Nigdy nie czułem się tak komfortowo. Co prawda zawsze byłem w stanie śpiewać tak jak na tej płycie, ale tego nie robiłem. Teraz dodatkowej pewności siebie dodali mi pozostali członkowie zespołu – o swoich wokalnych wyczynach na najnowszej płycie Kings Of Leon „Mechanical Bull” powiedział magazynowi „Billboard” Caleb Followill.

W tej samej rozmowie muzycy zdradzili, że na płycie oddają hołd swoim ulubionym kapelom w stylu The Stooges czy Thin Lizzy. Tylko incydentalnie słychać tu momenty, które mogą przypominać dokonania zespołu, do którego Kings Of Leon są porównywani od lat. Chodzi oczywiście o U2. Z grubsza można powiedzieć, że szósty krążek rodziny Followillów nawiązuje do brzmień z pierwszych płyt sprzed 10 lat, tym samym różni się od swojego poprzednika „Come Around Sundown” z 2010 roku. Sprawa jednak nie jest tak oczywista.

Piosenki z „Mechanical Bull” typu „Temple” czy „Don’t Matter” mają rockowy brud charakterystyczny właśnie dla debiutu Kings Of Leon „Youth & Young Manhood”, ale jakby raz przetarty wilgotną szmatką. To zwyczajnie mniej odważny i świeży materiał, do tego dużo lepiej wyprodukowany, co pozbawiło go właśnie owego brudu. Jest tu też miejsce na balladę „On The Chin” – prosty numer, który równie dobrze pasowałby do ich każdej płyty. Wreszcie singiel „Supersoaker” – skoczny, rockowy numer, który idealnie nadaje się do rozgłośni radiowych. Reasumując, to charakterystyczny dla zespołu zestaw sinusoidalny łączący numery z rockowym ładunkiem z melancholijnymi balladami.