„Bardzo często można dziś usłyszeć, że PRL to był kraj mlekiem i miodem płynący. Jako człowiek, który wtedy już świadomie żył, odpowiedzialnie mówię, że to nonsens” – mówi Jerzy Sosnowski, autor ukazującej się właśnie powieści „Spotkamy się w Honolulu”.
Powiedział pan kiedyś, że lubi, by powieść zawierała w sobie kilka mniejszych powieści, miała wiele wątków. Jako pisarz słynie pan z zawikłanych fabuł, chętnie operuje aluzjami. Ufa pan, że czytelnik potrafi je wszystkie wychwycić?
Ufam części czytelników. Staram się nie wyobrażać sobie jednego czytelnika, a jeśli już to robię, to takiego, który oczywiście wszystko będzie chwytał w lot. Ale zdaję sobie sprawę, że książka powinna być tak skonstruowana, żeby dawała się odczytywać na wielu poziomach i nie wymagała od każdego posiadania tej wiedzy, którą ma autor. Zwłaszcza, że on jest w sytuacji uprzywilejowanej: mógł zapytać, coś sprawdzić, wyszperać. Nie może mieć potem pretensji, że czytelnik nie chwycił każdej aluzji w tekście.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.