- Obecna władza wykorzystuje kulturę do celów politycznych, a poprzednia władza nie doceniała kultury w budowaniu świadomości obywatelskiej, tożsamości, otwartości na świat - mówi w wywiadzie dla DGP Krzysztof Dudek. Od 2016 r. dyrektor Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.
Reklama
Jest pan adwokatem.
Z wykształcenia. Ale kulturę stawiam przed prawem. Ona jest ważniejsza. Przez ponad osiem lat, do 2016 r., zarządzałem najważniejszą instytucją kulturalną w Polsce – Narodowym Centrum Kultury.
Paweł Potoroczyn kandyduje do Sejmu. On za rządów Platformy, tak jak pan, promował kulturę polską na świecie.

Reklama
On był szefem Instytutu Adama Mickiewicza. IAM oraz NCK to były współpracujące instytucje. Z Pawłem przyjaźnimy się, jesteśmy w kontakcie.
Potoroczyn mówi, że chce być ministrem kultury.
A ja jego zastępcą. Wiem, że razem przywrócilibyśmy kulturze i jej promocji należne miejsce. W Polsce i na świecie. Obydwaj wiemy, jak się ją wspiera, nie robiąc przy tym propagandy.
Podobno na łódzkim Teatrze Nowym, któremu teraz pan szefuje, ciąży klątwa jego dawnego dyrektora Kazimierza Dejmka?
Tak, chyba tak. Schematy, układy zastałe, atmosfera... Różne rzeczy się tu działy. 16 lat temu straż miejska na polecenie prezydenta miasta Jerzego Kropiwnickiego wyprowadziła z gmachu tego teatru protestujących aktorów, którzy nie godzili się na polityczne obsadzenie stanowisk dyrektorskich. Politycy nie rozumieli, że z artystami tak się nie postępuje.
Pan też jest z nadania politycznego.
Ja?
Należy pan do PO.
Kiedy w 2016 r. ogłoszono konkurs na dyrektora Teatru Nowego, to jeszcze nie powiedziałem, że będę startować, a już słyszałem, że jestem partyjnym kacykiem z nadania Platformy, z nadania prezydent Hanny Zdanowskiej, że nie mam zielonego pojęcia o kulturze, nic dla kultury nie zrobiłem. Ale stanąłem do konkursu. Miałem dwóch rywali, potem jeden się wycofał i wygrałem stosunkiem głosów: siedem do dwóch. Wygrałem, ale w gabinecie Dejmka nie urzęduję. Boję się, bo jego autorytet mnie przytłacza. Zajął go Maciej Wojtyszko, dyrektor artystyczny.
To, co robił Dejmek,
zmieniało losy.
Jest taka anegdotka, że po „Dziadach” Konrada Swinarskiego kilku intelektualistów poszło na wódkę, a po „Dziadach” Dejmka publiczność poszła bić się z milicją.
Krytycy nie zostawiają na panu suchej nitki.
„Szewcy” mają świetne recenzje, „Lolita” też, w dodatku wstrzeliła się w sam środek dyskusji o pedofilii. No, ale czytam, że w moim teatrze jest za dużo zarządzania, a za mało miłości, słyszę że brak elektryzujących przedsięwzięć, choć mówione i pisane jest to dwa tygodnie po premierze „Lolity” z elektryzującą muzyką Mikołaja Trzaski. Cały czas w repertuarze jest bardzo dobra „Fabryka muchołapek”.
Andrzej Bart, autor „Fabryki muchołapek”, był dyrektorem artystycznym Nowego, ale go pan zwolnił. Napisał list otwarty na pana temat.
Napisał, że bez znaczenia, czy będę dyrektorem elektrociepłowni, czy ministrem kultury.
Środowisko teatralne mu przyklasnęło.
Garstka tego środowiska, bo zaraz się kończy moja kadencja i będzie kolejny konkurs na stanowisko dyrektora. Po wyborach w 2015 r. we wszystkich dużych instytucjach kultury nastąpiły zmiany, w zasadzie bez powodu. Ja poszedłem na pierwszy ogień. NCK było kontrolowane przez NIK i prokuraturę, był audyt zlecony przez ministra Piotra Glińskiego tylko po to, żeby mieć powód, żeby mnie wyrzucić. I nic. Dostałem informację od niego, że poza drobnymi mankamentami nie ma żadnych zastrzeżeń. Więcej, Gliński, mówiąc kolokwialnie, wyjął z NCK moich dwóch współpracowników i obsadził ich na wysokich stanowiskach w instytucjach promujących kulturę polską. Ale mimo wszystko dla ministra Glińskiego i jego ludzi byłem nie do zaakceptowania. Poza tym, jak ktoś mi mówi w oczy, że nie chce ze mną pracować...
Gliński?
Nie, jego zastępczyni Magdalena Gawin. Usłyszałem, że jestem związany politycznie z prezydent Zdanowską, że za bardzo wspieram Łódź.
Posłem z Łodzi jest Gliński.
Łódź nie była największym beneficjentem rządowych programów kulturalnych administrowanych przez NCK, tylko Warszawa, Gdańsk, Kraków, Wrocław i jeszcze kilka innych miast. Kilka osób złożyło na mnie zawiadomienia do prokuratury, a w mediach pojawiły się informacje, że z publicznych pieniędzy sfinansowałem partię Nowoczesna, że byłem jej zapleczem finansowym, bo kilka lat wcześniej NCK wydało książki o ekonomii dla dzieci, których Ryszard Petru był autorem. Problem w tym, że dziennikarzom się pomyliły dane, napisali, że wydałem z budżetu na te książki 250 tys. zł, a tymczasem 250 tys. zł to był przychód. Książki Petru były sukcesem, sprzedał się cały nakład. Potem było sprostowanie, ale cóż z tego. Ze wszystkiego zostałem oczyszczony.
Potoroczyn był w podobnej sytuacji.
Kilka miesięcy później. Ja byłem pierwszy. On się procesował.
I wygrał proces z Glińskim.
A ja zamiast do sądu trafiłem do szpitala. Powinienem wytoczyć proces Glińskiemu i wiem, że bym wygrał. Z drugiej strony nie mógłbym pracować dla tego rządu. Jest coś takiego jak honor i godność. Wtedy, na początku 2016 r., zaczęła się pisowska wymiana elit.
W Narodowym Centrum Kultury, podobnie jak w Instytucie Adama Mickiewicza, pracują ci sami ludzie.
Bo pracowaliśmy ze świetnymi fachowcami, wielu też wyszkoliliśmy. Gdyby „dobra zmiana” próbowała ich wymienić, de facto zlikwidowałaby obie instytucje, nic by nie zostało. NCK było instytucją trochę odformalizowaną, mogliśmy robić różne rzeczy promujące kulturę: być producentem filmów i robić spektakl pokazywany w czasie wizyty prezydenta Baracka Obamy w Polsce, realizować największe programy stypendialne i kampanie edukacyjne. Przecież to NCK był współorganizatorem pokazu mody na New York Fashion Week dotyczącego rocznicy powstania Solidarności. Wszystko za o wiele mniejsze pieniądze niż ma teraz Polska Fundacja Narodowa.
Promowaliście swoich. Marcin Wolski, artysta i pisarz, mówi, że przez osiem lat rządów PO czuł się jak Żyd w czasie okupacji.
To ciekawe, bo w tym czasie NCK wydało mu dwie książki w ramach serii Zwrotnice czasu. Do tego sfinansowaliśmy audycję Wolskiego w radiowej Trójce, o co różni ludzie mieli do mnie pretensje. Nikt go źle nie traktował. Rozumiem, że teraz dobrze brzmi to gadanie o prześladowaniu. Nie przeszkadza mi to jednak myśleć, że Wolski jest utalentowanym artystą, zasłużonym dla kultury polskiej.
Teraz się pan podlizuje.
Pani diagnozy są nie na miejscu. Z niektórymi ludźmi coś się porobiło w ciągu tych czterech lat. Obserwuję bardzo dziwne zachowania. Osoby, z którymi mi się świetnie współpracowało, udają nagle, że mnie nie znają. Na przykład wojewoda łódzki, prof. Zbigniew Rau, z którym wydałem serię staropolskich publikacji prawno-politycznych, odmówił mi patronatu nad spektaklem „Kościuszko” w Teatrze Nowym.
Miał do tego prawo.
Miał. Tylko że odmówił nie z powodów merytorycznych, tylko dlatego, że ja jestem dyrektorem Teatru Nowego, w którym spektakl jest wystawiany. Jest tak, że PiS nie współpracuje z tymi, którzy nie są ich.
PO też wspierało swoich.
Naprawdę? Dlatego w NCK było miejsce dla Krytyki Politycznej i dla Frondy? Byłem ciekaw, co i jedni i drudzy mają do powiedzenia. Uważałem, że wielką wartością dla kultury jest różnorodność poglądów i dlatego współpracowaliśmy przy wydaniu genderowej książki o powstankach warszawskich i przy produkcji materiałów edukacyjnych i odzieży patriotycznej z Muzeum Powstania Warszawskiego. Chyba byliśmy prekursorami mody na odzież patriotyczną. Niestety ta moda została teraz trochę wypaczona. To wielka stracona szansa z czasów rządów PO i PSL, bo można było historię AK i Solidarności o wiele lepiej wykorzystać do budowania postaw obywatelskich. To wszystko teraz zostało zawłaszczone przez PiS.
PO widziała potencjał kultury? Premier Donald Tusk? Minister kultury Bogdan Zdrojewski?
Chyba nie do końca. Nie widzieli potencjału, jaki w tym tkwił. Na kompleksach się niczego nie zbuduje, na dumie narodowej już tak. Przecież AK i Solidarność to fenomeny w skali świata. Zresztą w Solidarności było miejsce dla anarchistów i dla konserwatystów. Tak naprawdę była to zrealizowana utopia. I na tym można było budować. Gdzie są teraz bohaterowie Solidarności? Bronią demokracji.
Gwiazdowie, Wyszkowski?
A Lis, Borusewicz, Wałęsa, Rulewski?
Na przykładzie tych bohaterów widać, jak się Polska podzieliła.
Wiem, że kultura może scalać.
To są złote myśli.
Nie, to są fakty.
Jaki pan dostał polityczny przykaz?
Za PO?
Tak.
Żadnego. NCK, czyli przybudówka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, było miejscem otwartym dla każdego. I nigdy minister Zdrojewski nie powiedział mi, że nie chce Wolskiego czy „Gazety Polskiej”. Od minister Małgorzaty Omilanowskiej też nie. Od niej słyszałem tylko sugestie, że warto byłoby bardziej angażować się w sztukę współczesną, bo to pobudza kreatywność. Wartość skapitalizowana gry „Wiedźmin” jest większa niż Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Dlaczego Izrael jest liderem w nowych technologiach i start-upach? W judaizmie nie wolno przedstawiać wizerunków ludzi, więc powstawały abstrakcje. A jak trzeba wymyślić abstrakcje, to trzeba pobudzić kreatywność. A jak się pobudzi kreatywność, to wymyśla się nowe technologie.
Sztuka współczesna to zwykłe maziaje, każdy tak umie.
Tak, to nie tylko pisowskie myślenie. Powiedziałem już, że stawiam kulturę przed prawem. Z prostych powodów – wśród absolwentów szkół artystycznych przestępczość jest w zasadzie na zerowym poziomie. Są badania, z których wynika, że ludzie, którzy uczestniczą w kulturze, są zdrowsi, zasobniejsi, mają wyższy status społeczny, mają bardziej pozytywne postrzeganie świata. Społeczeństwa nauczone uczestnictwa w kulturze są bardziej rozwinięte i demokratyczne. Przed wyborami w NCK miałem wolną rękę. Wiem, że w 2019 r. brzmi to jak jakaś nieprawdopodobna historia, ale tak było. Wtedy nikt nie narzucał żadnych tematów. Nie wiem, czy obchody 25-lecia obalenia komunizmu to jest wydarzenie polityczne, czy nie jest...
Jest.
Ale również edukacyjne, kulturalne. I do tego promocja Polski. To wtedy przyjechał do nas Obama i 40 premierów z całego świata.
To wtedy był ten wyśmiewany czekoladowy orzeł.
Czekoladowy orzeł był sfinansowany przez prywatną fabrykę czekolady, która w ten sposób uczciła ważną rocznicę. Niezasłużenie ta akcja została obśmiana. Wtedy wytyczne polityczne były takie: edukujemy i zwiększamy dostępność do kultury. Powstały domy kultury, programy czytelnictwa, wyposażano biblioteki. MKiDN chciało maksymalnie wykorzystywać środki europejskie do budowy infrastruktury kulturalnej.
Nie zbudowano najważniejszego – Muzeum Historii Polski.
Ale powołano strukturę, rozpoczęto prace. Przez osiem ostatnich lat zbudowano Muzeum Polin, Europejskie Centrum Solidarności, Muzeum II Wojny Światowej, operę w Białymstoku, filharmonię w Szczecinie i wiele domów kultury w całej Polsce. Rozmowa była z każdym. NCK wspierało działania „Gazety Polskiej” i Radia Wnet, wspierało festiwale dotyczące żołnierzy wyklętych, współprodukowało dwa filmy twórcy Arkadiusza Gołębiewskiego i Macieja Pawlickiego, w tym świetny dokument o rodzinie Kowalskich, która ukrywała rodzinę żydowską. Film powstał w ramach projektu „Życie za życie”, w którym opowiadaliśmy o represjach wobec Polaków ratujących Żydów.
Maciej Pawlicki był producentem filmu „Smoleńsk”.
Do tego filmu NCK się nie dołożyło.
Dlaczego?
Nikt nie prosił o wsparcie. Rozmawiałem z Antonim Krauzem, który miał reżyserować „Smoleńsk”. Ta rozmowa odbyła się po wejściu do kin jego świetnego filmu „Czarny czwartek”. Ale Krauze ani producent nie wrócili do mnie. A mnie temat Smoleńska interesował, również osobiście. Byłem w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r., jechałem tam pociągiem. Wcześniej pracowaliśmy z Tomaszem Mertą z MKiDN i Andrzejem Przewoźnikiem z Instytutu Pamięci Walk i Męczeństwa nad organizacją obchodów rocznicy mordu katyńskiego. Przewoźnik zginął w katastrofie. Merta też. Pociągiem jechała z nami także córka Andrzeja Przewoźnika. Umówiliśmy się na obiad z jej ojcem w Smoleńsku... Potem wracaliśmy też z nią razem. Wielka trauma. Proszę pamiętać, że przed 2010 r. grubo ponad 40 proc. Polaków nie miało pojęcia, co się wydarzyło w Katyniu. A to było dwa lata po filmie „Katyń” Wajdy. Dlatego ruszyła cała kampania społeczno-edukacyjna z koncertami, wydawnictwami. Wydaliśmy piękny komiks, udało nam się dorysować ostatnią kartę opowiadającą o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia. Wyprodukowaliśmy świetny koncert rapera L.U.C z wizualizacjami Tomasza Bagińskiego, opowiadającymi historię Katynia. Świetnie się wtedy współpracowało z ludźmi z PiS, z prezydenckim ministrem Jackiem Sasinem. Teraz nie do pomyślenia. A wtedy, cóż, pamiętam powagę, godność...
I bojówkarzy sikający na znicze przed Pałacem Prezydenckim.
Przecież to był jakiś incydent.
Został w pamięci.
A nie dlatego, że propagandowe media co i rusz przypominają? Pamiętam, jak razem z kolegami z NCK rozdawaliśmy przed Pałacem Prezydenckim repliki guzików katyńskich z fragmentem listu córeczki do ojca znalezionego w Katyniu. Później, pół Sejmu, głównie politycy prawej strony, nosili w klapie te guziki. Ta tragedia dotknęła wszystkich, pamiętam odsłonięcie tablicy w MKiDN przez ministra Zdrojewskiego, poświęconej pamięci Tomasza Merty i Arkadiusza Rybickiego.
Potem się pan śmiał z ekshumacji ofiar katastrofy.
Nie śmiałem, tylko obśmiewałem. I nie sam, tylko w ramach Żółtej Alternatywy. Uznaliśmy, że robienie nikczemnej polityki na grobach ofiar zasługuje na potępienie i na obśmianie. Strzelaliśmy z parówek do brzozy i deptaliśmy sandałami puszki, bo do tego to zostało sprowadzone.
Wiele osób miało to panu za złe.
Uznałem, że w takiej sytuacji można tylko szydzić i wyśmiewać.
PO też tak uznała?
Nie pytam się kolegów z PO, co mi wolno, a czego nie. Jestem wolnym człowiekiem i wolno mi robić happeningi. Nie jest to pocieszające, ale to samo robiłem za komuny w ramach Pomarańczowej Alternatywy, kiedy chodziłem po ulicach z transparentem „Szczęść Boże Komunistom” albo nawoływałem, by pomóc milicji pobić się samemu. To straszne, że po latach znowu muszę wychodzić na ulicę i robić z siebie durnia. To świadczy o tym, że język szydzenia z władzy i ośmieszania jest wciąż potrzebny do tego, żebyśmy zachowali resztki wolności.
Czy byłemu urzędnikowi państwowemu i dyrektorowi miejskiego teatru to przystoi?
Robię to po godzinach. A na poważnie, to Pomarańczowa Alternatywa jest zasłużona dla budowy wolności w Polsce, a jej twórcy zostali odznaczeni Krzyżem Wolności i Solidarności. Twórca Pomarańczowej Alternatywy twierdzi, że komunizm obaliły krasnoludki.
Kto wręczał?
Prezes IPN Łukasz Kamiński. Wcześniej prezes instytutu Janusz Kurtyka był bardzo zaangażowany w wydawnictwa albumów Pomarańczowej Alternatywy. On nie tylko zajmował się żołnierzami wyklętymi – współpracowaliśmy przy „Atlasie polskiego podziemia niepodległościowego”, ale też świetnie rozumiał działania anarchistów. Trzeba przy tym pamiętać, że pierwszy album na temat żołnierzy wyklętych pojawił się w 1993 r. i był sfinansowany przez Ligę Republikańską.
Czyli przez Mariusza Kamińskiego,
obecnego ministra MSWiA.
I mojego kolegę z NZS. On był w grupie jastrzębi, do której należeli także Grzegorz Schetyna, Paweł Piskorski, Przemysław Gosiewski. To była fajna kompania. Młodzi, ideowi, zaangażowani. Było widać, że tworzy się nowa elita polityczna kraju. Trudno mi pogodzić się z tym, że dziś niektórzy koledzy z dawnego NZS uważają takich jak ja za kanalię, gorszy sort i postkomunę. Wie pani, niedawno odbył się w Łodzi Kongres Kultury Polskiej. Nikt mnie nie zaprosił, innych ludzi kultury niezwiązanych z PiS też nie. Był minister Gliński i sami swoi, polityczny apartheid. Głupie, niesprawiedliwe. Wykluczanie to jest coś strasznego.
Obecna władza zdaje sobie sprawę z siły kultury.
Wszyscy autokraci zdają sobie z tego sprawę. To, co robi telewizja publiczna, pomijając TVP Kultura, to zbrodnia na kulturze. Przecież disco polo przez politykę PiS wprowadzono na salony, usankcjonowano je jako pełnoprawny gatunek artystyczny. Telewizja już nie buduje aspiracji kulturowych, tylko schlebia najniższym gustom.
Ma świetny Teatr Telewizji.
Tak, to prawda, ale to sprawa incydentalna. Jednak wszystko przyćmiewają koncerty disco polo transmitowane przez TVP. To one są wizytówką prezesury Jacka Kurskiego. Zresztą on nie ma wstydu, on tańczy do tej muzyki na Stadionie Narodowym, a jego telewizja ten taniec transmituje.
Kiedyś tańczył prezydent Aleksander Kwaśniewski.
Właśnie. To podlizywanie się elektoratowi, wykorzystujące najbardziej nikczemną formę artystyczną.
Jednak artystyczną.
Jakoś trzeba to nazwać. Umownie nazywam to niekulturą, produktem kulturopodobnym.
W TVP jest sporo historii, dużo budowania tożsamości. Zresztą nie tylko w TVP.
Bo PiS wie, co robi. Problem w tym, że historię i kulturę wykorzystuje do robienia propagandy. Jeszcze raz mówię, że gdyby NCK i IAM miały takie budżety, jakimi dysponuje PFN, to o Polsce, o naszej kulturze, filmach, teatrach słyszałby cały świat. Cały świat! Kultura jest ważna dla społeczeństwa, dla narodu, dla demokracji, dla dobrobytu i szczęścia. Przecież jest tak, że w krajach, gdzie jest wysoki poziom czytelnictwa, jest większa zasobność, większa tolerancja, praworządność. A u nas przez fakt, że kultura była ciągle niedoceniana, ciągle jest, jak jest. Władzy to na rękę, bo nieobytymi i nieoczytanymi łatwiej zarządzać. Mam wrażenie, że teraz państwo nie tyle dba o to, by ludzie korzystali z kultury, ile myśli, żeby z jednej strony nas rozrywać, a z drugiej za pomocą odpowiednio formatowanych przekazów manipulować. To nie jest powinność państwa. Kiedy patrzę na wskaźniki na YT i widzę, że piosenki disco polo mają po 190 mln odsłon, to naprawdę robi mi się ciemno przed oczami. To jakaś apokalipsa, celowe ogłupianie ludzie. Olga Tokarczuk powiedziała bardzo piękną rzecz...
Minister Gliński powiedział, że nie przebrnął przez żadną książkę Tokarczuk.
Ale to ona powiedziała, że kultura to jest nasza zbiorowa mądrość. Krótko mówiąc, dzięki uczestnictwu w kulturze, rozumiesz, co się dzieje wokół ciebie, rozumiesz te procesy, które zachodzą we współczesnym świecie. A jak rozumiesz, to się nie boisz albo boisz się mniej. Nie obawiasz się otwartości, nie obawiasz się innych. A jak nie wiesz, nie rozumiesz, to czujesz strach. I wtedy przychodzi polityk, który mówi: ja cię ochronię przed światem.
Tokarczuk, Holland, Pawlikowski – to dla PiS wrogowie.
Dlatego, że krytykują władzę. To dla mnie nie do pojęcia. Śmieszne. Pamiętam, jak artyści strasznie jeździli po politykach PO. Obrywało nam się. I co z tego? To artyści mają rację, to oni wiedzą i widzą więcej, to oni są wrażliwsi, to ich trzeba słuchać.
Za PO artyści domagali się 1 proc. z budżetu państwa na kulturę, politycy PO nie słuchali.
W Krakowie odbył się w tej sprawie Kongres Kultury. Uczestnicy byli wzburzeni, że nie pojawił się na nim ówczesny premier Tusk. Była powszechna krytyka. Jednak to nie zmieniło stosunku polityków PO do artystów na gorszy.
Tusk nie docenił siły kultury.
I ja nie mam pojęcia, dlaczego on nie rozumiał, dlaczego nie zdawał sobie sprawy, jak ona jest ważna w demokratycznym państwie, jak potrafi zmieniać świat. Musiał wiedzieć, że nie udałoby się obalić komunizmu, gdyby nie zaangażowanie ludzi kultury. Nie wiem, co powiedzieć, mogę tylko rozłożyć ręce.
Teraz ten 1 proc. obowiązuje.
Obecna władza wykorzystuje kulturę do celów politycznych, a poprzednia władza nie doceniała kultury w budowaniu świadomości obywatelskiej, tożsamości, otwartości na świat. Teraz mamy premedytację w wykorzystywaniu kultury, a wtedy mieliśmy lekceważenie. To było okazywane właśnie przez brak tego 1 proc. na kulturę, przez za małe budżety na kulturę. Jedynym problemem były pieniądze. Po prostu było ich za mało. Poglądy mnie nie interesowały. A teraz instytucje kulturalne kierują się poglądami. I prawie wszystko, co się dzieje w kulturze, ma odpowiadać wizji jednego człowieka. A to już się nazywa autorytaryzm.
Pan jest dyrektorem samorządowego teatru.
Ale po wyborach nastąpią zmiany dotyczące samorządu, bo to przecież na razie element za bardzo niezależny. Wtedy i teatry samorządowe będą albo prawe, albo ich nie będzie. Już widać, na co są wydawane pieniądze z 1 proc., na takie przedsięwzięcia jak muzeum budowane przez Tadeusza Rydzyka. Przecież tam wpompowano ponad 100 mln zł. Kiedyś minister Gliński mówił o polskiej hollywoodzkiej produkcji, chyba o rotmistrzu Pileckim. No, to akurat by wystarczyło.
Minister Gliński stworzył Instytut Pileckiego.
Miał być hollywoodzki film o Pileckim i nie ma. Za to zrobiono rekonstrukcję ślubu Pileckiego i z tego, co pamiętam, minister Gliński został świadkiem na ślubie. Nie wiem, czy jest sens po to tworzyć nową instytucje, nowe etaty, nową administrację. A 500 mln zł za obraz Leonarda da Vinci, który i tak nie mógł z Polski wyjechać? A Instytut Dziedzictwa Solidarności, który ma być alternatywą dla gdańskiego ECS?
Bez Lecha Wałęsy.
Pewnie też bez Borusewicza. Całe życie pracując w kulturze, myślałem sobie, że skoro Bóg mnie nie obdarzył żadnym talentem artystycznym, to chociaż zrobię wszystko jako urzędnik państwowy, żeby jak najlepiej wspierać artystów. Miałem naprawdę frajdę, że państwo wspiera takich ludzi jak Jerzy Skolimowski czy Wojciech Smarzowski. Kiedy Andrzej Wajda nakręcił film o Wałęsie, to zrobiliśmy wszystko, by się tym pochwalić na świecie. Pokazywaliśmy film w Paryżu. Dla Francuzów, nie dla Polonii.
PiS mówi, że zapominaliście o Polonii.
Magazyn DGP z 11 października 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Promowaliśmy, głównie IAM, kulturę polską na świecie. Nie mamy własnych aut, nie mamy nowoczesnych technologii, mamy kulturę i historię: Solidarność, Polskie Państwo Podziemne, Jana Karskiego, Witolda Pileckiego. Polska może być promowana jako kraj ciekawych historii. Może być promowana jako kraj Chopina. Czy pamięta pani mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 r.? I okazuje się, że więcej turystów ze świata przyjechało do Polski na Rok Chopinowski niż na Euro.
Nie sprzedaliście tej informacji, nie chwaliliście się nią.
Ja sprzedaję, gdzie mogę. Około 130 mln zł przeznaczono na Rok Chopinowski, łącznie z odnowieniem Żelazowej Woli, a Euro pochłonęło miliardy. Do tego kibice nie mieli do końca świadomości, gdzie są – czy we Wrocławiu, czy w Kijowie – i na pewno nie wrócili do Polski na wakacje. A turyści chopinowscy wrócili. To ludzie, którzy wiedzą, dokąd przyjeżdżają i po co. Zresztą większość odwiedzających Polskę to turyści kulturalni. Postulowałem, by wszystko, co dotyczy turystyki, przeszło z Ministerstwa Sportu i Turystyki do MJiDM, bo przecież obcokrajowcy nie przyjeżdżają tutaj po drinki z palemką, tylko do Auschwitz, Gdańska, Krakowa, Warszawy. Po kulturę i historię.
Olga Tokarczuk mówi, że kultura to nasza zbiorowa mądrość. Dzięki uczestnictwu w kulturze rozumiesz, co się dzieje, rozumiesz te procesy, które zachodzą we współczesnym świecie. A jak rozumiesz, to się nie boisz