Willem Dafoe, którego oglądamy u boku Philipa Seymoura Hoffmana w filmie sensacyjnym na podstawie książki Johna le Carré „Bardzo poszukiwany człowiek” (na polskich ekranach od 8 sierpnia), od ponad 30 lat wchodzi w skład nowojorskiego teatralnego zespołu Wooster Group. Odnosił sukcesy także w innych teatrach off-Broadwayowskich. Zagrał m.in. z Frances McDormand w „To You, Birdie” i ze Stevem Buscemim w „North Atlantic”. Karierę filmową ten wybitny i wzięty aktor traktuje jako drugorzędną. Często zgadza się grać postaci demonicznych łajdaków i ekscentryków. Rola sierżanta w „Plutonie” (1986) przyniosła mu nominację do Oscara, a rola Jezusa w „Ostatnim kuszeniu Chrystusa” (1988) międzynarodową renomę. Jego najnowsze filmy to m.in. „John Carter” (2012), „Nimfomanka” (I i II, 2013) oraz „Grand Budapest Hotel” (2014).

Od lat zna pan reżysera „Bardzo poszukiwanego człowieka”, Antona Corbijna. Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?

To było tak. Ktoś skontaktował się ze mną i powiedział, że Anton chciałby zrobić mi próbne zdjęcia. Znałem jego prace, więc się zgodziłem. Pewnego dnia Anton przyszedł do mnie do teatru. Zwrócił moją uwagę swoim niezwykle wysokim wzrostem. Zaproponował wspólny spacer; tuż za rogiem wpadł mu w oko stary budynek, którego mury okazały się być świetnym tłem dla mojego „występu”. Poprosił mnie, bym ustawił się pod ścianą i zdjął koszulę (śmiech). Było lato, panował upał, więc nie widziałem problemu. Anton nagrał wszystko bardzo szybko; sprawiał wrażenie zadowolonego i to było na tyle (śmiech). Potem widziałem się z nim jeszcze kilka razy. Ostatnio w Amsterdamie, gdzie grałem w sztuce „Życie i śmierć Mariny Abramovic” Roberta Wilsona. Przyszedł, obejrzał i wówczas odświeżyliśmy naszą znajomość. Upewnił się, czy wiem, że obecnie kręci filmy. Oczywiście wiedziałem, co więcej, byłem wielkim fanem filmu „Control”. Słyszałem też o jego najnowszym projekcie, „Bardzo poszukiwanym człowieku”, ale sygnały zainteresowania z mojej strony nie napotkały odzewu. Jednak później Anton do mnie zadzwonił i zaczęliśmy omawiać naszą współpracę.

Znając jego zdjęcia, powiedziałbym, że w jego przypadku przejście do świata filmu było rzeczą zupełnie naturalną. Czy Anton przeniósł minimalistyczną estetykę z fotografii do swoich filmów?

Trochę tak. Jako fotograf współpracował z zespołami i realizował różne związane z nimi projekty albo wykonywał zdjęcia celebrytów i muzyków. Uważam, że ma bardzo silne poczucie estetyki i doskonale wie, czego chce, co było wyraźnie widać podczas pracy nad tym filmem. Jest niezwykle cierpliwy i czeka, aż pewne wątki same dojrzeją. A kiedy tak się dzieje, podąża ich tropem jak pies myśliwski. Np. kiedy pracujemy nad jakąś sceną, nie podchodzi do niej technicznie, każąc nam ustawiać się pod odpowiednim kątem do kamery. Jeśli uzna, że ujęcie trafiło w sedno, to nawet, jeśli zostało nakręcone już za pierwszym razem, temat jest zakończony i idziemy dalej. Działa intuicyjnie, ale potrafi podjąć decyzję i precyzyjnie wyraża swoje życzenia, co bardzo w nim lubię. Jeśli reżyser jest pewny siebie, nastawienie to udziela się także i tobie.

Jakie znaczenie miały na planie pana propozycje jako aktora?

Anton bardzo docenia warsztat aktorski, ma wielki szacunek do aktorów i pozwala im szukać własnych rozwiązań. Można by rzec, iż jest hojny w stosunku do swoich aktorów, zapewnia im dobre warunki do grania. Jest powściągliwy i wrażliwy, więc daje aktorom szansę, by sami weszli w role, przynajmniej na etapie przygotowań. Natomiast kiedy już gramy daną scenę, ma jej konkretną wizję i jego przesłanie jest bardzo wyraźne.

Czytał pan książkę przed przystąpieniem do pracy na planie?

Widziałem wiele filmów, które powstały na podstawie powieści Johna le Carré. Zazwyczaj czytam książki niebeletrystyczne, więc nie znam całej jego twórczości, ale lubię jego sposób pisania. Jednymi z najlepszych seriali, jakie zdarzyło mi się obejrzeć, byli „Ludzie Smiley'a” oraz „Szpieg”. Były genialne! Są tu nagłe zwroty akcji, co chwila inny bohater wzbudza twoją sympatię, zaczynasz się zastanawiać, który z przedstawionych punktów widzenia jest tym słusznym, a na koniec wszystko łączy się w jedną sensowną całość.

Praca wywiadu bardzo zmieniła się po 11 września 2001 r. Czy podczas pracy nad filmem miał pan wrażenie, iż dowiaduje się czegoś nowego na ten temat?

Wcielam się w postać angielskiego bankiera, a konkretnie bankiera operującego na międzynarodowym rynku. Na pewno dowiedziałem się czegoś więcej o Hamburgu. To niezwykle „angielskie”, bardzo bogate miasto, będące prawdziwym centrum finansowym. Sądzę, że nauczyłem się też trochę o świecie bankowości. Natomiast jeśli chodzi o pracę wywiadu, to jest ona pokazana poprzez postać Philipa Seymoura Hoffmana. Po 11 września zaczęło to wyglądać tak: gdy na radarze wywiadu pojawia się jakaś postać, zaczyna być obserwowana. Ale istotne jest przede wszystkim pytanie: co dalej? Tu tkwi clou całej tej opowieści. Czy należy tej osobie pozwolić na swobodne działanie, by zrobiła, co ma zrobić, i przyłapać ją na gorącym uczynku? Czy zapobiegać wydarzeniom i wkroczyć, zanim wzięty pod lupę człowiek zrobi swoje? A może jest on niewinny? Trzeba się zdecydować, czy polujemy na płotkę, czy też podążamy za nią, by ustrzelić grubą rybę. Na tym właśnie polega cała ta szpiegowska „zabawa”.

Jak podszedł pan do swojej postaci? Wzorował się pan na konkretnej osobie?

Tak. Świat jest pełen różnych ludzi, z różnych klas społecznych, mówiących z różnymi akcentami, więc miałem nadzieję, że znajdę kogoś podobnego do Tommy'ego Brue. Gdy to się udało, poprosiłem go, by przeczytał wszystkie dialogi. Starałem się później odtworzyć jego manierę językową. Z czymś takim nie można po prostu udać się do nauczyciela akcentu, czy też oprzeć się na znanych językowych stereotypach, ponieważ to bardzo specyficzny sposób mówienia. Osoba, którą znalazłem, ma za sobą zbliżoną do mojego bohatera historię. Może to Anglik, może Szkot. Na pewno mieszkał wiele lat za granicą, więc jego angielszczyzna ma pewne smaczki. Oddanie tego specyficznego stylu było dla mnie szczególnie ważne.

Gdy widzimy pana bohatera po raz pierwszy, sprawia on wrażenie niezwykle opanowanego, dobrze ubranego, noszącego się z pewną wyższością. W miarę rozwoju fabuły jego mowa ciała ulega całkowitej przemianie. Czy właśnie taki był pana zamiar?

Tak. On ma potężną władzę, kieruje odnoszącym sukcesy bankiem. Ale w pewnym momencie widzimy, że nie jest to człowiek bez problemów. Widać to zwłaszcza w jego relacjach z postacią graną przez Rachel McAdams – to sytuacja, która wzbudza w nim wielkie poczucie winy. Jego życie nie toczy się tak, jakby sobie tego życzył, pomimo licznych przywilejów. Nakręciliśmy też kilka scen związanych z jego córką. Nie znalazły się w końcowej wersji filmu, ale warto było nad nimi pracować, ponieważ miały wpływ na to, jak odtwarzałem postać Brue. Zacząłem postrzegać go jako całość, a sceny z nim nabrały spójności.

Wiele postaci w filmie uczestniczy we wszystkich tych wydarzeniach niejako mimo woli.

Tak, prawie wszyscy.

Muszę przyznać, że pana bohater budzi moje współczucie.

To bardzo sympatyczna i lekko dziwaczna postać, zresztą właściwie wszyscy w tym filmie są sympatyczni. I biorą w tym wszystkim udział mimo woli. Brue jest poniekąd zmuszony do współpracy, znajduje się w niekorzystnym położeniu i nie ma wyboru. Ale zanim odwiedzą go agenci wywiadu, widzimy wyraźnie, że pracuje w biznesie, którego pewne obszary są moralnie wątpliwe. Brue jest człowiekiem bogatym, a do takiego bogactwa zazwyczaj dochodzi się, wyrządzając kilka krzywd po drodze. I właśnie to będzie go na koniec prześladować.

W jednym z wywiadów Anton Corbijn powiedział, że bohaterowie filmu są bardzo samotni. Jak to wygląda w przypadku pańskiej postaci?

Brue odciął się od swojej przeszłości, rodziny, żony. Ale stara się postępować w sposób właściwy, idzie do przodu. Ma wątpliwości co do winy głównego bohatera. Jest zupełnie sam i za każdym razem, gdy się przed kimś otwiera, widać, jak wiele kiedyś przeszedł. Faktycznie chyba wszyscy bohaterowie są tu samotni. W ich działaniach widać próbę wypełnienia jakiejś luki. Mamy więc czysty idealizm Rachel McAdams, problemy z religią u muzułmanów, skomplikowane moralnie dylematy Philipa. Nawet niektóre z postaci „trzecioplanowych” są w konflikcie same ze sobą, co również czyni je samotnymi, ponieważ nie mają do kogo zwrócić się o poradę czy pocieszenie.

Czy realizowanie zdjęć w obcym mieście miało wpływ na grę aktorską?

Nie wyobrażam sobie, by ta historia mogła dziać się gdziekolwiek indziej. Klimat tego miasta przydał filmowi autentyczności. Hamburg jest niezwykle barwny, od ubiorów począwszy, na detalach architektury skończywszy. Wszystkie te elementy tworzą złożoną całość. Hamburg jest szczególnym miastem. John le Carré zna to miasto bardzo dobrze, ponieważ pełnił tam służbę przez szereg lat.

Która ze scen najbardziej zapadła panu w pamięć?

Cieszyły mnie sceny w biurze, które mieściło się w przepięknym budynku. W równie dobry humor wprawiały mnie krótkie ujęcia w moim domu czy też współpraca z Rachel i Philem.

Spotkał się pan z nimi już wcześniej?

Nie. Oczywiście miałem okazję widzieć Philipa tu i tam przez te wszystkie lata, ale nie znałem go osobiście. Choć mieszkaliśmy obok siebie, mieliśmy wielu wspólnych znajomych i pracowaliśmy razem w teatrze, nasze drogi nigdy wcześniej się nie skrzyżowały.

Tylu świetnych aktorów zebranych razem w obcym mieście to przepis na katastrofę. Czy nie dziwiło pana, jak Antonowi udało się zebrać tę prawdziwie królewską obsadę?

Rzeczywiście, była to międzynarodowa mieszanka, przy czym wszyscy znajdowali się na obcym gruncie. Nawet niemieccy aktorzy posługiwali się na planie angielskim i występowali w filmie okraszonym elementami rodem z Hollywood. Ja jestem do tego przyzwyczajony, brałem udział w wielu filmach o podobnym klimacie. Ale wydaje mi się, że gdy tożsamość filmu jest tak złożona – film produkcji angielsko-niemieckiej, w reżyserii Holendra i w amerykańsko-niemiecko-irańskiej obsadzie – nikt nie myśli o swojej pozycji w tej hierarchii, lecz po prostu robi swoje.

Czy filmy stają się produktami międzynarodowymi, czy też ten projekt jest wyjątkiem?

Brałem udział w wielu filmach, do których zdjęcia kręcono w międzynarodowych lokalizacjach; dotyczy to również amerykańskich produkcji. Chyba po prostu przyciągam takie rzeczy. Mam wyjątkowe szczęście trafiać na podobne projekty, więc nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie obiektywnie. Mam jednak nadzieję, że taki proces faktycznie ma miejsce. Ja osobiście uwielbiam oglądać filmy z wykonawcami, których życia prywatnego, czy domniemanych zarobków nie znam z tabloidów. Lepiej mi się też w takich filmach gra. Można wtedy rozebrać pracę aktora na czynniki pierwsze i dotrzeć do sedna, a to jest kluczem do uniknięcia zblazowania i dekadencji (śmiech). 

Są reżyserzy, z którymi pracował pan kilkakrotnie – Wes Anderson, Lars Von Trier. Czy teraz będzie pan aktorem ze stajni Antona Corbijna?

To już zależy od niego. Lubię spędzać czas w jego towarzystwie. Zdecydowanie chciałbym z nim jeszcze pracować. To świetny artysta, a dobrze jest przebywać wśród ludzi, którzy cię inspirują i popychają ku nowym wyzwaniom, tak jak on. Zrobiliśmy razem świetny film, więc z przyjemnością wszedłbym ponownie do tej samej rzeki.

Rozmawiał: Andrew Stype

Tłumaczyła: Joanna Krawczyk

O filmie:

Od ataku na World Trade Center minęło dziesięć lat. Służby wywiadowcze w całej Europie nadal tropią groźnych islamistów. Do Hamburga, uznawanego za jedną z głównych siedzib terrorystów, przedostaje się młody Czeczen, Issa (Grigorij Dobrygin). Jego przyjazd natychmiast wzbudza niepokój kontrwywiadu niemieckiego oraz brytyjskiego. Tajemniczy mężczyzna rości sobie bowiem prawo do gigantycznej fortuny zdeponowanej przed laty w prywatnym banku. Służby podejrzewają przybysza o wspieranie terroryzmu. W przygotowanej przez nie prowokacji, role do odegrania będą mieć nie tylko agenci. Do rozgrywki przystąpi także młoda idealistka, prawniczka Annabel Richter (Rachel McAdams) i leciwy bankier Tommy Brue (Willem Dafoe), który jako jedyny ma dostęp do podejrzanego konta. Rozpoczyna się walka wywiadów i wyścig, którego stawką jest międzynarodowe bezpieczeństwo.