statystyki

Willenberg: Młodzi rozumowali prosto. Skoro w Polsce było najwięcej obozów, to Polacy byli skłonni do współpracy z Niemcami [WYWIAD]

02.08.2019, 07:17; Aktualizacja: 02.08.2019, 07:19
Ada„Krysia” Willenberg, fot. Maksymilian Rigamonti

Ada„Krysia” Willenberg, fot. Maksymilian Rigamontiźródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor zdjęcia: Maksymilian Rigamonti

- 2 sierpnia 1943 r. był wielki upał. Prawie cała niemiecka załoga Treblinki poszła kąpać się do Bugu, bo rzeka jest bardzo blisko. W obozie zostało niewielu Niemców. I to był ten moment, kiedy postanowiono o rozpoczęciu powstania w obozie – mówia Ada„ Krysia” Willenberg.

Pani Ado...

Można mówić do mnie Krysiu. To moje wojenne imię. To od państwa Majewskich, to z ukrycia. Ada – prawie nikt do mnie tak się nie zwracał. Mój mąż, Samuel, mówił do mnie Krysiu. A ja do niego Igo. Chciałabym, żebyście zobaczyli rzeźby mojego męża. Ile macie czasu?

Sporo.

Trzeba zjechać na dół. Zaraz, zaraz wam pokażę. Dzięki temu, że to córka nam ten dom zaplanowała, to mamy tutaj takie studio, właściwie galerię. Inaczej to nie wiem, gdzie by te rzeźby były. Czekam na moment, kiedy będzie je można przewieźć do Treblinki, tam, gdzie ich miejsce.

Gdzie miałyby stanąć?

Na razie nie ma dla nich miejsca. Ale w planach jest powstanie centrum edukacji o zagładzie Żydów. Pamiętam, jak jeździliśmy do Treblinki i jak trudno było nam utrzymać młodzież pod gołym niebem, bo przecież tam nic nie było.

Przecież tam jest teraz memoriał.

Tak. Z każdej miejscowości, z której pochodzili mordowani Żydzi, jest kamień. Ale tam nie ma, jak w Auschwitz, ani baraków, ani ruin krematorium. O tym wszystkim można tylko opowiadać. Mój mąż ciągle mówił, że musimy w tej Treblince coś zrobić. Nasza córka jest architektem i zaprojektowała ponad 30 izraelskich ambasad na całym świecie, m.in. w Berlinie. Już wiele lat temu powiedziała, że jest gotowa bezinteresownie zrobić projekt takiego budynku, który mógłby stanąć w Treblince. Mąż na to: „Co z tego, że zrobisz projekt, jak ja nawet kamienia węgielnego nie dożyję”. Ja na to: „Igo, co za problem, kupimy kamień w Polsce i go tam postawimy”. I rzeczywiście, poszliśmy do kamieniarza, który robi nagrobki w Warszawie, wybraliśmy olbrzymi kamień i jak była 70. rocznica powstania w Treblince, to go tam postawiliśmy.

Na dziko?

Nie, była uroczystość. Była informacja, tablica przy kamieniu, że tu powstanie centrum edukacji o zagładzie Żydów w Treblince.

Na razie nie powstało.

Były problemy administracyjne, bo przecież Treblinka była w administracji Siedlec, a to niewielkie miasto, z niewystarczającym budżetem na taką inwestycję. Na szczęście przeszła pod władanie ogólnopolskie, pod władanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dwa lata temu byłam tam z waszym wiceministrem kultury Jarosławem Sellinem. Miał mnie prowadzić, bo chyba sądzono, że jestem taka stara i nie dam rady sama iść. Okazało się, że to ja musiałam prowadzić pana wiceministra, bo trochę utykał, coś miał chyba z nogą. Razem żeśmy się tak prowadzili. Przyrzekł wtedy, że w Treblince coś powstanie.

Coś?

Mam nadzieję, że właśnie centrum edukacyjne. Przynajmniej jest o tyle dobrze, że wszystkie decyzje leżą teraz po stronie resortu kultury. Tam jest jeszcze inny problem. Treblinka to był też w czasie wojny obóz pracy dla Polaków, którzy dostawali karę za niewywiązanie się z jakichś obowiązków. I polski rząd chce, żeby w tym centrum też wspomniano o tym.

To chyba zrozumiałe.

Dla mnie nie ma problemu. Można to zarysować. Nie uważamy, że w Treblince musi być prezentowana tylko sprawa żydowska, tylko sprawa obozu śmierci. Założyliśmy fundację, ale na razie nie mogę robić żadnego żebrania, bo nic wiążącego nie ma, do końca nie wiadomo, na co mamy zbierać. Wiem natomiast, że ludzie są gotowi dawać. Igo nie wystarczyło, że opowiadał o Treblince, nie dosyć, że przyjeżdżał do Treblinki z młodzieżą, że robiono o nim filmy. Osiem filmów o nim powstało. W tym jeden dwugodzinny amerykański. Pojechaliśmy nawet na premierę. Mąż miał wtedy 91 lat. Już chodził nie tak dobrze. Z laską. Bałam się jechać do Miami. W sumie ponad 20 godzin w podróży. Pojechaliśmy jednak wszyscy, razem z córką. Kupiono nam bilety takie więcej niż pierwsza klasa, bo miejsca były leżące. Każdy bilet strasznie drogi. Mój mąż cały czas spał. A ja myślałam, że on nie żyje. Ciągle sprawdzałam czy oddycha, dotykałam go. Premiera filmu w operze. Tam niedaleko jest najpiękniejszy na świecie posąg Zagłady. Taka ręka, po której wspinają się ludzie, a w zasadzie pół ludzie, pół trupy. Po projekcji filmu przeszło tysiąc osób wstało i zaczęło oklaskiwać mojego męża. Powiedział, że warto było narażać życie, żeby przeżyć taki moment. Był bohaterem. Nie tylko ostatnim żyjącym uczestnikiem powstania w Treblince, w obozie zagłady. On walczył też w Powstaniu Warszawskim. Chodźcie, chodźcie.

Mąż był w Treblince, kiedy przyjeżdżały transporty z Warszawy. Dostał nożyczki i miał obcinać ludziom włosy. Siadła dziewczyna. Opowiadała o sobie, o tym, że niedawno w getcie zrobiła maturę, pytała, jak to wszystko długo potrwa. Nie chciał, żeby się bała. Powiedział, że nie dłużej niż 10 minut. Potem, kiedy szła ścieżką, nazywaną przez Niemców ścieżką do nieba, wyglądała, jakby się żegnała z całym światem

Zjeżdżamy malutką windą na sam dół. Krysia Willenberg otwiera drzwi, prosi, żeby poczekać, że tylko pozapala światła, zobaczy, czy wszystko w porządku.

Przewodnik po Warszawie powstańczej mówi, że na Marszałkowskiej 60 w czasie Powstania Warszawskiego ukrywał się ojciec mojego męża Perec Willenberg, artysta malarz, który przed wojną pięknie dekorował synagogi. Miał wygląd, jak to się wtedy mówiło, fałszywe dokumenty i malował ludziom na zamówienie głównie święte obrazy. Igo po nim odziedziczył talent. Jednak matka mojego męża, kiedy widziała, że jej synek bierze ołówek do ręki i próbuje rysować, zaraz mu ten ołówek zabierała. Nie chciała, by został artystą, bo to niepewny chleb. Kiedy w 1950 r. przyjechaliśmy tu, do Izraela, Igo został geodetą. I pracował do siedemdziesiątki. Kiedy przeszedł na emeryturę, postanowił, że będzie rzeźbić. Na początku jakieś akty nie akty, ale to mu nie sprawiało przyjemności. Pewnego dnia powiedział, że wyrzeźbi historię Treblinki.

Ile jest tych rzeźb?

Kilkanaście. O każdej wam opowiem. O każdą z nich była między nami kłótnia. Zamiast podróżować, jeździć na wakacje, my wydawaliśmy pieniądze na rzeźby, na ich odlanie w brązie. Ja jestem latawiec, lubię jeździć, on też lubił, ale trzeba było siedzieć na tyłku. Zawsze mówił, że to już ostatnia rzeźba. Potem zawsze było: „Krysiu, ja chcę jeszcze jedną. Ostatnią”. I tak kilka razy.

Dlaczego nie stoją np. w instytucie Yad Vashem?

Bo Igo się na Yad Vashem obraził. A zaczęło się od mapy. Jedyna mapa Treblinki, całego obozu, to ta, którą on zrobił, bardzo precyzyjnie narysował. Od razu po wojnie. I Yad Vashem go męczyło, żeby dał im tę mapę. On nie chciał. Ja go też męczyłam. Mówiłam: „My mamy kopię, a oryginał oddajmy”. Złamał się. Oddał. Był przekonany, że tę mapę powieszą, zaprezentują, a oni tylko zrobili kopię i to wielkości karty pocztowej. Nic na niej nie widać, nie można się zorientować. Po tym wszystkim powiedział, że nie da im rzeźb, że ich miejsce jest tylko w Treblince. On nie doczekał. Ja czekam.


Pozostało jeszcze 77% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (2)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie