Kilka żartów i ładnych pocztówkowych ujęć nie ratuje „AmbaSSady” Juliusza Machulskiego.
Zachowam się co najmniej nieelegancko i zapytam, kiedy reżyser „Seksmisji” nakręcił swój ostatni dobry film? Ale nie taki, na którym uśmiechaliśmy się półgębkiem albo przyznawaliśmy, że to takie sobie, ale przynajmniej sprawnie skręcone. Za to taki, co wytrzymywałby porównanie, jeśli nie z oboma „Vabankami”, to przynajmniej z „Kingsajzem”, niegdyś uznanym za rzecz w dorobku artysty zdecydowanie słabszą. Jestem nieelegancki, bo na pewno nie będzie to „Kołysanka” ani „Ile waży koń trojański”. Nieco lepszy „Vinci” jednak też nie, o „Superprodukcji” oraz „Pieniądze to nie wszystko” nie wspominając. Wychodzi na to, że „Kiler” z roku 1997. Szesnaście lat minęło…
„Ambassada” wypada nieco lepiej niż makabryczna „Kołysanka” i wysilony „Koń trojański”, ale wciąż są to co najwyżej Machulskiego stany średnie. Szkoda, bo była tym razem nadzieja na komedię brawurową. Machulski bowiem ni mniej, ni więcej, tylko wychodząc od absurdalnego zbiegu okoliczności, postanowił pokazać świat bez II wojny światowej, udaremnionej przez sympatyczną i rezolutną bohaterkę. Magda Grąziowska, niegdyś Zosia w świetnym „Panu Tadeuszu” Mikołaja Grabowskiego w krakowskim Starym Teatrze, w roli Melanii kradnie show bardziej utytułowanym kolegom i staje się kolejnym filmowym odkryciem Machulskiego. Czego nie można powiedzieć o obsadzonym w roli Ribbentropa Nergalu. Jemu zapłacono, aby był sobą. No to był.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.