Każdy, kto zetknął się, choć przez kilka minut/dźwięków, z muzyką kapeli Michaela Giry, zapewne doświadczył skrajnych stanów. Słowa, które cisną się na usta podczas słuchania Swans, to mistycyzm, szamanizm, noise, bunt, moc, rozmach, zgrzyt. Kontakt z nimi daje emocje rzadko dzisiaj spotykane w muzyce w ogóle. Ma się wrażenie obcowania z muzykami, którzy kończą żywot naszej planety, dają ostatni na niej koncert, nagrywają ostatnią płytę, która ma zebrać nasze niepewne emocje i doprowadzić je do eksplozji. Swans od lat są symbolem tego, co w muzyce eksperymentalne, niemożliwe do sklasyfikowania, nieograniczone żadnymi pozamuzycznymi kwestiami i pozbawione kalkulacji.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tak było już na ich płytach w latach 80., kiedy ich twórczość porównywano do otwartej rany. Także w czasie, kiedy ze Swans występowała Jarboe, czy z dokonaniami po reaktywacji (Swans zawiesili działalność w latach 1997–2010). Po powrocie Michael Gira wydał ze Swans m.in. znakomitą płytę „The Seer” (2012), o której mówił, że jest jak zanurzenie się w basenie pełnym ognia, oraz „To Be King” (2014), którą przyrównał do seksu z monstrualnie otyłą kobietą. Finałowe dzieło tej trylogii, czyli wydaną właśnie „The Glowing Man”, zapowiada jako ostatnie dziecko w tym składzie Swans. A stanowią go m.in. gitarzysta grający niemal przez cały okres działań Swans, Norman Westberg, Phil Puleo (bębny, cymbały), a dodatkowo grający na różnych instrumentach Bill Rieflin, który ma na koncie występy z R.E.M. czy King Crimson. Gościnnie pojawili się na „The Glowing Man” także żona Michaela Giry oraz Okkyung Lee na wiolonczeli.

Ich wspólna symfonia nie opiera się wyłącznie na hałasie i potężnej ścianie dźwięku, od lat kojarzonymi ze Swans. Na tej płycie pokazują, że potrafią pisać wyjątkowe kompozycje oparte na ciekawym gospodarowaniu melodiami. W balladowym duchu utrzymane jest finałowe, rytmiczne i delikatne „Finally, Peace”. W jeszcze czulsze rejony wchodzi „When Will I Return” z wokalem Jennifer Giry. Swans potrafią jednak wciąż przytłoczyć monumentalnymi „Cloud of Forgetting” czy „Cloud of Unknowing” (ponad 25 minut), o których Gira mówi, że są modlitwami. Momentami jest nowofalowo, postrockowo, industrialnie i duszno.

Niemal dwugodzinne dzieło Swans to wycieczka po niełatwych do wchłonięcia rejonach. Porywa jednak jak dziki nurt i obijając o różne przeszkody, zabiera w podróż, która nie wiadomo, jak i kiedy się skończy.

Swans | The Glowing Man | Young God