Otwierając 12. American Film Festival jego dyrektorka artystyczna Urszula Śniegowska podkreśliła, że cieszy się z ponownego spotkania na żywo, na święcie amerykańskiego kina, które w ubiegłym roku przerwała pandemia i lockdown. "Cieszę się, choć jest mi nieco niezręcznie cieszyć się w ogóle i stać tu spokojnie, gdy na polskiej granicy zamarzają ludzie" – powiedziała.

"Wierzę w kino i doświadczenie społeczne, które ono przynosi. Doświadczenie, które tworzymy właśnie spotykając się w ciemnej sali przeżywając dzieła ruchomego obrazu. (…) Wierzę także w spotkania między odbiorcą i twórcami i dlatego dziękuję wszystkim reżyserom, twórcom i producentom, którzy pozwolili nam ułożyć program festiwalu" – mówiła.

Zwróciła uwagę, że filmy, które zostały wybrane na tegoroczny festiwal, oprócz wytchnienia od przygnębiającej rzeczywistości, dadzą widzom wiele wskazówek aktywizmu, tolerancji, walki o równe prawa, radzenia sobie z traumą i budowania lepszego świata. "Retrospektywy zwłaszcza Idy Lupino i Johna Watersa nadadzą kontekst historyczny tym materiałom" – wskazała.

Reklama

W imieniu prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka gości festiwalu powitał dyrektor Departamentu Spraw Społecznych Bartłomiej Świerczewski, który podkreślił, że Wrocław to miasto nie tylko stu mostów, ale przede wszystkim miasto spotkań. "+Spotkanie+, które we Wrocławiu jest takim słowem-kluczem, nie byłoby możliwe w innym mieście niż miasto tolerancyjne, otwarte na innych, na osoby myślące inaczej, a także na wszystkie osoby, które chcą do tego miasta przybyć. Dlatego ta idea mostu, spotkania jest szalenie ważnym elementem naszej tradycji i naszej historii" – powiedział.

Jak zauważył, idealnym miejscem do spotkania może być także kino. "Może być nim właśnie 12. festiwal filmów amerykańskich we Wrocławiu, który - mam głęboką nadzieję - będzie okazją do spotkania i to takiego szeroko rozumianego, spotkania z ludźmi, z kulturą, z własnymi emocjami, a także będzie okazją do tego, żeby zmierzyć się z tym, co wszyscy mamy w głowach, co dzieje się dookoła nas" – podkreślił.

Reklama

Przedstawiciel Ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce, radca ds. prasy i kultury James Wolfe zwrócił uwagę, że większość obywateli z pewnością dobrze wie, co grane jest w multipleksach i zna tytuły kasowych hollywoodzkich produkcji. "Natomiast, żeby zobaczyć takie filmy, jakie pokazywane są na tym festiwalu, trzeba specjalnej okazji i taką właśnie tutaj stworzono" - zaznaczył.

"Doświadczenie wspólnego oglądania tego rodzaju filmów w sali kinowej to coś, co szczególnie wzmaga to wzajemne polsko-amerykańskie zrozumienie i daje nam takie poczucie, że jesteśmy wszyscy częścią pewnej wspólnoty" – ocenił.

Dodał, że filmy pokazywane na festiwalu mówią głosem tolerancji, która dla Wrocławia jest niezwykle ważna. "Mówią o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy mamy godność, która jest nam przyrodzona. Wydaje mi się, że szczególnie filmy Johna Watersa wyraźnie pokazują, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i godność, niezależnie od tego kim jest" – wskazał Wolfe.

Podczas uroczystości to właśnie John Waters - pochodzący z Baltimore reżyser, scenarzysta, aktor, pisarz i performer, jeden z najbarwniejszych przedstawicieli amerykańskiej kontrkultury - odebrał Indie Star Award. Wyróżnienie to przyznawane jest wybitnym przedstawicielom niezależnego kina amerykańskiego. W wygłoszonej laudacji Urszula Śniegowska podkreśliła, że twórczość reżysera "stanowi nieocenioną lekcję artystycznej odwagi i niezależności, inteligentnej prowokacji, a także sprytu, który pozwolił mu swego czasu przemycić do konserwatywnego Hollywood takie wartości jak: tolerancja, otwartość i sprzeciw wobec wszelkich form dyskryminacji".

Wtorkową galę zakończyła polska premiera filmu "Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun" Wesa Andersona. To opowieść o amerykańskich emigrantach tworzących u schyłku lat 60. w miasteczku na południu Francji fikcyjny magazynowy dodatek, tytułowy Kurier Francuski. W obsadzie filmu znaleźli się m.in.: Tilda Swinton, Bill Murray, Frances McDormand i Timothée Chalamet.

Drugim filmem otwarcia tegorocznego festiwalu był "C’mon C’mon" Mike'a Millsa. Główny bohater, grany przez Joaquina Phoenixa, przemierza w nim Stany Zjednoczone, rozmawiając z młodymi ludźmi o ich marzeniach i planach na przyszłość. Niespodziewanie musi przejąć też opiekę nad swoim siostrzeńcem, młodym człowiekiem o niezwykłej wrażliwości i wyobraźni.

Indie Star Award,dla Johna Watersa

Części gali otwarcia festiwalu było także wręczenie nagrody Indie Star Award dla Johna Watersa - jednego z najbarwniejszych przedstawicieli amerykańskiej kontrkultury. Indie Star Award to nagroda honorująca osobowości niezależnego kina amerykańskiego.

W laudacji wygłoszonej podczas gali otwarcia American Film Festival dyrektorka artystyczna Urszula Śniegowska podkreśliła, że twórczość Johna Watersa "stanowi nieocenioną lekcję artystycznej odwagi i niezależności, inteligentnej prowokacji, a także sprytu, który pozwolił mu swego czasu przemycić do konserwatywnego Hollywood takie wartości jak: tolerancja, otwartość i sprzeciw wobec wszelkich form dyskryminacji".

"W takich filmach, jak +Lakier do włosów+ i +W czym mamy problem+ Waters wywrócił na nice wyobrażenia o normie, genderowe mity, rasizm, wyśmiewał mentalne lenistwo, testował definicje dobrego smaku, granice przyzwyczajeń i hipokryzję" – zwróciła uwagę Śniegowska dodając, że twórca z Baltimore posługiwał się przy tym sarkazmem, humorem, ironią i krzywym zwierciadłem, często nakierowanym też na samego siebie.

"O osiągnieciach naszego gościa warto wspominać tym bardziej, że zarówno w polityce, jak i w życiu społecznym mamy do czynienia w Polsce z czymś w rodzaju neokonserwatywnego zwrotu. Któż, jak nie John Waters, nadaje się na patrona tych wszystkich, którzy - tak, jak my - chcieliby się zbuntować przeciwko temu porządkowi" – podsumowała dyrektorka AFF.

John Waters odbierając statuetkę podkreślił, że jest w Polsce po raz pierwszy, więc jest to dla niego wielkie święto. "Zawsze, kiedy przyjeżdżam do nowego kraju, zastanawiam się, skąd wy w ogóle wiecie, kim ja jestem? Skąd znacie te filmy, które ja 50 lat temu zacząłem robić w pokoju moich rodziców, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły średniej? Kiedyś aresztowano mnie za te filmy, a teraz spływają na mnie zaszczyty" – żartował reżyser.

"Kiedy zaczynałem tworzyć undergroundowe filmy trzeba było kleić kawałki 8-milimetrowej taśmy, nie miałem jeszcze wówczas pojęcia o montażu. Potem przerzuciłem się na +midnight movies+, które były pewną sensacją i wprowadziły zupełnie nowy, świeży gatunek. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę robię kino eksploatacyjne dla kin studyjnych. Zaczęto nazywać mnie +niezależnym+, co wydawało mi się trochę zbyt wyszukane. Potem, jakimś cudem, zębami i pazurami wywalczyłem sobie miejsce w Hollywood, tylko po to, by potem z powrotem przedrzeć się gdzieś na dno, w stronę rynsztoka - tam, gdzie zaczynałem" - opowiadał artysta. Podziękował przy tym swoim fanom na całym świecie, którzy - jak to ujął - pozwalali na to, żeby "udawało się to całych 60 lat".

John Waters to pochodzący z Baltimore reżyser, scenarzysta, aktor, pisarz, performer i teoretyk sztuki, ikona amerykańskiej kontrkultury. Nazywany m.in. "papieżem kampu" czy "geniuszem filmowego zła" w swoich filmach często oburza, rozśmiesza i uświadamia. Jak zwracają uwagę organizatorzy American Film Festival, sedno twórczości Watersa od lat stanowi walka z fałszem, hipokryzją i symulowanym buntem.

12. American Film Festival potrwa we Wrocławiu do 14 listopada, a online od 1 do 14 grudnia. W programie znalazło się 110 produkcji, w tym 101 pełnych metraży. 54 filmy zostaną pokazane w Polsce po raz pierwszy, a 12 będzie miało swoją premierę międzynarodową.