Spektakle zmarłego we wtorek Eimuntasa Nekrosziusa miały moc zmieniania widzenia świata. Wielkiemu artyście zawdzięczamy nowe spojrzenie na Czechowa, Szekspira, Mickiewicza.

Spotkanie z teatrem Eimuntasa Nekrosziusa zawdzięczam, jak rzesze innych polskich widzów, prowadzonemu przez Krystynę Meissner toruńskiemu festiwalowi "Kontakt". W początkach lat 90. ubiegłego wieku kształciłem się na krytyka teatralnego i majowe wyjazdy do Torunia były dla mnie obowiązkowym punktem rozpisanego na cały rok programu poznawania teatru. A skoro "Kontakt", to i Nekroszius - myśleliśmy wszyscy. Litewski reżyser stał się dla toruńskiego festiwalu postacią najważniejszą. Przyjeżdżał tu co roku w glorii artysty wyczekiwanego. Jego sława przeszła daleko poza granice ojczystego kraju, jego nazwisko wymieniano jednym tchem z innymi magami współczesnego europejskiego teatru - Peterem Brookiem, Peterem Steinem, Giorgio Strehlerem. Dziś pozostali tylko Brook i Stein.

Nekroszius pokazywał swoje interpretacje "Mozarta i Salieriego" Puszkina, "Kwadratu" według Zeka. Ja załapałem się już na "Trzy siostry" Czechowa, w których odchodził od tradycji wystawiania tego utworu, ale docierał do samego sedna Czechowa. Odzierał go ze stereotypowej rosyjskiej rodzajowości, aby odebrać bohaterom resztki złudzeń. Pokazywał ludzi w całej ich nędzy, ale na koniec zostawiał im jeden promień nadziei. Znawcy Czechowa przecierali oczy ze zdumienia, bo inscenizacja z pozoru wydawała się gwałtem na ich ukochanym autorze. Dopiero później zaczynaliśmy rozumieć, że "Trzy siostry" Nekrosziusa to Czechow doprowadzony do samej esencji, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników.

Reklama

Reklama

Litewski mistrz zmienił również nasze podejście do dramatów Williama Szekspira. Zawsze zaczynał od uważnej lektury klasycznych dzieł, pozostawał mu wierny, a jednak jego inscenizacje "Hamleta", "Makbeta" oraz "Otella" oglądane na "Kontakcie" nie przypominały niczego, co widzieliśmy wcześniej. Nekroszius wystawiał Szekspira w tonacji wręcz naturalistycznej, metafory i symbole zamieniał na mocne obrazy zatopione w lokalnym kolorycie. Makbet, zagrany przez ulubionego aktora Nekrosziusa, ubrany był w ciężką szubę i uosabiał brutalną męską siłę. Taki był zresztą - w ogromnym uproszczeniu - cały znany mi Szekspir w ujęciu litewskiego twórcy. Rozgrzany od pierwotnych instynktów, brudny z wierzchu, pulsujący skrajnymi emocjami.

Później do stałej obecności wielkiego artysty w Polsce trochę się przyzwyczailiśmy i jego kolejne wizyty na wrocławskim festiwalu "Dialog" oraz łódzkiej "Nowej Klasyce Europy" przyjmowaliśmy bez dawnego podniecenia. Nekroszius zaś pracował coraz więcej poza Litwą, przede wszystkim we Włoszech. Nie zmienił jednak swojej poetyki, o czym przekonaliśmy, oglądając monumentalne inscenizacje "Idioty" według Dostojewskiego oraz "Boskiej komedii" opartej na dziele Dantego. Z tamtych spektakli pozostały mi w pamięci przede wszystkim wspaniałe statyczne obrazy. Podobnie było w przypadku opery "Qudsja Zaher" Pawła Szymańskiego, którą przygotował w warszawskim Teatrze Wielkim - Operze Narodowej.

Spektakl ten, prawdopodobnie z powodu swej hermetyczności, przeszedł bez echa. Prawdziwym wydarzeniem była natomiast inscenizacja "Dziadów" Adama Mickiewicza, przygotowana w warszawskim Teatrze Narodowym w roku 2016, w jubileuszowym 250. sezonie tej sceny. Litewski demiurg sprawił, że poczuliśmy się tak, jakbyśmy z arcydziełem Mickiewicza spotkali się po raz pierwszy, niczego o nim nie wiedząc. Bohaterem przedstawienia uczynił tyleż Konrada, co samego poetę, na scenie zaś zbudował swoisty labirynt, po czym zaprosił nas, abyśmy wraz z nim się przezeń przedzierali. Piorunujące wrażenie robiła Wielka Improwizacja w fantastycznej interpretacji Grzegorza Małeckiego, mówiona niemal "na biało", jakby aktor na naszych oczach ważył zasięg i znaczenie słów,

Eimuntas Nekroszius powrócił do Narodowego w tym roku, realizując inny polski arcydramat - "Ślub" Witolda Gombrowicza. Niektórzy odebrali go jako kolejne arcydzieło mistrza, ja tym razem pozostałem nieczuły, gdyż wydawało mi się, że inscenizator zignorował żelazne zasady rządzące dramatem autora "Pornografii". Dobrze jednak, że oba spektakle pozostają w repertuarze narodowej sceny. To jedyna w swoim rodzaju szansa, by spotkać się z jedynym swoim rodzaju czytaniem naszej klasyki. Tak jak jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem był cały teatr Eimuntasa Nekrosziusa. Drugiego podobnego do niego nie było i nie będzie.