LITERATURA POPULARNA | W tym męskim świecie kobiety są w stanie osiągnąć cokolwiek, tylko jeśli będą się trzymać razem – mówi Anna Fryczkowska, autorka powieści „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”
Chciałam napisać książkę, która dzieje się w zamkniętym kręgu, gdzie przebywają wyłącznie kobiety, a mężczyźni pojawiają się tylko we wspomnieniach. To naprawdę trudne zadanie, bo dla połowy ludzkości to egzotyczne doświadczenie, a druga połowa, czyli kobiety, zna je tak dobrze, że właściwie nie można ich niczym zaskoczyć. Kobiece spotkania, przy całej swojej różnorodności, wyglądają bardzo podobnie: jest brutalna szczerość, duże rozluźnienie, dzięki temu wszystkie czujemy się bezpiecznie. I ta książka jest o tym, że ukrywanie pewnych rzeczy przed innymi kobietami, wobec których powinnyśmy być lojalne i szczere, jest niebezpieczne. Jeśli coś ukrywamy, jeśli spiskujemy, to się może źle skończyć.
Nie liczymy tej, której już nie ma. Choć tak naprawdę traktujemy sukę metaforycznie. Chodzi o tę, która zdradziła kobiecą solidarność.
Zawsze. W tym bardzo męskim świecie kobiety są w stanie osiągnąć cokolwiek, jeśli będą się trzymać razem.
Świetnie się bawiłam podczas pisania tej książki. Uwielbiałam pisać sceny, w których główna bohaterka jest niezauważana przez nikogo.
Starsze kobiety są podwójnie upośledzone w społeczeństwie.
Opisałam, jak ich słabość została przekuta w siłę. Z tego, że są niezauważane i lekceważone, moje bohaterki zrobiły zaletę.
Wierzę w kobiecą siłę, jej przykłady przecież widzimy na co dzień. Ta kobieca siła, jeśli się zjednoczy, potrafi rozwalić wszystkie tamy.
Jestem pod wrażeniem tego, co się stało 3 października. A przecież gdyby przedtem opisać czarny protest w jakiejś książce, zostałoby to skrytykowane jako utopia.
Po prostu trzymajmy się razem, ponad ideologicznymi podziałami.
Kobiety jako bohaterki wydają mi się dużo ciekawsze, bardziej wielowymiarowe. A jeśli chodzi o niedoinwestowanie, w kanonie lektur panie były głównie dekoracjami, trofeami lub ofiarami, a podmiotem działającym byli mężczyźni. Ta formuła już się wyczerpała.
Niech pani popatrzy na rynek: książki o samych mężczyznach to przezroczysta kulturowa norma. Nikt nie spyta, dlaczego to takie jednostronne. Ja trochę z przekory pokazuję świat z zupełnie innej strony, u mnie to panowie są trofeami, ofiarami, narzędziami. Trochę złośliwie, trochę dla własnej satysfakcji odwracam normy, w których nam przyszło żyć. Przesuwam szalę w drugą stronę, ale mam nadzieję, że to się kiedyś zrównoważy. Nie jestem tylko pewna, czy doczekam.
Oczywiście. Będzie nietypową rodzinną sagą. Czasy najnowsze, warszawski Żoliborz i bardzo niezwykła rodzina, bo dwie kobiety, każda z dzieckiem i jeden, ich wspólny, mężczyzna. Kobiety te lubią się, przyjaźnią, potrzebują się, uważają za rodzinę. Opisuję, jak to działa, jak czują się w tym dzieci, pokazuję trzy pokolenia tej rodziny, kryzysy i ich przezwyciężanie, reakcje otoczenia i dalszej rodziny.
Zastanawiam się, co to znaczy „kobieca literatura”. Chyba nie chodzi o płeć autora, bo np. Janusz Leon Wiśniewski według mojej intuicji pisze kobiecą literaturę. Może chodzi o płeć czytelniczek? Ale tak naprawdę rynek to są głównie czytelniczki. Najbardziej krwawe sensacje, kryminały, książki gore – wszystko czytają kobiety, a przecież tych wszystkich gatunków nie nazywamy kobiecymi. Może chodzi o tematykę?
Ale tu już poruszamy się w obrębie wyższej półki. A ja kocham moją średnią półkę, literaturę popularną, uwielbiam zamykać treści mocne i ciekawe w tekście, który się dobrze czyta.
Oczywiście. Norwegia i Szwecja postawiły na promocję literatury popularnej, dzięki czemu ludzie więcej czytają, zaczęli też sięgać także po poważniejsze lektury, literaturę faktu. Wzrósł poziom oczytania, a co za tym idzie kultury i inteligencji społeczeństwa. Ja strasznie Skandynawom zazdroszczę. I stypendiów dla artystów, i tak skutecznej promocji literatury, z naciskiem na popularną.
W dużej mierze. Na salony awansował tylko kryminał. To jedyny popularny gatunek recenzowany w poważnych pismach.
Z tym detektywem to taki patriarchalny sposób myślenia... Zrobił się bałagan, więc przychodzi facet, który wszystko poukłada.
To nowa etykietka. Mam wrażenie, że skoro ten gatunek został nazwany, niedługo zamieni się w trend. Konkurencja też będzie rosła.
Ja zawsze lubię wbrew. Gdy były modne twarde kryminały, zaczęłam pisać miękkie, czyli domestic noir, teraz, kiedy wszyscy będą się brali za domestic noir, postanowiłam napisać antysagę. Potem chyba będzie horror, który jest podobno zupełnie niemodny. Mam strasznie fajny pomysł, już się nie mogę doczekać, aż się uporam z moimi bohaterkami...
Z KOBIECEJ PERSPEKTYWY
Domestic noir to podgatunek literatury kryminalnej (termin używany zamiennie z „chick noir”), której akcja rozgrywa się w przestrzeni prywatnej, najczęściej w domu, a życie codzienne i bliskie relacje zostają ukazane jako możliwe źródło opresji. Za autorkę tego terminu uważa się Julię Crouch, autorkę książek kryminalnych, która po raz pierwszy użyła tego określenia na swoim blogu w 2013 r. Książki z gatunku domestic noir najczęściej są pisane przez kobiety i z kobiecej perspektywy. Punkt ciężkości zostaje w nich przerzucony ze sfery logiki i próby ustalenia winnego na poziom psychologii i próbę odpowiedzenia na pytanie – dlaczego? Przedstawicielki gatunku: Gillian Flynn, Erin Kelly, Jessica Knoll, a w Polsce Anna Fryczkowska i Magda Stachula.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.