To jeden z najlepszych filmów grozy, jakie powstały w ostatnich latach, propozycja dla wszystkich zmęczonych kolejnymi identycznymi – i idiotycznymi – produkcjami rodem z Hollywood
Jeszcze zanim zaczął się pokaz prasowy „Coś za mną chodzi”, jeden ze starszych krytyków westchnął: „Ja nie lubię horrorów”. Po seansie nie miał chyba powodów do narzekań. To jeden z najlepszych filmów grozy, jakie powstały w ostatnich latach, propozycja dla wszystkich zmęczonych kolejnymi identycznymi – i idiotycznymi – produkcjami rodem z Hollywood. Nie mam przy tym wątpliwości, że to także film, który z większym entuzjazmem przyjmują recenzenci niż widzowie. Może dlatego, że choć jest mocno osadzony w tradycji kina grozy, przełamuje schematy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.
Opowieść o grupie nastolatków, którzy muszą przełamać ciążącą na nich klątwę, mogłaby zamienić się w młodzieżowy horror i to w najgorszym stylu, lecz David Robert Mitchell rozwija ją w nietypowy sposób. Klątwa – właśnie uświadomiłem sobie, że na papierze wygląda to wyjątkowo absurdalnie, jednak na ekranie sprawdza się doskonale – jest przenoszona drogą płciową. Można ją przekazać kolejnej osobie, wciąż ze świadomością, że i tak jest nieuchronna. W klasycznych slasherach, do których w warstwie fabularnej Mitchell się chętnie odwołuje, seks i śmierć bardzo często szły ze sobą w parze. W kinie lat 80. rozwiązłych nastolatków spotykała brutalna i gwałtowna kara z rąk Freddy'ego Krugera, Michaela Myersa lub innego ekranowego monstrum. Mitchell jednak nie ucieka się do tanich sztuczek. Zło jest tutaj bezosobowe – albo raczej może przybrać postać dowolnego człowieka, znajomego lub obcego. Jest powolne, ale nieustępliwe. Można przed nim uciekać, lecz prędzej czy później cię dopadnie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.