„Eastern Boys” przekracza granice dokumentalnej rejestracji dworcowego życia. Cinema verite flirtuje z kryminałem, ten zaś łączy się z melodramatem.

W otwierających scenach Robin Campillo łapie szum dworcowej pol i fo n i i . Bezdomni i biznesmeni, pomiędzy nimi chłopcy w opiętych spodniach wymieniający się dopiero co skradzionym towarem, wewnątrz dworcowej kakofonii stoi zaś samotny mężczyzna. W sile wieku, całkiem przystojny (dobra, odważna rola Oliviera Rabourdina). Korzystając z gejowskiego radaru – „gejdaru” – bezbłędnie wyławia jemu podobnych. Jeden z chłopców, Marek (surowy Kiriłł Emeljanow), szczególnie mu się podoba. Daniel waha się, podejść czy zawrócić, zapytać o cennik czy uciec do domu i czym prędzej zapomnieć. Pyta, umawia się. W tym momencie stylizowana na dokument gejowska narracja zamienia się w kryminał. Marek przyjdzie, ale w towarzystwie. Jest członkiem gangu złożonego z mężczyzn pochodzących z dawnych republik radzieckich. Szantażują facetów umawiających się z nimi na seks, przy okazji dokonują rozbojów i włamań.

Nieprzypadkowo Campillo od wielu lat jako scenarzysta współpracuje z Laurentem Cantetem, jednym z czołowych twórców nowego kina francuskiego, mistrzem filmowej ambiwalencji. Idzie jego śladem, nic w „Eastern Boys” nie jest oczywiste. Straty materialne nie są w stanie wygrać z potrzebą najpierw erotycznej, następnie uczuciowej kompensaty. Więź Daniela z Markiem zaczyna się zacieśniać. Świetnie sytuowany facet staje się sponsorem, opiekunem, wreszcie kochankiem chłopca. A kiedy film zaczyna dryfować w kierunku gejowskiej soap opery, reżyser kolejny raz zmienia stylistyczny wektor, różnicując nie tylko odcienie uczuć łączących mężczyznę z chłopcem, lecz także finalny wydźwięk filmu zamieniający melodramat w mocno osadzoną w społecznych realiach socjologiczną sondę na temat etnicznych mniejszości. Nie tylko w tym kontekście imponująca jest praca twórców nad portretami bohaterów. Każdy z chłopców, nawet w drugo- lub trzecioplanowych rolach, zyskuje przypisaną sobie barwę emocjonalną. Przystojny szef gangu to taki sam słabeusz jak pozostali, zgrywa się mocniej, żeby zneutralizować głód lepszego życia, na które nie zasłużył. Warunki, w jakich funkcjonuje, mieszkając z partnerką i dzieckiem w nędznym pokoju, w hotelu z wyznaczonymi komunalnymi zonami dla obcokrajowców, każą domyślać się, że jest tylko pionkiem w mafijnej hierarchii. Dwuznaczny jest także Karol i jego patron, a niby pozytywny finał wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Campillo zadaje przecież niewygodne, z perspektywy naszego kraju wręcz bulwersujące pytania, bada granice kulturowego przyzwolenia: czy były kochanek może być aktualnym ojcem, czy spryt płynnie przechodzi w fazę oddania i miłości, co znaczy empatia albo jej brak?