„W imię…” to film problematyczny. Małgorzata Szumowska potwierdza w nim pozycję jednej z najinteligentniejszych i najbardziej utalentowanych twórczyń polskiego kina. Jednocześnie jednak wciąż nie potrafi wspiąć się na wyżyny osiągnięte przy okazji „33 scen z życia”.
Nowy film sytuuje się, niestety, bliżej nieudanego „Sponsoringu”. W pogoni za chwytliwym tematem Szumowska po raz kolejny traci z oczu sens opowieści. „W imię” pozostaje efekciarskie i nieszczere, jak wieczorny pacierz dukany ku zadowoleniu troskliwych rodziców. Porażka wydaje się dotkliwa tym bardziej, że są w filmie elementy zasługujące na docenienie. „W imię…” imponuje choćby klasą roboty operatorskiej i chwytliwą ścieżką dźwiękową, której ozdobę stanowi szlagier zespołu Band of Horses. Główny kłopot z filmem Szumowskiej polega jednak na tym, że jego największe atuty równie dobrze można zinterpretować jako najpoważniejsze wady. Piękne zdjęcia i muzyka służą Szumowskiej do wątpliwego etycznie estetyzowania prowincjonalnej brzydoty.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.