Rock jeszcze nie umarł, ale nie czuje się najlepiej. Żeby to zrozumieć, wystarczy przyjrzeć się problemom, z jakimi zmagają się producenci gitar elektrycznych.
Gdy kilka tygodni temu rozeszła się wieść o bankructwie producenta słynnych gitar, firmy Gibson Brands, zabrzmiała ona jak epitafium dla rockowego światka. „To już koniec rock,• ,rolla” – łkają media. Prawda może być nieco mniej pesymistyczna: to upada przemysł muzyczny w postaci, jaką znaliśmy dotychczas.
„To nie jest doskonała gitara. Ale ewoluowała w coś, co zmieniło muzykę” – tak znany gitarzysta blues-rockowy Joe Bonamassa opisuje jeden z instrumentów ze swojej potężnej kolekcji gitar, model Gibson Les Paul Custom z pierwszego rocznika, w którym zaczęto produkować tę wersję, czyli z 1953 r.
Cóż, rzeczywiście – może blues, rock i metal poradziłyby sobie bez gitar Gibsona, tak jak motocykliści jeździliby na innych jednośladach, gdyby nie było Harleya-Davidsona. Ale akurat te gitary stały się prawdziwym fetyszem muzyków na całym świecie. Począwszy od Chucka Berry’ego, który był jednym z pierwszych wiernych fanów marki; przez akompaniującego sobie na akustycznym jumbo J-200 Elvisa Presleya; model Lucille, który stał się wizytówką B.B. Kinga; wspomniane Gibsony Les Paule, z którymi do historii rocka przeszedł Jimmy Page z Led Zeppelin oraz Slash; aż po modele SG, którym wierni są Angus Young z AC/DC i Tony Iommi z Black Sabbath. Gibson to historia rocka.
Reklama

Jak wygrać z konkurencją

Na początku maja Gibson ogłosił bankructwo. Co prawda nie pierwsze i w związku z tym być może nie ostatnie. A jednak dla firmy produkującej gitary od 1894 r. ta wpadka jest bolesną nauczką, że czasy, kiedy dzieci kwiaty chwytały za gitary, definitywnie dobiegły końca. Najlepsze lata przedsiębiorstwo przeżyło na przełomie lat 60. i 70. Gibson robił instrumenty proste jak konstrukcja cepa, legendarnie ciężkie i o grubych gryfach – do tego stopnia, że niektórzy porównywali je do kijów baseballowych. Przekrzywiona główka do dziś jest uważana za fatalne rozwiązanie: przypadkowy upadek instrumentu może się łatwo skończyć jej odłamaniem (ale kiedy firma chciała zmienić ten element, fani marki wszczęli taki raban, że plany zarzucono). Jedyną ekstrawagancją było użycie egzotycznego drewna – mahoniu – dla dociążenia korpusu, hebanu czy palisandru w podstrunnicach. Tej masie i surowcom, jak niezmiennie utrzymują wielbiciele marki, Gibson zawdzięczał naturalne, potężne brzmienie, co najlepiej słychać, gdy dźwięk jest przesterowany.

Reklama
Nic jednak nie trwa wiecznie. W drugiej połowie lat 70. zarówno muzyka, jak i cały image rockmanów zaczęły się przepoczwarzać w stronę sztuczności, spektakularności, bizantyjskiego przepychu. Gibson nieśmiało próbował podążać za modami – przykładem może być model Moderne, który opatentowano pod koniec lat 50., ale koneserzy marki do dziś spierają się, czy choć jeden egzemplarz rzeczywiście wytworzono.
T
ymczasem gitarzyści uznali, że klasyczne krągłości gitar Gibsona (a także jego największego rywala Fendera) to już przeszłość. Wraz z pojawianiem się ekstremalnych gatunków metalu, szukano gitar o niecodziennych kształtach – najlepiej jak najgroźniejszych. Strzały, zygzaki, pająki, błyskawice: to był zestaw inspiracji. Brzmieniowy ciężar Gibsona dało się już nie tylko imitować, ale wręcz przebić dzięki całemu wachlarzowi coraz bardziej charczących efektów. Konkurenci – zwłaszcza przeżywające wówczas apogeum popularności gitary z Japonii – produkowali instrumenty lżejsze, wygodniejsze. Te gitary świeciły, fluoryzowały, były przezroczyste albo inkrustowane bajerami.
W 1986 r. w bankrutującym po raz pierwszy Gibsonie pojawił się anioł opatrzności: Henry Juszkiewicz. Syn powojennego emigranta, oficera Wojska Polskiego, który osiadł w Argentynie, a potem przeniósł się do Stanów. Energicznemu 30-latkowi udało się wraz z dwoma kolegami przejąć firmę za „jedyne” 5 mln dol. Idealnie wyczuli moment, bo glam lat 80. wraz z rewoltą stylistyki grunge odesłały blichtr poprzednich lat do historii. Po gibsony sięgnęli zarówno muzycy formalnie odcinającego się od pudel metalu Guns N, Roses, jak i gitarzyści grup Pearl Jam, Soundgarden czy Nirvana. Muzycznie i stylistycznie wracały najlepsze lata muzyki rockowej, a wielu posiadaczy „giboli” jest święcie przekonanych, że instrumenty z tamtej dekady były szczytowym osiągnięciem firmy, jeśli chodzi o jakość.Gibson Guitar Corporation korzystała z niezwykłej koniunktury: ceny zaczęły rosnąć, by dziś dobijać do kilkudziesięciu tysięcy złotych za egzemplarz z którejś z kolekcjonerskich edycji. Modele tańsze zaczęto produkować taśmowo w Azji, jak to w tej branży jest przyjęte. Progi – wcześniej nabijane na warstwę kleju – teraz były już tylko nabijane. Kilka lat temu palisander w podstrunnicach zastąpiło tworzywo sztuczne. Próba dotarcia do nowego klienta za pomocą gitary robota (instrumentu, który błyskawicznie stroił się sam) skończyła się kpinami i bojkotem wynalazku – a prace nad nią pochłonęły prawdopodobnie dziesiątki milionów dolarów. Mogłoby się wydawać, że chodzi o detale, ale gitarzyści są bardzo wybredni.
Tyle że Gibson rozrósł się przez ostatnie dwie dekady z lokalnej fabryki w Nashville do gabarytów światowej korporacji. Jeżeli przyjąć, że zatrudniająca 900 osób firma sprzedaje rocznie 170 tys. gitar, to decyzja o rezygnacji z podklejania progów staje się oszczędnością liczoną w milionach. A pieniędzy Juszkiewicz potrzebował jak powietrza: spółka stała się korporacją, gdy Gibson kupił firmę, która go – o ironio – naśladowała, czyli markę Epiphone, a do tego dorzucał kolejne nabytki z branży, jak producentów pianin i fortepianów Baldwin Company czy renomowanych perkusji Slingerland. Nie stać cię na gitarę od Gibsona? To weź przynajmniej koszulkę, pasek do gitary albo stołek barowy z logo. W portfolio firmy lądowali też producenci staromodnej elektroniki, jak Stanton czy TEAC, a nawet projekty takie jak Trainer by Gibson, czyli firma koncentrująca się na zdrowym stylu życia, najlepiej znana z tego, że powierzyła Usainowi Boltowi misję stworzenia słuchawek, zapewne idealnie nadających się do biegania i słuchania muzyki jednocześnie.
Pół miliarda dolarów długów, jakich dorobiła się korporacja Gibson Brands (zmiana nazwy miała być dowodem, że firma kreuje nowy muzyczny styl życia), to pokłosie tego inwestycyjnego szału. Jeszcze ponad rok temu jedna ze spółek znanego funduszu inwestycyjnego podratowała firmę pożyczką rzędu 130 mln dol., ale te pieniądze przepadły. Juszkiewicz potrzebuje „na już” kolejnych 135 mln dol., żeby wybrnąć z bieżących zaległości i zrestrukturyzować resztę długów. Jednak nawet jeżeli mu się to uda, to marzenia o budowie globalnego imperium bazującego na muzyce będzie musiał schować do szuflady, być może na zawsze. Eksperci doradzają, żeby firma ponownie skupiła się na produkcji gitar, w końcu sprzedaje ich niemało. Ale nawet w tym scenariuszu Gibson będzie musiał silnie zacisnąć pasa.

Sześć strun w odwrocie

Nie wszyscy przyjmują do wiadomości złe wieści. – Popyt na gitary osłabł, tak przedstawia się ta historia – tłumaczył w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „The Guardian” Chris Martin IV, obecny prezes firmy produkującej legendarne gitary akustyczne Martin. – Gibson był po prostu przeceniony. Ale proszę, nie wyciągajmy z tego błędnych wniosków. Nie wnioskujmy, że gitara umiera. Gitary były tu od czasów starożytnej Mezopotamii, w jakiś sposób, w jakichś kształtach lub formie – przekonuje.
Rzeczywistość jest jednak brutalna. W ciągu ostatniej dekady globalna sprzedaż gitar elektrycznych drastycznie spadła: z 1,5 mln do 1 mln egzemplarzy. Tylko w latach 2014–2017 wartość sprzedanego sprzętu spadła z 2,1 mld do 1,7 mld dol. Już w 2012 r. kłopoty finansowe marki Fender sprawiły, że zablokowano jej debiut giełdowy. Podobnie jak Gibson Fender przeszarżował z inwestycjami: w portfolio tej kolejnej megakorporacji w ciągu ostatnich lat znalazły się doskonale znane wcześniej jako samodzielne brandy Guild, Ovation, Gretsch czy Tacoma. Niektóre z nich definitywnie zniknęły z rynku, Guild został przywrócony do życia i w końcu odsprzedany hiszpańskiemu producentowi relatywnie tanich gitar klasycznych Cordoba. Paul Reed Smith – twórca firmy PRS, produkującej charakterystyczne gitary, na których grywa np. Carlos Santana – musiał zredukować zatrudnienie w swoich zakładach i przynajmniej częściowo zmienić ofertę tak, by dostarczać na rynek tańsze (produkowane w Azji, zapewne nieco niższej jakości) instrumenty. Ba, działająca ponad pół wieku sieć salonów z instrumentami – Guitar Center – ma dziś ponad 1,6 mld dol. długu.
Statystyki też nie pozostawiają złudzeń, że czar gitary pryska. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Fendera dwa lata temu wynika, że 45 proc. wszystkich nowo wyprodukowanych gitar, jakie zostają kupione w sklepach na świecie, trafia w ręce osób, dla których jest to pierwszy instrument – a więc dopiero uczących się gry, a czasem zaledwie luźno zainteresowanych. 90 proc. z nich porzuca grę w ciągu 9 do 12 miesięcy po zakupie instrumentu. Nadzieją branży są zatem ci, którzy czegoś się już nauczyli, grają dla własnej frajdy i z reguły na jednej gitarze nie poprzestają. Bo gitarzyści to fetyszyści: na facebookowych fanpage’ach zachęcają do dzielenia się zdjęciami nie pod hasłem „pokażcie swoją gitarę”, tylko „pokażcie swoją kolekcję”. Zapalony gitarzysta może mieć sześć, osiem, dziesięć instrumentów. Tyle, na ile pozwala mu portfel i przestrzeń na ścianach czy w kątach mieszkania.
Paradoksalnie jednak ten tak pożądany przez branżę klient ma największą skłonność do uciekania przed przemysłem. Reverb.com, kolejny potężny sprzedawca instrumentów – tylko że online i w olbrzymiej większości z drugiej ręki – odnotuje w tym roku zapewne sprzedaż na poziomie 400–500 mln dol. – Prawie wszystkie gitary z tego sklepu to instrumenty używane. To nadzwyczaj ważny czynnik: znacznie zwiększona dostępność produktów używanych i dorastanie pokolenia, które jest przyzwyczajone do zakupów w internecie – ocenia Brian Majeski, wydawca branżowego magazynu „Music Trades”. Wielu gitarzystów twierdzi, że dobra gitara to taka, która została już „rozegrana”, a więc ma kilka lat i przez ten czas była intensywnie używana. Co prawda, wielu gitarzystów twierdzi też, że nie kupuje się instrumentu, którego wcześniej nie miało się w ręku – ale to tabu najwyraźniej zanika.
Domorośli kolekcjonerzy i profesjonaliści szukają zatem sprzętu używanego, na co dodatkowo wpływa moda na postarzanie. Gitara nie powinna świecić świeżo położonym lakierem, tylko być wręcz nieco poobijana. Osobna moda panuje na rewitalizowane instrumenty niszowych i kiedyś wręcz pogardzanych producentów: najlepszym przykładem może być polski Defil, radzieckie Kosmosy czy czeskie Jolany, które dziś trafiają do gruntownego remontu w warsztatach najlepszych lutników.
W przeciwieństwie do Gibsona i Fendera nie najgorzej prosperują też producenci, którzy poprzestali na niewielkiej warsztatowej produkcji. W polskich realiach to historia np. gdańskiej firmy Mayones, która z manufaktury wytwarzającej kiedyś tanie instrumentarium „pierwszych gitar” przekształciła się w firmę produkującą gitary o wartości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych i zaopatrującą profesjonalnych muzyków znanych, zwłaszcza europejskich, zespołów. Z kolei w globalnej skali nie najgorzej radzi sobie Rickenbacker – producent instrumentów, z którymi debiutowali Beatlesi. Choć firma ma słowo „korporacja” w nazwie, to do przemysłowego rozmachu rynkowych liderów borykających się z górami długów wiele jej jeszcze brakuje.
Efekt jest jednak taki, że wizyta w olbrzymiej większości sklepów z instrumentami muzycznymi np. w Polsce, to wycieczka do krainy chińskiej – a w nieco bardziej optymistycznym scenariuszu: koreańskiej lub indonezyjskiej – tandety. Bardzo rzadko właściciele sklepów inwestują w renomowane i drogie instrumenty, a jeżeli już, to raczej nie są to gitary. Po prostu zbudowany wokół rocka przemysł się przejadł.

Koniec rockowego romantyzmu

I jest to element szerszego zjawiska. – 50 lat temu każdy chciał być bogiem gitary, na wzór tych, którzy zaludniali sceny: Erica Claptona, Jeffa Becka, Jimiego Hendrixa, Carlosa Santany czy Jimmiego Page’a – kwitował na łamach „The Washington Post” sędziwy, 71-letni George Gruhn, diler gitar z Nashville. – Dziś pokolenie z tamtych lat przechodzi właśnie na emeryturę, zwalnia tempo, przyzwyczaja się do obniżonych dochodów emeryta. Ci ludzie raczej redukują swoje kolekcje gitar, niż je powiększają. A młodszym generacjom nie spieszy się do zastąpienia ich – podsumowywał.
Rzeczywiście, z polskiej perspektywy może się wydawać, że rynek muzyki rockowej buzuje. Ale to tylko z uwagi na kontrast – przez wiele lat dostęp polskich fanów do muzyki rockowej był ograniczony, a większość znała wyłącznie uznane gwiazdy. Internet, zdawałoby się, otworzył muzyczny worek bez dna.Tymczasem recenzenci zachodnich magazynów narzekają, że z roku na rok nagrywa się coraz mniej płyt z rockiem (i nie tylko z rockiem). Niektóre gatunki, jak choćby metal progresywny czy blues, rozwijają się niemal wyłącznie dzięki pasji muzyków – tylko nieliczne studia czy wytwórnie inwestują już w debiutantów w tych gatunkach, bo stają się zbyt niszowe. – Kanye West, Rihanna, Drake, Beyonce czy Frank Ocean: to nierockowi artyści budzą dziś taką pasję, debaty i rodzaj dekonstrukcji, jakie niegdyś budzili artyści pokroju Boba Dylana czy Bruce’a Springsteena – twierdzi publicysta amerykańskiego „Forbesa”. Widać to zresztą w zestawieniach najlepiej sprzedających się płyt: wbrew pozorom nawet w Polsce płyty jakoś się sprzedają, tylko że niemal połowa najlepiej sprzedających się płyt z muzyką w ostatnich latach to płyty artystów hiphopowych.
Problem w tym, że kreowani na komentatorów rzeczywistości rockmeni zamienili się w biznesmenów. Najlepszym dowodem jest niedawna burza wokół koncertu Rolling Stones w Polsce: występy Micka Jaggera i spółki nigdy do tanich nie należały. Ale jeżeli w latach 90. zespół inkasował za występ symboliczne 100 zł od fana, a dekadę później – średnio 165 zł, tak za lipcowy występ na dudniącym Stadionie Narodowym grupa weźmie już niemal 400 zł. A i to w przypadku miejsc najgorszych, gdzieś pod trybunami przeciwległymi do sceny. Bo posiadacze grubszych portfeli będą mogli oglądać występ grupy ze stref Golden Circle (680 zł), Diamond (930 zł) czy wreszcie No Filter (1950 zł).
Trudno się oprzeć wrażeniu, że ostatnie podrygi – nomen omen – wielu gwiazd sprzed kilku dekad zmierzają przede wszystkim do tego, żeby na półmetku jeszcze zarobić na sentymencie fanów (z reguły pokolenia baby boomers, o którym wspominał cytowany już Gruhn). Przez lata służyły do tego wielkie powroty – od Stonesów począwszy, przez Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath, po nieco młodsze generacje: Bon Jovi, Red Hot Chili Peppers, Radiohead, a niedawno System of a Down. Tę samą rolę odgrywają dziś ostatnie trasy. Z jednej strony trudno się dziwić, w dobie internetu, piractwa, a teraz – serwisów streamingowych – dochody z nagranej muzyki poszły dramatycznie w dół i dla wielu wykonawców to koncerty są jedyną okazją do zarobku. Z drugiej, można odnieść wrażenie, że przemysłowy przerób muzyki przeniósł się z biur wytwórni na sale koncertowe.
Rynkiem muzycznym wciąż trzęsie „Wielka Trójka” – Sony BMG, Universal Music Group oraz Warner Music Group. Jak się szacuje, to te koncerny wprowadzają na rynek ok. 80 proc. dostępnej muzyki. Ale realia funkcjonowania przemysłu muzycznego błyskawicznie się dziś zmieniają. Sprzedaż muzyki pod postacią płyt (a więc na nośniku stosunkowo łatwym do kontrolowania i dającym niemałą marżę) nieustannie spada – z niedawnego raportu ZPAV wynika, że w 2017 r. sprzedaż płyt w Polsce zmalała o 3,5 proc., a na świecie – o 5,4 proc. Płyty kupują dosyć chętnie jeszcze Japończycy i Niemcy. Resztę branża próbuje kusić płytami winylowymi – modą, która zapanowała w ostatnich latach i której kapłanem jest choćby Jack White. Sprzedaż winyli, a i owszem, rośnie: w ubiegłym roku o 22,3 proc. (w Polsce nawet 63 proc., być może dzięki uporczywym promocjom np. w marketach Biedronka). Tyle że winyle to wciąż skromne 3,7 proc. światowego rynku, domena przede wszystkim niewielkich wytwórni zakładanych przez pasjonatów dla pasjonatów, lata świetlne od bizantyjskiego rozmachu wielkich wytwórni – i są nośnikiem adresowanym do fanów, którym ściągnięcie muzyki z internetu czy streaming nie wystarcza. Dla tej wąskiej grupy miłośników konieczne jest fizyczne doświadczenie muzyki i towarzyszącego jej przekazu – to okładki pozwalają czasem zrekonstruować wizję, jaką chcieliby przekazać słuchaczom muzycy, czasem jest to dodatkowe dzieło sztuki towarzyszące muzyce, czasem po prostu pakiet informacji i tekstów.
Z kolei streaming, który miał być kołem ratunkowym, zwłaszcza dla niszowych wykonawców i gatunków muzycznych, może się okazać gwoździem do trumny przemysłu. Najprawdopodobniej co piąty z utworów dostępnych np. na Spotify nigdy nie został odtworzony, a 99 proc. wszystkich odsłuchań dotyczyło 10 proc. najpopularniejszych utworów, wśród których rock nie jest dominującym gatunkiem. A skoro dominują pozycje z podpowiedzi algorytmu, to i słuchacz zaklasyfikowany jako miłośnik popu czy jazzu raczej nie ma co oczekiwać propozycji z innych muzycznych szuflad.
Streaming przewraca też inne przyjęte w branży kanony (albo przywraca je do pierwotnej konfiguracji). Być może za jego sprawą skończy się epoka płyt – nie tylko rockowych – na których do wypróbowanego hitu czy dwóch doklejano pakiet napisanych na kolanie albo sztampowych kompozycji, z których konstruowano produkt. W serwisie streamingowym produkcyjniaki przepadną z kretesem (tak samo zresztą, jak bez echa przejdą utwory ambitniejsze, co bardziej ekstrawaganckie czy eksperymentalne). Przy minimalnych marżach z muzyki słuchanej w internecie inwestycja w studio po prostu nie będzie się opłacać.
Do pewnego stopnia historia zatacza koło. – Zespół musi coś wydawać, najrzadziej raz na dwa lata. Inaczej publiczność o nim zapomina – mówił mi jeden z polskich artystów. Rzeczywiście na świecie zostali nieliczni wykonawcy, na których nowe nagrania fani czekaliby z niecierpliwością. Bez pieniędzy wielkiego przemysłu, rozbuchanych sesji nagraniowych, rock zapewne wróci tam, skąd przyszedł – do korzeni i niedużych sal, do surowych form i takiego repertuaru, w który wierzy (i inwestuje) sam artysta. Gitara, zwłaszcza elektryczna, będzie pianinem XXI w. – instrumentem, na którym grywał dziadek. Co nie znaczy, że straci swój urok.
Gibson był przeceniony, ale nie wyciągajmy z tego błędnych wniosków. Nie wnioskujmy, że gitara umiera. Gitary są obecne w historii od czasów starożytnej Mezopotamii.