"Dzień szarańczy" Johna Schlesingera to cierpka satyra na Hollywood, przedstawiona jako siedlisko bezwzględności, zepsucia i upadku moralnego.

Zupełnie bez żadnej okazji, szczególnej okoliczności, jubileuszu czy innej sposobności, po prostu by podzielić się tym niezwykłym odkryciem, piszę o "Dniu Szarańczy" ("The Day of the Locust", 1975) Johna Schlesingera. Reżysera tego poznałam wiele lat temu dzięki filmowi "Maratończyk" z Dustinem Hoffmanem i Robem Schneiderem w rolach głównych. "Maratończyk" to film amerykański, więc początek mojej znajomości z twórczością Schlesingera nie odbył się we właściwej kolejności, bowiem był on twórcą brytyjskim, jednym z czołowych przedstawicieli angielskiej nowej fali, czyli Młodych Gniewnych. Po pierwszych sukcesach na rodzimym gruncie, upomniano się o niego za Oceanem. Pracę w Ameryce zainicjował od razu zdobyciem kilku nominacji i wygraną Oscara dla najlepszego filmu za niezapomnianego Nocnego kowboja z tytułową rolą Johna Voigtha (młodsze pokolenie wtajemniczam, że to ojciec Angeliny Jolie).

"Dzień szarańczy" to cierpka satyra na Hollywood, przedstawiona jako siedlisko bezwzględności, zepsucia i upadku moralnego. Znanych mi jest kilka tego rodzaju tytułów. Filmowy show-biznes i jego reputacja są bowiem wdzięcznym tematem dla takiego typu opowieści. Przywołam tu choćby mojego ukochanego "Gracza" Roberta Altmana, "Bartona" Finka Joela i "Ethana" Coenów, prześmiewcze "Koniec z Hollywood" Woody Allena czy niedawne "Mapy gwiazd" Davida Cronenberga.

Reklama

Z wyjątkiem żartobliwego tonu wspomnianego filmu Allena, pozostałe, mimo komicznych akcentów, raczej surowo i bezlitośnie rozprawiają się ze światkiem fabryki snów. Lecz to z jaką drapieżnością i intensywnością czyni to w swoim filmie Schlesinger, jest porażające.

Ponieważ nie zwykłam zdradzać za wiele z fabuły, podam kilka faktów i swoich spostrzeżeń. Scenariusz "Dnia szarańczy" wyszedł spod ręki Waldo Salta, autora odpowiedzialnego za m.in. wspomnianego już "Nocnego kowboja", jak również "Serpico" czy "Powrót do domu". Salt oparł swój tekst na powieści Nathanaela Westa, obiecującego pisarza, któremu nie było dane rozwinąć swojego talentu, gdyż zginał tragicznie w wieku 37 lat. Historia "Dnia szarańczy" dotyczy przede wszystkim trójki bohaterów tworzących bardzo osobliwy, zaskakujący trójkąt miłosny. Mamy aspirującą do roli gwiazdy filmowej, zepsutą i próżną Faye (fantastyczna Karen Black), zakochanego w niej początkującego scenografa Toda (William Atherton) i niemłodego już, nieco zdziwaczałego Homera Simpsona (zbieżność nazwisk przypadkowa) granego przez Donalda Sutherlanda. Poza tą trójką pozostałe postaci tworzą niezłą galerię osobliwości i swym występem w niczym nie ustępują pierwszoplanowym bohaterom. Pamiętny pozostaje występ Burgessa Mereditha grającego postać ojca Faye.

Oprócz niego niezatarte wrażenie robi dziwaczny dzieciak mieszkający w sąsiedztwie Faye i Toda. Wyjątkowo odpychający, złośliwy i drażniący, w dodatku jest dziewczynką o wiele znaczącym imieniu Adore (uwielbiać, ubóstwiać). Adore prawdopodobnie już od chwili urodzenia/nadania imienia została predestynowana przez swoją matkę do bycia wielbioną i kochaną przez tłumy. W tym celu rodzicielka ciąga ją na każde możliwe przesłuchanie, próbując zrobić z niej gwiazdę. Zmuszana siłą i przemocą do występów Adore rośnie na małego potwora terroryzującego sąsiadów swoimi wybrykami i nieznośnym głosem. Powtarzany przez nią wielokrotnie utwór "Jeepers, creepers" (który oryginalnie wykonywał Louis Armstrong), staje się swoistym filmowym lejtmotywem. Ma się rozumieć natychmiast sprawdziłam (nie spodziewając się zupełnie, że może być to ktoś dla mnie rozpoznawalny) kim była Adore. I co się okazało? Adore to bardzo charakterystyczny aktor. Tak, właśnie aktor, nie aktorka, Jackie Earle Haley. Mogę powiedzieć, że objawił mi się w filmie "Małe dzieci"("Little Children", 2006) Todda Fielda, gdzie zagrał wstrząsającą postać pedofila próbującego wrócić na łono społeczeństwa. Oprócz wspomnianego filmu (notabene wyśmienitego), widziałam go poza tym jeszcze tylko w "Watchmen. Strażnicy" ("Watchmen, Zack Snyder", 2009), no i teraz w "Dniu szarańczy", ale to naprawdę wystarczy, żeby go zapamiętać. W Dniu szarańczy, obok wielu innych rzeczy, wspaniałe jest to, że wokół każdej z postaci można by osnuć osobną opowieść, stworzyć odrębny film. Nie wspomniałam jeszcze o Billym Bartym, którego niewielka rólka gderającego i klnącego awanturnika to również perełka.

Wracając do samego filmu, nadmienię jeszcze, że rzecz dzieje się w latach 30. XX wieku w Hollywood wabiącym swym bogactwem i nadzieją sukcesu. Znajdziemy u Schlesingera też kilka scen autotematycznych. Bardzo podobał mi się zabieg pozwalający w krwawych szkicach Toda i kogucich walkach rozpoznać antycypację przyszłych wydarzeń. Więcej już nie mogę napisać, żeby nie ujawnić za dużo. Zachęcam do poznania się z tym wybitnym, a chyba współcześnie mało znanym dziełem, liczącym już sobie ponad 40. Lat, ale jakże aktualnym.