Zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wstrząsnęło środowiskiem twórców. Stąd pomysł koncertu przeciwko internetowej mowie nienawiści i wysyp piosenek potępiających agresję
Reklama
Magazyn DGP 22.02.19. / Dziennik Gazeta Prawna
Na tragiczne wydarzenia w Gdańsku zareagowała cała Polska. Także znani piosenkarze i piosenkarki. Nie tylko nagrywają utwory wzywające do walki z hejtem, lecz postanowili także wspólnie zagrać koncert pod szyldem „Artyści przeciw nienawiści”, który odbędzie się w środę 27 lutego w łódzkiej Atlas Arenie. Inicjatorką tego wydarzenia jest Doda.
– To był impuls. Wyszłam spod prysznica, usiadłam w salonie, wzięłam telefon i jeszcze w ręczniku na głowie nagrałam film na Instagramie z zaproszeniem dla artystów, których znam, sądząc, że zgłosi się dziesięć osób i zrobimy kameralny koncert. Kiedy skończyłam suszyć włosy, telefon był rozgrzany do czerwoności – miałam 120 nieodebranych połączeń. Koncert potrwa trzy godziny. Będziemy śpiewać i opowiadać o swoich problemach z hejtem oraz o tym, jak z tym walczyć. Przed koncertem psychologowie poprowadzą warsztaty z dziećmi i młodzieżą na ten temat – opowiada piosenkarka.
Chęć udziału w koncercie potwierdziło prawie 130 wykonawców, w tym Maryla Rodowicz, Sylwia Grzeszczak, Ewa Farna, Cleo, Sarsa, Grzegorz Hyży, Nick Sinckler, Stachursky, Enej, Ira czy Bajm. Każdy dostanie szansę zagrania choćby jednej piosenki – własnej albo razem z innym artystą. Doda najpewniej zaśpiewa „Znak pokoju”. Po morderstwie prezydenta Adamowicza właśnie tę piosenkę – jak mówi: ku pokrzepieniu serc gdańszczan – zamieściła na swoim Instagramie.
Zdaniem Dody to artyści są najbardziej narażeni na hejt. Bo politycy zatrudniają spin doktorów do manipulowania przekazami i sztab doradców od poprawy wizerunku, płacąc za te usługi pieniędzmi podatników z dotacji budżetowej na utrzymanie partii. A artyści muszą bronić się sami. – Walczymy po sądach o naszą godność, którą podważają tabloidy i portale plotkarskie. Zabierają nam chleb, bo wszystkie wyzwiska i nieprawdy na nasz temat czytają później organizatorzy koncertów, a to od wizerunku artysty w mediach zależy sprzedaż jego płyt czy biletów na koncert – wyjaśnia Doda.
Pytam, jak ona sama radzi sobie z hejtem. Przecież wzbudza wiele kontrowersji. Internauci w komentarzach pod artykułami na jej temat nie żałują amunicji słownej, a prasa brukowa z sadystyczną satysfakcją wypomina skandale z przeszłości. Mówi mi, że jest „nerwowym rocznikiem” i „ma krótki zapalnik”, ale każdy ma swoje granice wytrzymałości. Doda też. – Gdyby nie wsparcie i zaufanie rodziny, nie miałabym skąd brać pewności siebie, niezłomności, wiary. Ludzie twierdzą, że jestem narcystyczna, zapatrzona w siebie. To nieprawda – uważa artystka.
Chciałaby, aby łódzki koncert zamienił się w imprezę cykliczną. Nie ma złudzeń, że z hejtem trzeba walczyć permanentnie. – Nikt nie ma pomysłu, jak ten problem rozwiązać, bo każdy do tego dołożył cegiełkę. A teraz wszyscy się dziwią, że oberwali rykoszetem – dopowiada Doda.

Kpiny z konstytucji i czarnego protestu

– To piękna i szczytna idea – mówi Andrzej Krzywy, który przyjedzie do Łodzi z zespołem De Mono. – Postanowiliśmy się przyłączyć, bez wahania, także dlatego, że mieliśmy okazję poznać prezydenta Adamowicza. W 2017 r. zaproszono nas na koncert sylwestrowy. Pan prezydent wszedł na scenę, wspólnie odliczaliśmy sekundy upływające do północy, później stuknęliśmy się kieliszkami. To był bardzo sympatyczny facet. Chcemy zagrać dla niego.
De Mono nigdy nie angażowało się w politykę, nie wysforowało na tekstach publicystycznych ani ideowo zaangażowanych. Z tego też powodu trudno w repertuarze zespołu wytropić piosenkę, która mogłaby posłużyć jako przykład walki z mową nienawiści. Może utwór „Za słowa” z albumu „De Luxe” wpisuje się w te kryteria przesłaniem „Nie ma słów, co nic nie znaczą / Każde słowo ma swą cenę / Dlatego trzeba za nie płacić”. W Łodzi De Mono zaśpiewa albo „Kochać inaczej” jako apel o miłość na ratunek przed agresją, albo „Miasto nocą” o wykuwaniu się trudnej polskiej demokracji na początku lat 90. – Wtedy mieliśmy do czynienia z nienawiścią na ulicach, która teraz przeprowadziła się do internetu. Nikt nie jest w stanie nad tym zapanować. Możesz napisać, co chcesz, bo nic za to nie grozi – gorzko komentuje Krzywy.
Pytam mojego rozmówcę, czy sam nie powinien uderzyć się w piersi. Przecież od ponad 10 lat muzycy De Mono ciągają się po sądach, walcząc o to, kto ma prawo do używania nazwy zespołu: obóz Krzywego czy Marka Kościkiewicza, choć tu i tam figurują osoby, które zakładały tę formację. Konflikt toczy się w atmosferze pomówień o manipulowanie faktami i obraźliwych argumentów. – Nie czuję nienawiści do Marka – zapewnia Krzywy. – Po prostu nie rozumiem jego działań. Walczymy przed sądem o dojście do prawdy, ale nie ze sobą. Czuję żal, rozgoryczenie, lecz nie ma to nic wspólnego z nienawiścią.
W Atlas Arenie zagra także Patrycja Markowska z ojcem Grzegorzem – frontmanem grupy Perfect. W Łodzi zaśpiewają „Drogę” – piosenkę z pierwszego singla ich nowej wspólnej płyty o szukaniu dobra w drugim człowieku. Artystka doświadczyła mowy nienawiści, kiedy udostępniła na swojej stronie na Facebooku zdjęcia z czarnego protestu przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, w którym brała udział. Internauci nie zostawili też na niej suchej nitki, kiedy pokazała się w sieci ubrana w koszulkę z napisem „konstytucja”.
– Jako córce sławnego ojca hejt towarzyszył mi od zawsze i zawsze bardzo bolał – przyznaje Patrycja Markowska. – Ale to, co dzieje się w naszym kraju od jakiegoś czasu, bardzo mnie niepokoi. Ten wszechobecny język nienawiści, ta fala braku tolerancji, jaka się zewsząd wylewa, to są zjawiska przerażające. To, co się stało w Gdańsku, wydawało mi się do tej pory niemożliwe. WOŚP, na której gram od samego początku, zawsze kojarzyła mi się z otwieraniem serc. Była dla mnie powodem do dumy, że my, Polacy, potrafimy się tak pięknie jednoczyć. Morderstwo prezydenta Adamowicza bardzo mną wstrząsnęło. Pamiętam, jak mój kochany wuj bp Rafał Markowski zapytał kiedyś, czy kogoś nienawidzę. Nie ma takiej osoby. I tego samego życzę wszystkim z głębi serca.
Zastanawia mnie, czy koncert w Łodzi przerodzi się w coś więcej niż tylko w okolicznościową manifestację niezgody na ostentacyjną nienawiść. I czy muzycy cieszą się wśród publiczności na tyle dużym autorytetem, aby skutecznie nakłaniać do zmiany postaw społecznych.
– Pamiętam, jak jako mała dziewczynka oglądałam koncert, który Bob Geldof zorganizował na rzecz głodujących (Live Aid w 1985 r. – red.). Zjechali się artyści ponad podziałami i uprzedzeniami. Byłam poruszona. Na jednoczenie się w ważnej sprawie nigdy nie jest za późno – przekonuje Markowska.
– Ta inicjatywa, dzięki Bogu, nie ma nic wspólnego z polityką. Ale poniekąd to politycy powinni przyjechać do Łodzi, wyjść na scenę, stanąć przed ludźmi i wytłumaczyć się ze swojego postępowania – podsumowuje Krzywy.

Leczenie tańcem i Witkacym

Nie tylko łódzki koncert jest reakcją na wzmożoną falę hejtu, który coraz częściej przenosi się z internetu na ulice. Temat pojawia się również w utworach popularnych wykonawców. Po tragedii w Gdańsku Cleo naprędce nagrała utwór „Kły” o gębach pełnych słów nienawiści. Vienio na nowej płycie „Twarzova” śpiewa w kawałku „Imperium zła” o gniewnych i zajadłych dyskusjach. Fisz z Emade szykują album „Radar”, na którym w piosence „Morskie lwy” pokpiwają z „miłej” prezenterki „Wiadomości” . A ich ojciec Wojciech Waglewski nagrał z Voo Voo płytę „Za niebawem”, na której pada bliźniacza refleksja: „Dobrze, że minęła pora na szacunek dla telewizora”.
W teledysku do singlowej piosenki Voo Voo „Się poruszam 1” wystąpiła francuska artystka Nadia Vadori-Gauthier, która od 2015 r., po terrorystycznym zamachu na redakcję pisma „Charlie Hebdo”, minutą tańca dziennie wyraża swój sprzeciw wobec przemocy. – Kiedy w okolicach marca zeszłego roku pisałem tekst do tej pieśni, przeczuwałem, że podsycanie nienawiści, głównie przez media, nie może się dobrze skończyć. Ale nie przyszło mi do głowy, że premiera singla zbiegnie się ze śmiercią prezydenta Gdańska. Śpiewając: „Na wszystko tańczę”, miałem na myśli to, że są rzeczy ważniejsze – takie jak sztuka – niż kibicowanie politykom w ich zmaganiach, kto kogo zaora w medialnej pyskówce. Całość tego przekazu, połączenia tańca Nadii z naszą piosenką, skleiła się, zresztą nie tylko dla mnie, w coś na kształt tanecznej sekwencji Cybulskiego w filmie „Salto” Konwickiego – wyjaśnia Wojciech Waglewski.
Album „Za niebawem” porusza problem przepołowionej światopoglądowo Polski, w której strach iść rano po gazetę w obawie przez ideologicznym zdemaskowaniem („Takie tam”). Namyśla się nad kondycją współczesnego człowieka, któremu daleko do bliźniego w potrzebie, a bezinteresowne pomaganie nie leży w niczyim interesie („Przybysze”). Waglewski na pomoc przywołuje hipisów z zaświatów, ale w dobie nieufności do autorytetów nie widać na horyzoncie nowej kontrkulturowej fali, która przyniosłaby rewolucję moralną („Dzieci kwiaty”). Pozostaje więc apel do wszystkich siewców nienawiści o ekspiację i wyspowiadanie się z zadawanego zła („Z ostatniej chwili”).
– Jest nadzieja, że może kiedyś, za kilka lat, zaczniemy mentalnie, jak ci hipisi, wtykać goździki w lufy kałasznikowów – mówi na pocieszenie Waglewski. – Ale musimy zacząć inaczej myśleć o naszym udziale w życiu społecznym, ruszyć cztery litery i iść na wybory, żeby znowu nie narzekać, że ktoś to za nas zrobił. Nasze pojęcie demokracji najczęściej ogranicza się do stwierdzenia „wolnoć, Tomku, w swoim domku” i do oczekiwania, że nikt się w nasze życie wtrącać nie będzie. Demokracja wymaga aktywności, ponieważ trudno ją zdobyć, a bardzo łatwo stracić. Myślę, że warto pielęgnować to, co po tylu latach uzyskaliśmy – chuchać i dbać, aby nikt nam tego nie zabrał. Wymaga to też uspołecznienia pojęcia „wolność”. Nie żyjemy w próżni i np. parkując samochód, jak nam się podoba, w poczuciu, że świat należy do nas, możemy zakłócić cały ruch uliczny. Czasem ktoś zajmuje trzy miejsca parkingowe i tą ulicą nie da się przejechać. Wolność wymaga również pewnych samoograniczeń.
W utworze „Nieud” Waglewski sięga do twórczości Witkacego. Nie pierwszy zresztą raz, bo już na płycie „Oov Oov” cytował myśli pisarza XX-lecia międzywojennego. Witkacy krytycznie patrzył na otrzepującą się z ponad stuletniej niewoli Rzeczpospolitą. W „Niemytych duszach” zalecał rodakom na narodowe dolegliwości psychoanalizę i ćwiczenia fizyczne. Ale też higienę i abstynencję. Aby odszorowawszy ciało, zacząć następnie szorować dusze. W piosence Voo Voo pojawia się charakterystyczne dla Witkacego słowotwórstwo, takie jak tytułowy „nieud” (inaczej: pech) czy „glątwa” (kac moralny).
– Gdyby ludzie zechcieli poczytać Witkacego, zastąpiłby im wszystkie wulgaryzmy. Żylibyśmy w innym kraju, korzystając z jego zasobów językowych – zamiast kląć, mawiał np. „sturba twoja wlań chełbiasta”. Bylibyśmy ładniejsi i milsi dla siebie. Tymczasem walka z poprawnością polityczną często zamienia się w zwyczajne chamstwo, znane w historii np. z niepoprawnych wypowiedzi towarzyszy spod znaku Gomułki. Wtedy to walka z elitami była równie atrakcyjna dla pewnych grup, jak i teraz. Zniewolenie w czasach komunizmu, po pierwszej euforii związanej z odzyskaniem niepodległości w 1989 r., zaczęło zamieniać się w mentalny mętlik w naszych głowach, myślach i uczynkach; co zawdzięczamy uzależnieniu od mediów, szczególnie społecznościowych. Wzajemne obrzucanie się błotem w imię wspomnianej walki z poprawnością czy też posiłkowanie się kłamstwem w obrabianiu tyłów innym – wbrew przykazaniu: nie dawaj fałszywego świadectwa – jest naszym chlebem powszednim i dzień bez zerknięcia, kto ostatnio komu dołożył, stał się dniem straconym. To wszystko powoduje, że codziennie wykopujemy kolejną łopatkę błota z i tak wielkiego rowu między nami, zamiast go zasypywać – uważa lider Voo Voo.

Jezus to był świr

Tyrada Waglewskiego pod adresem umiejętnego obchodzenia się z wolnością słowa nie jest niczym nowym. Nienawiść ma długowieczną tradycję, tak jak śpiewanie w proteście przeciwko zadawaniu ran przykrym słowem. Ten temat przerabiali na Zachodzie m.in. Bob Dylan, Joan Baez i całe pokolenie dzieci Woodstocku wychowanych w opozycji do wojny w Wietnamie.
W Polsce najsłynniejszy protest song, „Dziwny jest ten świat” biorący na celownik ludzką nienawiść napisał Czesław Niemen. On też padał ofiarą agresji słownej, a nawet fizycznej, kiedy w połowie lat 60. wrócił z Francji do Polski wizerunkowo odmieniony. Długie włosy wystające spod kapelusza, grube łańcuchy u szyi, chusta zamiast krawata, kwieciste koszule czy kolorowe spodnie – ten wyróżniający się styl życia działał jak płachta na byka na apologetów społecznej (w tym: odzieżowej) urawniłowki. W rozmowie z Krystianem Brodackim dla tygodnika „Argumenty” Niemen opowiadał, jak napadło go kilku chuliganów i zwymyślało od pijaków i dziwkarzy z powodu pstrokatego stroju. Podobno chodził po mieście z ochroniarzem, który miał go odgradzać od nienawistników. I choć w tamtym czasie nie było jeszcze portali społecznościowych, swoje trzy grosze do zohydzenia Niemena dorzuciły nieliczne wówczas media. Za atak na artystę uznano film dokumentalny „Sukces” w reżyserii Marka Piwowskiego złożony z pociętych i tendencyjnie dopasowanych scenek. Pokazany tam Niemen od kulis przepoczwarza się w obiektywie kamery z piosenkowego wieszcza-erudyty w popijającego wodę prosto z syfonu ćwierćinteligenta bez manier, który kreuje się na ofiarę nietolerancji, podczas gdy sam kpi z facetów w nylonowych koszulach i krawatach na gumkę.
Wszystkie ataki postponujące Niemena za promowanie antysocjalistycznej mody, za to, co śpiewał i jak śpiewał, spowodowały, że powstał przebój „Dziwny jest ten świat”. I choć w roli antybohatera piosenki nie został obsadzony nikt konkretny, utwór stał się bardzo ważnym głosem również przeciwko werbalnej nienawiści, którą Niemen wyjątkowo wyróżnił w tekście, śpiewając: „A jednak często jest / Że ktoś słowem złym / Zabija tak jak nożem”. Co w kontekście tegorocznych dramatycznych wydarzeń w Gdańsku urasta do boleśnie trafnej metafory. Cała nadzieja w „ludziach dobrej woli”.
O powodach napisania piosenki „Dziwny jest ten świat” tak opowiadał na łamach czasopisma „Nowa Wieś”: „Jest to protest przeciwko obłudzie. Mój protest. Obłuda jest rzeczą straszną (…) jestem człowiekiem z małego miasteczka na Wileńszczyźnie. Na wsi i na prowincji, z której pochodzę, panują lepsze chyba stosunki i obyczaje niż na świecie, do którego teraz należę. Zanim stałem się tym, kim jestem, musiałem przejść bardzo dużo i dużo doświadczyć na własnej skórze. Dużo krzywdy. I przeciwko tym obłudnym stosunkom między ludźmi, intrygom i zawiści napisałem swoją piosenkę”.
Niemen nie doczekał wzmożenia internetowego hejtu. Zmarł w 2004 r., wtedy krytyczne komentarze pojawiały się co najwyżej na forach. Ale jeszcze w tym samym roku powstał Facebook, dwa lata później – Twitter. Tylko w Polsce liczba użytkowników obu serwisów przekracza 20 mln. Wystarczy założyć konto i już można podczepić się pod dowolną społeczność i dyskutować z innymi użytkownikami. Narzędzie do wyświetlania złotych myśli szybko stało się rezerwuarem nieujawnianych dotąd pokładów frustracji, które przybierają formę rynsztokowej mowy.
Właśnie z powodu obraźliwych wpisów kilka lat temu swój fanpage na Facebooku zamknął Zbigniew Hołdys. Znany muzyk naraził się internautom obroną zapisów ACTA – umowy handlowej o zwalczaniu obrotu towarami podrabianymi, która miała usankcjonować zasady korzystania z własności intelektualnej. Hołdys uważał, że trzeba walczyć z procederem nielegalnego ściągania piosenek z sieci, bo bije on po kieszeni twórców, na co internauci zareagowali oburzeniem i namawiali innych użytkowników Facebooka do usuwania polubień i komentarzy na profilach związanych z działalnością artysty. Ten na pewien czas zniknął z serwisu. „Muszę odpocząć, posprzątać, przewietrzyć” – tłumaczył.
W 2000 r. na płycie „Hołdys.com” znalazła się piosenka, którą z dzisiejszej perspektywy można potraktować jako zapowiedź nadchodzącego hejtu w internecie. W utworze „Molier” Hołdys przytacza zasłyszane na mieście opinie ociekające nienawiścią pod adresem każdego, kto tylko się nawinie: że Gierek był skinem, Hitler – gejem, Miłosz – nikim, Jezus – świrem, a Urban – ch…m. Pada też przewrotne: „Solidarność to był motłoch / Komuniści pozwalali żyć”. Wtedy nikt jeszcze takich haseł nie zamieszczał w internecie, bo nie było ku temu narzędzi, ale to nie znaczy, że nie istniały w przestrzeni publicznej. Teraz – dzięki Facebookowi i Twitterowi – zyskały po prostu szeroki zasięg.