Autopromocja

Paweł Dunin-Wąsowicz: Uwielbiam fatalną literaturę

Piotr Dunin-Wąsowicz, fot. Darek Golik
Piotr Dunin-Wąsowicz, fot. Darek GolikDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
8 grudnia 2017

Jestem postrzegany przez jakieś pijaństwa, bo umawiamy się w knajpach, a nikt nie widzi, jak ja czytam, nikt nie widzi, jak przesiaduję w bibliotekach. Trzy czwarte życia to siedzenie w internetach, bibliotekach i czytanie książek. No i pisanie

3188134-magazyn-dgp-z-8-grudnia-2017-r.jpg
Magazyn DGP z 8 grudnia 2017 r.

O, nie, ja oczywiście lubię książki złe!

Wszystko jedno, byle było. Ty mi postawisz wino, a ja ci opowiem anegdotę literacką, może być?

Kilka lat temu pisarz Kuba Żulczyk wynajmował mieszkanie, w którym wcześniej mieszkała Dorota Masłowska. I Dorota dała ogłoszenie, podając numer telefonu Kuby: „Uczę polskiego z amerykańskim akcentem”.

To się wzięło stąd, że Kuba studiował amerykanistykę, nie znając Stanów, do których pojechał pierwszy raz dopiero po studiach. Myślę, że to całkiem zabawna anegdota literacka.

Może żeby mieć coś swojego? Wszyscy czytają książki dobre, to ja będę od tych złych.

To Aleksander Hertz w „Wyznaniach starego człowieka” napisał, że dla socjologa literatura zła jest lepsza niż literatura dobra, bo więcej mówi o ludziach i ich czasach.

Tak, zły pisarz jest pisarzem szczerym.

Nie, wyabstrahowanie ewidentnie złej literatury jest trudne. No bo w tej chwili najpopularniejszymi książkami na dworcach czy w kioskach są kryminały Katarzyny Bondy czy Remigiusza Mroza. I ktoś może nawet powiedzieć, że to jest całkiem dobre, ale to jest po prostu złe, to jest nudne. Ale są wydawane jeszcze gorsze rzeczy.

O rany, takim fenomenalnie złym pisarzem, moim ulubionym, jest Stanisław Dobiasz. To był pisarz zły podwójnie, bo nie dość, że sam był po prostu zły, to jeszcze wzorował się na złych pisarzach.

Wykluczone, on naprawdę był złym pisarzem. To był taki trochę drugi Grzesiuk, czyli chłopak wychowany w robotniczej rodzinie, sam też robotnik, ale nie z warszawskiego Czerniakowa, tylko z Powiśla.

Na okropnej, przedwojennej literaturze zeszytowej i to go zaraziło. Dobiasz wydał dwa tomy wspomnień i cztery powieści, z których trzy przeczytałem. Jedna z nich to „Nienawidzę Seneki” – o mężczyźnie, który porzucił żonę i wrócił do niej po dwudziestu latach, podając się za kogoś, kim nie był. Bardzo niedobre, podobnie jak „Po wojnie pod Kolumną Zygmunta”, ale absolutnie niesamowita jest wybitnie zła powieść „Gorhom”.

Fenomenalnie zła rzecz, opowiada o tym, jak inżynier Jerzy Porado, zresztą sierota, poszedł do cyrku i tam spadł na niego, zabijając go niestety, goryl Koko. Na szczęście na widowni był też profesor Belmondo ze swoją piękną blond asystentką Martą, którzy porwali oba ciała i wywieźli je do swojego tajnego laboratorium na Siekierkach, gdzie profesor Belmondo przeszczepił mózg inżyniera Porado do ciała goryla Koko!

Ale on to pisał serio, bo wychował się na tego typu bardzo złych powieściach przedwojennych i takie sam pisał. Był ulubieńcem profesora Rocha Sulimy, autora kapitalnej „Antropologii codzienności”, który podpuszczał tych swoich piszących robociarzy i namawiał do pisania. Moja koleżanka ze szkoły kupiła na Allegro „Gorhoma”, dorwał to jej syn, student, i teraz razem czytają, płacząc ze śmiechu i tarzając się po dywanie.

A wiem, znam Klub MOrd, wydali cztery tomy recenzji tych powieści, często dramatycznie złych.

(śmiech) Przepraszam, ale muszę jeszcze trochę wina. I będę bronić autorów tych powieści milicyjnych, bo przed wojną bywały jeszcze gorsze kryminały.

O właśnie, które książki są złe i dla kogo? Na przykład Jarek Klejnocki twierdził 15 lat temu, że „Wojna polsko-ruska” jest złą książką, a ja uważam, że to była książka dobra.

Bo są na przykład niewiarygodne psychologicznie czy niewiarygodne realistycznie, mają papierowych bohaterów, którzy posługują się drewnianym językiem.

Musi to być książka, o której nic nie wiem, i w tym internet mi nie pomoże. To się robi inaczej, idziesz do antykwariatu na Grochów czy na Mokotów, czy do Lublina i nagle widzisz to, właśnie to. To coś, czego się nie spodziewałeś.

Kupiłem to, oczywiście, z sentymentu do zajęć na studiach dziennikarskich, gdzie uczono czcionek, druków i składu.

Albo na przykład pierwsze wydanie „Nietoty” Micińskiego, pozbawione strony tytułowej i ilustracji, ale oprawione w czarne płótno w kwiatuszki, które wyglądało jak sukienka Oli Waliszewskiej, znanej nam malarki.

Wiesz, ja posiadłem umiejętność czytania bez zrozumienia, a to jest naprawdę spory dar i na przykład wiem, jak coś wyszukać.

Jestem taki żywy Google. Oczywiście z wyszukiwarek w internecie potrafię korzystać, ale umiem być kimś, kto potrafi znaleźć, wyszukać w książce to, co jest mu potrzebne. I to już jest umiejętność.

Wiem, z jakich książek korzystać. Choćby Piotr Kuncewicz napisał „Agonię i nadzieję” o literaturze polskiej po 1918 r. Kilka lat temu miałem wygłosić w Muzeum Historii Warszawy referat o postaciach architektów w literaturze polskiej, przejrzałem 600 stron Kuncewicza i znalazłem to, co chciałem. Piętnastu architektów z miejsca! Albo są książki Henryka Markiewicza, z których też wynajduję mnóstwo ciekawych delikwentów czy zabaw literackich. Więc oczywiście wiele roboty zrobili za mnie ludzie mądrzejsi ode mnie, ale ja jestem na tyle inteligentny, że wiem, gdzie szukać. A przynajmniej mam o sobie na tyle dobre mniemanie.

Z czasem nabiera się pewnej rutyny, aczkolwiek słowo „rutyna” jest używane teraz głównie przez vlogerki modowe na określenie ich codziennych, porannych obrzędów. To jedna z moich ulubionych kalek językowych. Inna to mówienie „baraki” w znaczeniu koszary.

Pojęcia nie mam.

Nie oglądam.

A ja nieżyjących?

Przesada, niektórych nie znam. Nie znam na przykład wybitnej poetki Marty Podgórnik.

No dobra, parę innych osób znam. Z wieloma zresztą znam się osobiście i od dawna.

Wtedy nie muszę o tym pisać. No tak się złożyło, że część twórczości jednego z dobrych znajomych uważam za złą, ale zachowuję to dla siebie. W innym przypadku ostatnie powieści pewnego pisarza uważam za gorsze niż wcześniejsze, ale i tak nie muszę tego recenzować, więc nie mam z tym problemu.

Nabożny stosunek mam do Piotra Bratkowskiego, jestem jego wyznawcą jeszcze z czasów jego felietonów z lat 80. w „Literaturze”.

Ale ja w ogóle nie jestem piłkarski!

O piłce to ja pamiętam wiersz o tym, jak Andoni Goikoetxea kogoś sfaulował albo był sfaulowany. Zatytułowany był „13 grudnia 1981 r.”.

Wracając do Bratkowskiego, to on wydał zapomniany już tomik wierszy „Nauka strzelania”, zresztą kapitalny. Ale wracając do jego felietonów muzycznych, to wydałem je po latach w koneserskim nakładzie 500 egzemplarzy. Zresztą „Literatura” była w latach 80. niesamowicie ciekawym miesięcznikiem dla mnie. Tam były „Dzieci z dworca Zoo”, potem biografie Hendriksa, Lennona i Rolling Stonesów.

Tego to nie pamiętam.

Można, ty tak nie masz? Z Piotrem, który jest ode mnie o 12 lat starszy, nie widzieliśmy się pewnie od dwóch lat, ale utrzymujemy kontakt internetowy, przerzucamy się śmiesznymi rzeczami i to nie osłabia naszej znajomości. Cenię go na przykład za to, że w odróżnieniu od Janka Skaradzińskiego, który nadal uważa, że największy i jedyny był Rysiek Riedel, to Bratkowski potrafi otworzyć się na nową muzykę, choćby na Pablopavo. A ja się czepiam Pablopavo nawet nie dlatego, że nagle go zauważyłem teraz jako autora „Mikrotyków”, ale już od ośmiu lat uważam, że obok Grabaża, Muńka i Kazika Staszewskiego to najciekawszy tekściarz.

Trochę Piotr Wojciechowski, wielki pisarz, lat 79, mieszkający na Bernardyńskiej, piszący niegdyś do „Więzi”, związany z ROPCiO, Jednocześnie to pisarz najbardziej chyba dziś niedoceniony, bo albo ludzie nie potrzebują mitów, albo potrzebują takich, jakie daje im Twardoch czy Żulczyk.

„Czaszka w czaszce”, „Wysokie pokoje”, „Obraz napowietrzny” – od tych powieści zacznij. Innym niedocenionym w ostatnich latach życia autorem był Krzysztof Kąkolewski, bardzo ważny dla mnie pisarz, choć widziałem się z nim tylko raz w życiu, a dzwoniłem ze dwa razy.

W tym wieżowcu na rondzie Waszyngtona?

Ja zresztą zarazem i do Kąkolewskiego, i do Wojciechowskiego podchodziłem z pewnym dystansem.

Nawet nie, raczej różnice kulturowe. Z takim Bratkowskim mam 80 proc. zbieżności, z Wojciechowskim niech będzie, że 60 proc., a z Kąkolewskim byłoby tego ze 40 proc. Ta rezerwa wynika właśnie z tego.

No właśnie ojciec robił fiszki, zresztą niemożliwym do odczytania charakterem pisma, ja nie. Na razie mam całkiem dobrą pamięć i zapamiętuję, a czego nie zapamiętam, to albo fotografuję komórką, albo – bo w niektórych bibliotekach nie można fotografować – zapisuję.

Nie znoszę nosić laptopów, w zeszycie szkolnym w kratkę.

Ale w domu piszę na komputerze.

Mogę powiedzieć, że ja Wojaczka nie czytam, Bursę chętniej, a Hłaskę oczywiście tak. Notabene niedawno odkryłem, że w opublikowanym dopiero dwa lata temu „Wilku” Hłasko zawarł realia o Marymoncie, bo wcześniej wydawało się, że to tylko wyobrażenie przedmieścia w innych utworach, nie było konkretu topograficznego. Ale czy naprawdę myślisz, że to, że zmarli jako młodzi, jakoś pomogło?

Kiedy 10 lat temu samobójstwo popełnił 23-letni Mirek Nahacz, to „Polityka” napisała, że w księgarniach nie ma już jego książek. No nie było ich, ale to dlatego, że wcześniej trafiły na tanią książkę! Wydana pośmiertnie książka Mirka też zresztą szybko wylądowała na taniej książce. Dlaczego?

Bo widocznie ludzie wolą czytać nie Nahacza, a Twardocha, Żulczyka czy Miłoszewskiego, czyli ludzi sukcesu. Oni ładnie się ubierają, są eleganccy, mają pieniądze. Ty też masz ładną koszulę, tak ze 200 zł co najmniej.

A ja mam z tanich sklepów. Ale wracając do pisarzy, to dziś modni są ci, którzy odnieśli sukces rynkowy, a nie jakiś tam prowincjusz, który w dodatku popełnił samobójstwo.

Ostatnim, który w ten sposób zyskał jakiś rozgłos, był Tomasz Pułka. Słyszałeś o nim?

Poeta, który utopił się pięć lat temu, miał wtedy 24 lata i jego tomik po śmierci ściągnęło z internetu 60 tys. osób. Patrz, daję ci przykład dwóch nieżyjących pisarzy urodzonych w latach 80. – o jednym słyszałeś...

A o drugim nie słyszałeś wcale. To dowodzi, że młoda śmierć nie gwarantuje sławy. Wojaczek czy Bursa to historie z bardzo odległej przeszłości, nie ma co porównywać tych czasów. Nawet Marek Hłasko pewnie niewiele znaczy dla dzisiejszych 19-latków. Zresztą, gdyby dziś żył, miałby 83 lata i byłby kolegą Bocheńskiego czy Rymkiewicza.

Marek Nowakowski był świetnym pisarzem, ale mam wrażenie, że w późniejszych pracach stracił kontakt z językiem. Jemu się wydawało, że język żuli, meneli, który poznał pół wieku wcześniej, kiedy sam siedział na Gęsiówce (tak nazywano więzienie przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa w Warszawie, istniejące do 1956 r. – red.) nie zmienił się bardzo.

Trochę tak, ale Muniek Staszczyk za nim przepadał, śpiewał na jego pogrzebie, wielu ludzi go uwielbiało.

Choć ja akurat tego zaszczytu nie dostąpiłem i u niego w mieszkaniu piłem herbatę.

Tak, przesiadywał tam na pl. Zbawiciela, dopóki „Corso” istniało.

„Gorhom” to fenomenalnie zła książka, opowiada o tym, jak inżynier Jerzy Porado poszedł do cyrku i tam spadł na niego, zabijając go niestety, goryl Koko. Na szczęście na widowni był też profesor Belmondo ze swoją asystentką Martą, którzy porwali oba ciała i wywieźli je do swojego laboratorium na Siekierkach, gdzie profesor Belmondo przeszczepił mózg inżyniera Porado do ciała goryla Koko!

Teraz pisarze przesiadują vis a vis, w „Amatorskiej”, zwłaszcza Janusz Rudnicki.

Jarek Klejnocki nie pije.

Ale mało. Krzysztof Varga czy Jakub Żulczyk nie piją już wcale. A propos, to może ja wezmę następne winko?

No dobrze, dobrze, to szybko pytaj.

Ha, trudno powiedzieć, bo ja tak naprawdę od takich modnych kiedyś pisarzy, którzy nie wylewali za kołnierz, wolę Bolesława Prusa, który napisał „Lalkę” i „Emancypantki”, za „Faraonem” nie przepadam, a raczej prowadził mało rozrywkowy tryb życia. No ale za to zostawił po sobie świetną literaturę.

Nie, ja jestem postrzegany przez jakieś pijaństwa, bo umawiamy się w knajpach, a nikt nie widzi, jak ja czytam, nikt nie widzi, jak przesiaduję w bibliotekach. Więc naprawdę tak nie jest, że prowadzę wyłącznie rozrywkowy tryb życia, choć bywa, że zabaluję. Ale powtórzę, trzy czwarte życia to siedzenie w internetach, bibliotekach i czytanie książek. No i pisanie.

Paweł Dunin-Wąsowicz pisarz, publicysta i krytyk literacki, redaktor naczelny miesięcznika „Lampa”, założyciel wydawnictwa Lampa i Iskra Boża

I o dziwo nie wydałem jej sam, tylko szacowne Wydawnictwo Iskry. 

Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.