dostać broń. Treblinka była otoczona drutami kolczastymi, ale nie podłączonymi do prądu. Do tego zapory przeciwczołgowe obciągnięte drutem. Te druty były tak mocno naciągnięte, że można się było po nich wspinać. Pierwsza grupa, która zaczęła po nich wchodzić, została ścięta przez karabin maszynowy. Druga grupa, w której był mój mąż, wspięła się po trupach swoich kolegów i uciekła. Nie wiadomo dokładnie, ale przyjmuje się, że z Treblinki uciekło od 300 do 400 osób. Po wojnie zostało przy życiu 67. Oni wszyscy umarli śmiercią naturalną. Mój mąż był ostatnim z nich. Tu jest pierwsze zdjęcie mojego męża po Treblince. Do kenkarty. To był piękny mężczyzna, do końca życia. Wyjątkowo urodziwy. Aż trudno sobie to wyobrazić. Nie ma nawet wśród aktorów filmowych wielu tak pięknych ludzi. Blondyn, niebieskie oczy. Nie był typem Żyda. Porywczy, trochę lekko myślny. Kiedy wyszedł z Treblinki, to od razu szukał podziemia, kontaktu do ludzi, którzy walczą. Już pierwszego dnia Powstania Warszawskiego dołączył jako ochotnik do batalionu „Ruczaj”.

Wiem, że w życiu bym nikogo nie zadenuncjowała, ale też nie przyjęła do siebie, pod swój dach obcych ludzi, wiedząc, co mnie może za to spotkać. Jestem za dużym tchórzem. Mogę zrozumieć, że niewielu pomagało Żydom, a ci, którzy pomagali, byli naprawdę wielkimi bohaterami

Pani wtedy ukrywała się u polskiej rodziny.

Nie ukrywałam się. Nie wyglądałam na Żydówkę, miałam dokumenty na fałszywe nazwisko. Państwo Majewscy, u których mieszkałam, stworzyli na moją potrzebę opowieść o tym, że moja mama była koleżanką pani Heleny Majewskiej, mama jest w szpitalu, a ojciec, polski oficer, zginął. Przez dom państwa Majewskich przeszło 18 dzieci. Pani Majewska, ta pani, u której byłam, prawdopodobnie miała jakiś kontakt z podziemiem. Ale ja o tym nie wiedziałam. W tym czasie lepiej było nie wiedzieć. Poza tym ja byłam dosyć młoda. Bano się, że jak mnie złapią, to mogę wyśpiewać różne rzeczy. Zdawałam sobie jednak sprawę, że przez nasz dom przewijają się żydowskie dzieci. Pani Majewska tym wszystkim zarządzała, szukała rodzin, które były gotowe wziąć żydowskie dzieci, niektóre za duże pieniądze.

Za panią też płacono?

Na pewno dostawali z podziemia pieniądze na moje utrzymanie. Wiem jednak, że gdyby nie dostawali, to też by się mną opiekowali. Pokochali mnie, ja ich też. Czułam się tam jak w domu. W sytuacjach przerzutu dzieci z getta zawsze były stawiane warunki. Na ogół nie chciano chłopców, bo byli obrzezani. Chcieli dziewczynki i często prosili, żeby miały one aryjski wygląd. Któregoś dnia przyszła wiadomość, że Majewska znalazła rodzinę dla kilkuletniej dziewczynki z dobrym wyglądem i znajomością języka polskiego. Proszę pamiętać, że w getcie nas uczono pacierzy, tam dostałam fałszywe dokumenty. Majewska przyprowadza tę dziewczynkę. Nie wiem, jak ją wynieśli z getta, czy w jakimś pakunku, czy jak. Wchodzi do nas domu. I słabo nam się wszystkim robi. Dziecko jest ciemne, ma czarne oczy, bardzo smutne, kręcone włosy. Pokażę pani jej zdjęcie. Marysia. I już wiadomo, że miejsce w nowej rodzinie jest nieaktualne. Zresztą pieniądze na to dziecko jeszcze nie dotarły. W tym czasie Majewski umiera ze strachu. Mówi do pani Majewskiej: „Przez ciebie wszyscy zginiemy”. A ona: „To co mam zrobić, posłać ją z powrotem do getta? Znajdę jej inne miejsce. Za duże pieniądze ktoś ją schowa”.

Nie mogła zostać u Majewskich?

To był jeden pokój. Poza tym Majewscy mieli olejarnię. Przychodzili do nich ludzie kupować olej. W tym czasie Marysię chowało się do szafy. A mądra była. Zresztą, dzieci w czasie wojny miały rozumy dorosłych ludzi. Pukają do drzwi sąsiedzi, my chowamy małą. A sąsiedzi: „Chodźcie szybko na dach, będziemy patrzeć, jak getto się pali”. Mówię do pani Majewskiej, że nie chcę patrzeć, jak getto się pali, a ona, że musimy iść wszyscy, bo inaczej to będzie podejrzane. Poszłyśmy we dwie. Majewski został z małym synkiem Danusiem i Marysią. Stoimy na dachu i słyszę, jak sąsiadka mówi: „Ile na tych Nalewkach się pali koronek, ile materiałów”. Do tej pory, jak o tym myślę, to mnie ciarki przechodzą. Majewska mnie wtedy trzymała mocno za rękę, wiedziała, co się ze mną dzieje. Wróciłyśmy do mieszkania. Na amerykance siedział Majewski, na jednym kolanie trzymał jedno dziecko, na drugim drugie, i płakał. I mówi: „Helka, ja postanowiłem i co będzie z nami, to będzie, ale ta mała u nas zostaje”. I mała została. Ale przecież nie można ciągle dziecka trzymać w tym jednym pokoju. Postanowiliśmy ufarbować jej włosy na blond. Nie było farby, więc wodą utlenioną. Po wojnie mi opowiadała – była profesorem, badaczką, naukowcem, nazywała się Maria Jarząbek-Chorzelska – że przez wiele lat jeszcze czuła, jak ją boli skóra od tego utleniania. No, ale stała się blondynką. Pewnego dnia uznaliśmy, że już jest gotowa, by pójść na podwórko, by bawić się razem z dziećmi.

Jak wytłumaczyć nagłe pojawienie się dziecka?

Na potrzeby Marysi wymyślono też jakieś opowiadanie, że to daleka rodzina. Któregoś dnia Majewscy poszli do pracy, ja jestem sama z tym dwojgiem dzieci. Pukanie. Wchodzi grupa ludzi. Niemcy, gestapo, polski tłumacz. I słyszę, że jest donos, że tu jest żydowskie dziecko. W międzyczasie Majewska wraca z pracy. Oni mówią, że jest oskarżona o to, że matkuje żydowskiemu dziecku. Ona: „Ja matkowałabym żydowskiemu dziecku? Ja bym narażała swoją rodzinę?”. Niemiec bierze Marysię na kolana, wyciąga taką wielką czekoladę i mówi, że nic złego jej nie zrobią, tylko żeby przyznała się, że jest Żydówką. My w strachu. Dla dziecka ta czekolada to wielka pokusa. Ale Marysia mówi, że nie jest Żydówką. Niemiec wyciąga rewolwer, dostawia jej do skroni i mówi, że to trudno, to my ciebie zabijemy, bo i tak wiemy, że jesteś Żydówką. Mała nie wytrzymała i się przyznała. Zwrócili się do pani Majewskiej. Kazali się jej ubrać, dziecko ubrać i powiedzieli, że prowadzą je na Szucha, gdzie było siedziba Gestapo. Wszyscy płaczemy. I do dzisiejszego dnia nie mogę zrozumieć, co się wtedy stało. Niemiec powiedział tłumaczowi, że Majewska ma przyjść z dzieckiem na Szucha do godziny piątej. I wszyscy sobie poszli. A my nerwy, czy iść tam dobrowolnie, czy uciekać. Po chwili wraca tłumacz i mówi, że trafiliśmy na porządnych Niemców. Kazał dać pięć tysięcy na Czerwony Krzyż. Po czym powiedział, że małą trzeba usunąć, bo sąsiedzi donieśli. Okazało się, że jak Marysia była na podwórku, to proponowała dzieciom zabawę w getto. Tu będzie mur, ty będziesz strzelać, ja będę uciekać... Przechodził sąsiad, usłyszał i zadenuncjował. Majewska na szczęście miała kontakty, również w domu sierot ks. Boduena. Wyszła na ulicę z Marysią, na spacer, dała jej dokumenty, po czym odeszła. Ktoś inny podszedł, wziął dziewczynkę. Marysia przeżyła wojnę i zrobiła karierę naukową. Młodsza ode mnie, ale już nie żyje. Wiedziała, jak została uratowana. Przypuszczam, że inne małe dzieci, które przeszły przez dom Majewskich – nie. Potem, po wojnie, Igo na zlecenie organizacji syjonistycznych jeździł po różnych miejscach i szukał żydowskich dzieci, które były ukrywane w polskich rodzinach w czasie wojny. Wiem, że pani Majewska była bohaterką.

Może po prostu zachowywała się przyzwoicie.

To było coś zdecydowanie więcej. W czasie wojny i po wojnie Polacy zachowywali się wobec Żydów bardzo różnie. Wszyscy wiemy o pogromach. Po wojnie dochodziło też do różnych antyżydowskich incydentów. Poproszono mojego męża, by prowadził kursy samoobrony. Jeździł po Polsce i uczył Żydów, jak się mają bronić w razie gdyby napadli ich Polacy. Ale to już inna historia. Pani Majewska ratowała żydowskie dzieci, co było bardzo trudne i bardzo niebezpieczne. W getcie był telefon. Można było dzwonić na aryjską stronę. Tyle że większość ludzi nie miała do kogo dzwonić, bo nikogo nie znała. Przecież przed wojną duża część Żydów w dużych miastach tworzyła swoje getta. To jest też jeden z powodów, że tak niedużo ich się ratowało. Wiem, że moi rodzice na przykład, oprócz stosunków handlowych, nie mieli relacji z Polakami, nie mieli przyjaciół Polaków. Ci, którzy nam pomagali, to byli przedwojenni klienci rodziców. Proszę na to tak spojrzeć, jak ja patrzę. Gdybym ja miała narażać swoją rodzinę dla obcych osób, to nie byłabym na to gotowa. Nie narażałabym.

Z perspektywy ponad 70 lat tak pani myśli?

Hm, wiem, że w życiu bym nikogo nie zadenuncjowała, ale też nie przyjęła do siebie, pod swój dach obcych ludzi, wiedząc, co mnie może za to spotkać.

Nie przyjęłaby pani takiej dziewczynki, jaką pani wtedy była?

Chyba nie. Jestem za dużym tchórzem. Mój mąż może tak, ja nie. Mogę zrozumieć, że niewielu pomagało Żydom, a ci, którzy pomagali, byli naprawdę wielkimi bohaterami.