„Gdybym tylko tu był” to film, jaki już niejeden raz widzieliśmy. Klasyczna sundance’owa produkcja, równo mierząca humor – chwilami naprawdę wysokiej próby – i wzruszenia, zderzająca banalne prawdy o życiu z kilkoma całkiem mądrymi spostrzeżeniami, może zbyt często balansująca na granicy kiczu, ale równoważąca to barwną galerią drugoplanowych postaci (z granym przez Josha Gada bratem Aidana na czele).
Dziesięć lat czekał Zach Braff, by wyreżyserować kolejny – po debiutanckim „Powrocie do Garden State” – film. I właściwie nakręcił tę samą opowieść, tyle że oglądaną z perspektywy starszego, bardziej doświadczonego, ale tak samo nieradzącego sobie z życiowymi problemami mężczyzny. Aidan Bloom (Braff) ma 35 lat, jest niespełnionym aktorem i wciąż czeka na życiową szansę. Wspiera go kochająca żona (Kate Hudson) i dwójka fantastycznych dzieci, jednak Aidan wciąż miota się między próbą spełnienia swoich marzeń i zaspokojenia potrzeb swojej rodziny. Dopiero choroba ojca (Mandy Patinkin) zmusza Blooma do zmierzenia się z rzeczywistością.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.