Autopromocja

Sinéad O’Connor - miłosne ballady

I'm Not Bossy, I'm the Boss
I'm Not Bossy, I'm the BossMedia
18 sierpnia 2014

„I’m Not Bossy, I’m The Boss” nie jest dla młodych fanów popu, ale Irlandka nie musi się ścigać z młodymi gwiazdami popkultury. Jest z innej epoki, nie lepszej, nie gorszej. Innej.

Z okładki bije groźna, sexy Sinéad, ale słuchając dziesiątego krążka Irlandki „I’m Not Bossy, I’m The Boss”, poznamy ją z zupełniej innej strony – pełnej wątpliwości, także goryczy. Sama mówi, że to album złożony z miłosnych piosenek, a inspirowany chicagowskim bluesem, dokonaniami Buddy’ego Guya, Howlin’ Wolfa. Bluesa tu jednak próżno szukać, ale klimatycznych, nieprzesłodzonych ballad jest przynajmniej kilka. Chociażby „The Wishnu Room” z tekstem o kobiecie pod presją mężczyzny i dźwiękami pianina oraz smyczkami. Przejmujący jest „Harbour” z delikatną gitarą i pianinem oraz niezwykle mocnym, przestrzennym głosem O’Connor. Zresztą wokalistka pokazuje tu swoje nieprzeciętne możliwości głosowe niemal w każdym kawałku. W „Harbour” podkreśla jego dramatyczną moc, szczególnie w drugiej połowie numeru, zmieniającej się z cichej balladki w mocne walenie w instrumenty. Ujmujący jest też rytmiczny, spowolniony „8 Good Reasons”, o którego tekście wspomina obok Jacek Skolimowski. Szybszego tempa Sinéad nabiera w kawałku „James Brown”, w którym gościnnie na saksofonie gra Nigeryjczyk Seun Kuti, syn legendarnego Fela Kutiego. Są tu też słabsze momenty, ale Sinéad nie schodzi poniżej pewnego poziomu, szczególnie wokalnie, i nie przesadza z uduchowionym klimatem, co jej się wcześniej zdarzało. „I’m Not Bossy, I’m The Boss” nie jest dla młodych fanów popu, ale Irlandka nie musi się ścigać z młodymi gwiazdami popkultury. Jest z innej epoki, nie lepszej, nie gorszej. Innej.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png