Do premiery filmu zostało jeszcze sporo czasu, ale Disney nie traci czasu, rozpędzając marketingową maszynę. Sklepy zawalone są już gadżetami z nadchodzącego filmu, a fani analizują teksty wygłaszane przez plastikowe figurki, próbując poskładać do kupy choćby strzępki fabuły. Scenariusza nowych „Gwiezdnych wojen”, istnej perły w koronie amerykańskiego koncernu, strzeże się pilniej niż złota Fortu Knox. Film J.J. Abramsa to zaledwie początek i przez parę najbliższych lat będziemy regularnie dostawać kolejne odcinki kosmicznej sagi, aktualnie podzielonej na serię główną oraz poboczną, prezentującą niepowiązane ze sobą ściśle opowieści. Disney, jak się zresztą spodziewano, po nabyciu Lucasfilmu zdecydował się na zbudowanie od nowa tzw. Expanded Universe, czyli Rozszerzonego Uniwersum. Rozszerzonego o książki, gry i komiksy. Innymi słowy, to, co napisano do tej pory, uznano za niebyłe, a tzw. kanon rozpoczęto wymyślać od zera, na gruncie dwóch kinowych trylogii. Przemyślany proces decyzyjny doprowadził również do nieprzedłużania umowy z wydawnictwem Dark Horse, które od lat publikowało serie komiksowe z logo „Gwiezdnych wojen”. Tym samym po dwóch dekadach powróciły one do, również należącego do Disneya, Marvel Comics.

Stan Lee, legenda amerykańskiego rynku komiksowego, na propozycję wydania komiksu o „Gwiezdnych wojnach” zareagował niegdyś zmarszczonymi brwiami. Nie chciał ryzykować, wykładając pieniądze na obrazkową adaptację filmu, który jeszcze nie powstał – w 1975 roku młody reżyser i scenarzysta George Lucas nie mógł jeszcze stawiać warunków i zgodził się na pozornie mało korzystny dla siebie kontrakt. Ostatecznie z osiągniętego porozumienia Marvel, przynajmniej początkowo, mógł być zadowolony. Po sukcesie filmu seria sprzedawała się bowiem znakomicie i wyciągnęła wydawnictwo z finansowych tarapatów. Początki były jednak i trudne, i kuriozalne, ekipa komiksiarzy nie dysponowała bowiem gotowymi projektami, na których mogłaby się wzorować, stąd dziwaczny wygląd niektórych znanych postaci. Ostatecznie komiksowe „Gwiezdne wojny” ukazywały się pod szyldem Marvela do 1987 roku, doczekując się przeszło stu zeszytów, po czym nastąpiła czteroletnia przerwa, a licencja trafiła do Dark Horse.

Pod okiem tegoż wydawcy reaktywowany tytuł odżył i złapał drugi oddech. Swojego czasu Marvel, naśladując wzorzec ustanowiony przez komiksy superbohaterskie, inwestował w ciągnącą się, tasiemcową historię przedłużającą znane z ekranu opowieści. Na przestrzeni lat Dark Horse, oprócz regularnie publikowanych comiesięcznych komiksów, wydawało również adaptacje nowej trylogii, popularniejszych powieści oraz kilkuodcinkowe serie, które potem zbierano w albumach. Prędko stawały się one – jak „Mroczne imperium” – istnymi klasykami rozległego świata „Gwiezdnych wojen”. Ponadto Dark Horse nie stroniło od multimedialnych kampanii realizowanych przy współudziale Lucasfilmu, chętnie uczestnicząc we wspólnych inicjatywach rozbudowujących uniwersum, jak chociażby asystując przy słynnych, niedawno zresztą u nas wznowionych „Cieniach imperium”. Zdaje się, że Marvel Comics będzie tę strategię kopiować, zapewne podwajając jej efektywność, skoro przecież wszystkie asy są w jednym rękawie, a Disney zawiaduje całą marką.

Od styczniowej premiery dziewiczego zeszytu od Marvela – który sprzedał się w nakładzie grubo ponad miliona egzemplarzy – minęło niewiele ponad pół roku, a już mamy u siebie sześć pierwszych numerów głównej serii wydanych w ramach ukazującego się specjalnie z tej okazji w nowej formule miesięcznika „Star Wars Komiks”. Liczące prawie 150 stron wydanie zbiorcze kompiluje historię „Skywalker atakuje” (oryginalny tytuł jest niejakim nawiązaniem do napisu na okładce pierwszego klasycznego komiksu od Marvela z końca lat 70.) i dopowiada wydarzenia, które miały miejsce po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci z „Nowej nadziei”. Za oceanem symultanicznie ukazuje się też cykl z Darthem Vaderem i wychodzą kolejne miniserie z postaciami nie tylko ze starej gwardii, jak Leia czy Lando, ale i z nowymi, wymyślonymi już pod rządami Disneya, żeby wspomnieć Kanena, Jedi-renegata znanego z serialu animowanego „Star Wars: Rebelianci”. Aktualnie Marvel publikuje krótką, czteroodcinkową historię „Shattered Empire” osadzoną po wydarzeniach z „Powrotu Jedi” oraz pierwszy crossover „Vader Down”, w którym spotkają się dwie główne serie. Jak widać, amerykańskie wydawnictwo traktuje swoje zadanie poważnie. I słusznie, bo zanosi się na to, że komiksy o „Gwiezdnych wojnach” zyskają należną im autonomię, o co w korporacyjnym świecie wcale niełatwo.