Czy chodzi im tylko o prymitywne emocje i surowe granie? Kim Nowak opowiadają o swojej nowej płycie "Wilki".

Pierwsza wasza płyta była nagrywana niemal na setkę. Jak było z „Wilkiem”?

Bartek „Fisz” Waglewski: Od początku mieliśmy plan, żeby druga płyta różniła się od debiutu. Chcieliśmy poeksperymentować z nagrywaniem w studio.Szukaliśmy miejsca, gdzie znajdziemy stare mikrofony wstęgowe z matowym brzmieniem.Udało się.

Piotrek „Emade” Waglewski: Inny sposób pracy nad tą płytą pozwolił na skupieniu się na aranżacjach. Inaczej niż na debiucie, tutaj dogrywaliśmy wszystkie instrumenty oddzielnie.

Przy pierwszej płycie podkreślaliście, że „Kim Nowak” było przede wszystkim zupełnie inną ekspresją, taką spod znaku „wściekłość i wrzask”. Muzycznym buntem. Jeden z was powiedział z kolei a propos hip-hopu, że bunt wydaje się dzisiaj podejrzany. To znaczy, że w mocnym, rockowym graniu tak nie jest, bunt wciąż ma sens?

B: Słuchając hip-hopu w latach 90., zawsze uważałem, że to jest ostatni bastion buntu. Dzisiaj muzyka odgrywa inną rolę. Dla mnie Kim Nowak jest buntem estetycznym. Nie do końca środowiskowym. Bo dzisiaj za muzyką już nie stoją hermetyczne środowiska. Nie ma walk heavymetalowców z depeszowcami. Dla mnie proste, rockowe granie jest esencją emocji często prymitywnych, prostych, fajnych. Myślę, że łączy nas to, że nie myślimy dużo o tej muzyce, ona powstaje tu i teraz. Nie chcemy na siłę szukać nowej formuły w rock’n’rolla, który wymyślono jakieś 60 lat temu.

Czy nagrywając płytę, wspominaliście jakieś płyty z lat 60.?

Michał Sobolewski: Ja nie musiałem. Cały czas słucham tamtej muzyki. Od początku wiedziałem, o co mi w Kim Nowak chodzi.Te inspiracje są we mnie od dawna.

Takie solówki jak w numerze „Skrzydła” na perkusji wychodziły spontanicznie?

P: Nie, to było zaaranżowane wcześniej. Z pół roku graliśmy próby.Wstudiu staraliśmy się nie pozwalać sobie na za dużo improwizacji. Można powiedzieć, że mieliśmy przygotowaną płytę od a do z.

B: Ten kawałek to rodzynek Michała, nawiązuje do wczesnych dokonań Black Sabbath. Niestety porządne solówki gitarowe są dzisiaj rzadkością, nie mówiąc już o perkusyjnych.To już niemal zabytek.Takie szybkie solówki od razu nasuwają skojarzenia z graniem Hendriksa.Ważna jest gitara, ale bęben ją cały czas goni.Także nagranie wyszło z tęsknoty do takiego sposobu ekspresji.Zresztą z hendriksowskim, emocjonalnym graniem Michał ma wiele wspólnego.

Skąd pomysł zaproszenia Izabeli Skrybant-Dziewiątkowskiej, wokalistki Tercetu Egzotycznego?

B: Szukaliśmy duetu z osobą z epoki, którą bardzo się inspirujemy. Chodziło też o charakterystyczny tembr głosu. Nie chcieliśmy, żeby to było stylizowane, tylko prawdziwe. Mam wrażenie, że potencjał wokalistów z lat 60. ze znakomitymi głosami jest dzisiaj niewykorzystany. Poza Kazikiem zViolettą Villas nikt specjalnie nie próbował. Szczerze mówiąc, nie sądziliśmy, że pani Iza zaśpiewa dla takiego garażowego zespołu jak nasz.Na szczęście spodobał się jej tekst piosenki.

P: Staraliśmy się zrobić numer zainspirowany rockabilly, kowbojskim klimatem. Dopiero po nagraniu wokalu Bartka i skończeniu numeru wpadliśmy na pomysł zaproszenia pani Izabeli. Idealnie przełamała męski wokal.

Niektóre numery są bardzo filmowe. Jak kino ukształtowało płytę?

P: Moim zdaniem album ma filmową otoczkę, przez tajemniczość, noc, las, zwierzęta. Ma klimat zakręconego thrillera.Na pewno można tu wskazać kino Tarantino czy Jarmuscha, filmy o niedorzecznej,mrocznej tematyce.

B: Sama nasza nazwa jest przecież bardzo filmowa, dzięki Michałowi i jego fascynacji kinem z lat 60.



Chyba nie lubicie wesołych piosenek.

B: To trochę samo wychodzi, że w Kim Nowak wygrywa mrok.Nawet jak chcemy nagrać wesołą piosenkę, to niespecjalnie się udaje.Tak było na przykład z „Lodowcem gigantem”. Z wesołych zamierzeń wyszedł raczej mroczny efekt.

M: Dla mnie w ogóle muzyka rockowa nie kojarzy się za wesoło.Rock’n’roll niesie za sobą ciężar i cierpienie.Zaczynając od bluesa,wszystko wywodzi się z bólu, z niewesołych emocji. Nie wyobrażam sobie, żeby do takiej muzyki dopasować na przykład obrazek skaczących wiewiórek.

Czyli żeby powstał dobry kawałek musi być dołująco, mrocznie?

B: W naszym przypadku pewnie tak. Chociaż boję się też patosu, powagi, za duże jest wtedy niebezpieczeństwo przesady, egzaltacji. M: Inne granie byłoby dla nas aktorstwem, a tego nie lubimy.

Pewnie niespecjalnie napinaliście się przy debiucie, nagrywaliście na luzie, bez ciśnienia wytwórni. Z drugą płytą było podobnie?

P: Wiemy, że jak ludzie lubią jakiś zespół, to przyzwyczajają się do jego brzmienia. Chcieliby, żeby płyty brzmiały podobnie.Sam zresztą bywałem takim fanem, nie zawsze podobały mi się skoki w bok. Dlatego staraliśmy się nie bardzo opuścić styl Kim Nowak.Na pewno jednak druga płyta jest bardziej dojrzała muzycznie, urozmaicona, trochę trudniejsza w kompozycjach, bardziej melodyjna. Staraliśmy się przenieść Kim Nowak na następny level.

Z czego wynika powrót do takich brzmień, u was, u The Black Keys? Będziecie coraz bardziej zanurzać się w klimacie sprzed lat?

P: Wszystko kręci się wokół piosenek – dopóki są fajne, to muzyka jest fajna. My na pewne zmiany w muzyce rockowej nie bardzo się godziliśmy. Nie kumamy większości artystów przenoszących rocka w XXI wiek,wolę brzmienie sprzed lat.Rock’n’rollowi niepotrzebne są dodatkowe atrakcje oprócz ludzi, którzy spotykają się w jakimś miejscu i grają dobre, rockowe piosenki.

M: Mnie przeraża próba łączenia rock’n’rolla na przykład z disco. Nie rozumiem pomysłu, żeby na gitarach grać riffy rockowe, a na perkusji rytm taneczny. Ja tego nie kupuję.

Mówiliście przed debiutem, że nie sądzicie, żeby polskie radia grały numery Kim Nowak. Jednak „Pistolet” i „Szczur” pojawiały się w radio.

P: Jeżeli spotykaliśmy się z odnową, to dlatego że ta muzyka jest zbyt alternatywna. Można to rozumieć na różne sposoby.U nas to stoi w opozycji do muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej. Nie ma środka, są dwie skrajności. Ciężko w profilu radiowym przejść przez te skrajności, wymieszać je. Dlatego zdajemy sobie sprawę, że nie wszędzie jest dla nas miejsce.

B: Ale chyba nie do końca spełniamy kryteria czysto antenowe – tak żeby pani, słysząc nas w radio i spiesząc się do pracy, nie przestraszyła się na skrzyżowaniu i nie spowodowała wypadku. Poza tym na szczęście w publicznych radiach są audycje autorskie, gdzie taka muzyka gości.

Idealne do klimatu waszej muzyki byłoby wydanie płyty na winylu.

B: Myślimy o tym, bo byłoby to piękne zwieńczenie, puenta tego, co robimy w Kim Nowak.

P: Tak naprawdę to zależy od wydawcy, ale rynek winylowy nie jest obszerny, może poza hip-hopem.

B: Z drugiej strony, kiedy w Londynie chodzimy do sklepu Rough Trade, to widzimy, że wszystkie te płyty także z rockiem, które kolekcjonujemy, wychodzą na winylach.

Sami wybraliście na singla „Mokrego psa”?

P: My myśleliśmy o utworze „Krew”, ale inni zdecydowali inaczej.

M: „Mokrego psa” chcieliśmy umieścić jako bonus, wydawało się nam, że bardzo odstaje od reszty. Mnie już w momencie nagrywania wydawał się zbyt delikatny.Teraz jestem z niego bardzo zadowolony. Skończyło się tak, że utwór, którego my sami byśmy nie wybrali, bo jest za bardzo piosenkowy i melodyjny, właśnie spodobał się osobom decydującym o graniu w radiu.

Na koncertach jesteście wściekli i żywiołowi jak Rage Against The Machine. Granie na żywo jest dla was w Kim Nowak najważniejsze?

B: „Polepione dźwięki” z Piotrkiem nagrywaliśmy w domu, nie mając doświadczeń scenicznych.W Kim Nowak nie wyobrażam sobie pracy z samplerami. W przypadku zespołu rockowego nie miałoby to sensu.Zgrane trio powoduje, że na scenie uwalniamy emocje. Piotrek ma odciski po pałeczkach, krew tryska na naciągi, struny pękają. Ta ekspresja jest trudna, bo ja mam jedną gitarę basową i nie mogę sobie pozwolić na rozwalenie jej na scenie.

M: Zdecydowanie koncerty są kwintesencją Kim Nowak.Ta energia sceniczna jest tak naturalna, że oglądając nagrania po koncertach, sam się sobie dziwię, jak się zachowuję.

B: W studio zresztą też są takie momenty, że się sami sobie dziwimy. Dlatego też lubimy Kim Nowak.