Autopromocja

Salman Rushdie "Szatańskie wersety" - recenzja

Salman Rushdie "Szatańskie wersety"
Salman Rushdie "Szatańskie wersety"Media
14 czerwca 2013

"Szatańskie wersety" Salmana Rushdiego, prowokacyjny symbol wolności słowa, właśnie ukazuje się u nas w nowym przekładzie.

„Szatańskie wersety” ukazały się w Polsce po raz pierwszy (i do niedawna ostatni) w 1992 r. nakładem nieistniejącego już obecnie od lat wydawnictwa Phantom Press. Czarna okładka, na niej wyłącznie nazwisko autora i tytuł, lekki, śmieciowy papier, brak nazwiska tłumacza, brak bliższych danych w stopce redakcyjnej. Mniej więcej w tym samym czasie – a był to czas dla rynku księgarskiego dość westernowy – opublikowano również półlegalnie „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, co więcej, te książki, „Szatańskie wersety” i „Moja walka”, były do siebie wizualnie podobne i często leżały obok siebie na straganach (mowa przecież o epoce straganów) wyeksponowane niczym cenne cymelia, niejednokrotnie ciasno owinięte folią spożywczą, żeby klienci nie macali bez potrzeby. Trudno o większą ironię. Oto wyznania nazistowskiego dyktatora, który gromił „sztukę zdegenerowaną”, podczas gdy jego ludzie usypywali z zakazanych książek płonące stosy, spoczywały grzecznie obok powieści, którą w wielu krajach publicznie palono, zaś na jej autora ajatollah Chomeini wydał wyrok śmierci za rzekome bluźnierstwo. Zdarza się.

We wspomnianym 1992 r. nie byliśmy w zasadzie zdolni zrozumieć, o co chodzi z tymi „Szatańskimi wersetami” i aferą, jaka się wokół nich rozpętała. Świat po końcu zimnej wojny dopiero szukał nowych definicji, ZSRR zmarł po cichu w kniejach Puszczy Białowieskiej, Francis Fukuyama ogłaszał „koniec historii” i ostateczny triumf liberalnej demokracji rynkowej, a Polacy odkryli, że mają w portfelach pieniądze, za które są w stanie coś kupić. Skoro mogliśmy wreszcie pomarzyć o akcesie do pierwszego świata, to cóż nas obchodził świat trzeci? Skoro mogliśmy wreszcie bez ograniczeń wierzyć w naszego katolickiego Boga, to cóż nas obchodziły problemy jakiegoś Hindusa z Allahem? I w ogóle – co, do jasnej cholery, mają wspólnego Hindusi z Allahem? Brakowało kontekstu, by książkę Rushdiego potraktować jako coś więcej niż tylko skandalizującą ciekawostkę. „Szatańskie wersety” pozostały powieścią, którą mało kto uważnie przeczytał, powieścią o sławie głównie plotkarskiej – bohaterem tej plotki był ukrywający się krępy okularnik z opadającą powieką, pisarz o bliżej niesprecyzowanej azjatyckiej proweniencji, jego proza, w której zmieszał z błotem Proroka i islam, oraz tłum wściekłych, brodatych imamów żądających, by pisarza zgładzić.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.