Dzieciństwo Adasia Miauczyńskiego było piekłem czy rajem?

Michał Koterski: I piekłem, i rajem. Sam w dzieciństwie przeżyłem mnóstwo wspaniałych rzeczy - zabawy, latanie z kolegami, ganianie dziewczyn, pierwsze miłości. Prócz tego były też chwile piekła: wstydu, onieśmielenia, upokorzenia. Na przykład źle wspominam chodzenie do szkoły. Panicznie się tego bałem. Nie dlatego, że nie lubiłem szkoły, ale lękałem się, że mnie wezwą do odpowiedzi. Jakbym się nie uczył, zawsze o czymś zapominałem albo się myliłem. Bałem się oceniania i każda reakcja, każdy śmiech, mnie zabijały. Wszyscy byli lepsi ode mnie, wiedzieli, co chcą w życiu robić, a ja nie miałem pojęcia, jak to moje życie będzie wyglądać, jak będę żył, skoro nawet nie radzę sobie przy tablicy.

Teraz już wiesz, co chcesz robić?

Reklama

Zostałem obdarzony przez Boga łaską, i tą łaską paradoksalnie stały się wszystkie moje porażki, czego, przeżywając je, nie rozumiałem. Miałem żal do Boga i przeklinałem go w myślach. Pytałem go, za co spotykają mnie takie kary. Dopiero teraz, po czasie, wiem, że to, co mnie spotkało, to jednak była nagroda. Gdyby nie te porażki nigdy nie nauczyłbym się pokory. Nie nauczyłbym się doceniać tego, co w życiu ważne. Nie byłbym gotowy na prawdziwy związek. Teraz jestem głową rodziny, opiekuję się narzeczoną i synem. Musiałem dostać po tyłku, żeby do tego dojrzeć.

Zanim narodził się Fryderyk, chciałem być doskonały. Zafiksowaliśmy się z moją partnerką, że musimy być najlepszymi rodzicami, że nie możemy popełnić żadnego błędu. Staliśmy się więźniami własnego perfekcjonizmu, aż do chwili, gdy nasz przyjaciel powiedział nam, że możemy jedynie spróbować być wystarczająco dobrzy. I zrozumieliśmy, że jeśli będziemy przy swoim dziecku cały czas idealni, to ono nigdy nie da sobie prawa do błędu. Wtedy przestałem się bać płakać przy dziecku; pomyślałem, że to dla niego może być dar. Mój ojciec nieraz przy mnie płakał i to było coś wspaniałego, choć wtedy pytałem go: tato, kto tu jest synkiem, a kto tatą? A to było coś niesamowitego, że role w różnych momentach naszego życia się odwracały i ja też mogłem go wspierać na swoim ramieniu.

Reklama

Film powstawał, kiedy oczekiwałeś narodzin dziecka. Jak duże miało to znaczenie dla ciebie-aktora i ciebie-ojca?

Czytając scenariusz po raz pierwszy, byłem przerażony. Miałem dreszcze, wręcz mnie od niego odrzucało. Wiedziałem, że niedługo na świecie pojawi się moje dziecko i miałem łzy w oczach, gdy pomyślałem, że mój syn będzie musiał się zmagać z tym wszystkim, o czym jest "7 uczuć". Nie mogłem sobie z tym w ogole poradzić. Cierpiałem przy tym scenariuszu. Bałem się, że to mnie zmiażdży emocjonalnie. Teraz, gdy film już powstał, myślę o wszystkich pozytywnych uczuciach, które wywołuje u widzów - w tym o śmiechu.

To chyba jednak, podobnie jak w przypadku poprzednich filmów twojego ojca, raczej śmiech przez łzy.

Ludzie się śmieją na "7 uczuciach", ale im bliżej końca filmu, tym tej wesołości jest mniej. Przy ostatnich scenach na sali jest cisza. To jest jak mówisz - śmiech przez łzy. Tak samo było przecież z "Dniem świra", długo określanym jako komedia. Teraz ludzie mówią, że ten film w nich dojrzewał i dopiero z czasem zaczęli go naprawdę rozumieć. Myślę, że z "7 uczuciami" będzie tak samo.

Jak się odnalazłeś w roli legendarnego Adasia Miauczyńskiego? Musiałeś się w końcu zmierzyć z postacią-legendą.

Od zawsze żyłem Miauczyńskimi i ta postać weszła mi pod skórę, choć nie do końca miałem tego świadomość. Od małego kochałem się w filmie. Rzeczywistość już w dzieciństwie była dla mnie nie do przyjęcia. Ta filmowa była piękniejsza od tego, co mnie otaczało. Zawsze chciałem, żeby moje życie było jak film. Nigdy nie byłem w stanie patrzeć na filmowych bohaterów jako na normalnych ludzi, dla których aktorstwo jest tylko zawodem. Więc kiedy przyszedł do nas do domu Piotr Fronczewski i mama nalała mu pomidorowej, to ja byłem poruszony, że pan Kleks je z nami obiad! Tyle mnie to wtedy emocji kosztowało, że ten pan Kleks u nas, że je u nas pomidorową, że kiedy mama dała mi knedla, to ja go ze stresu zwymiotowałem. Tak samo było, kiedy ojciec poznał mnie z Bogusławem Lindą. Przecież to nie był żaden Linda, tylko Franz Maurer!

Kandydatów na Miauczyńskich wybierałem z ojcem. Przy "Nic śmiesznego" zaproponowałem mu Cezarego Pazurę, który był wtedy po "Psach". Podobnie było z Markiem Kondratem, kiedy rozmawialiśmy o jego powrocie do roli Adasia w "Dniu świra". Ojciec zastanawiał się nad Bogusiem Lindą, a ja byłem wtedy zakochany w Kondracie. Ojciec w to wszedł, tak jak wszedł w Woronowicza, wtedy po roli Popiełuszki. Ja po prostu wiedziałem, że to oni mają być Adasiami. Teraz ja nim jestem, choć paraliżowała mnie myśl, że mam zagrać Miauczyńskiego po takich nazwiskach jak Marek Kondrat, Cezary Pazura, Wojciech Wysocki.

Podobno dzięki "7 uczuciom" zrozumiałeś, co chcesz w życiu robić i jak chcesz żyć.

To się stało już wcześniej. Miałem taki moment, kiedy wszyscy mnie chcieli, wszędzie byłem, dosłownie wypadałem z lodówki. Wydawało mi się, że to wystarczy, żeby być gwiazdą. Życie to szybko zweryfikowało i pokazało mi, że najszybciej z nieba spadają właśnie gwiazdy. Ojciec mi wtedy powiedział, że telewizja to nie jest dobry kierunek i że jeśli chcę być aktorem, to powinienem grać w teatrze. Poszedłem na lekcje śpiewu, dykcji, ustawiania głosu. Prawdziwą "karierę" zacząłem od roli Stanleya w kultowym "Mayday 2" w warszawskim Teatrze Palladium. Ten spektakl to hit od kilkudziesięciu lat, jest grany na całym świecie, w Polsce w Stanleya wcielał się m.in. Artur Barciś. Ja chciałem zrobić to tak, jak jeszcze nikt. I udało się, zrobiłem to po swojemu. Potem przyszły role w "Śnie nocy letniej" boga opery Michała Znanieckiego, w jego "Historii Żołnierza" na podstawie Vonneguta.

Dopiero po tym ojciec zaproponował mi rolę Adasia Miauczyńskiego. Nie było tak, że ta propozycja przyszła do mnie bez pracy. Kiedyś mi się wydawało, że jak ja się będę czochrał po telewizjach, błyszczał i robił z siebie pajaca, to już zawsze będę gwiazdą. Życie mi pokazało, że wszystko, co ma jakąś wartość, jest okupione ciężką pracą. Kiedy dostałem rolę Miauczyńskiego, o czym zawsze marzyłem, na początku czułem radość, a potem przerażenie, co ludzie powiedzą. W Internecie jest wiele komentarzy tych, którzy nie widzieli filmu, ale są oburzeni obsadzeniem idioty Koterskiego. Dlaczego to on gra Miauczyńskiego, skoro zawsze jakiś wielki aktor grał. Zapracowałem sobie na taką opinię, ale mam nadzieję, że ludzie pójdą do kina i zrozumieją, że zasłużyłem, żeby w tym zagrać. Że obsadził mnie nie mój ojciec, ale reżyser Marek Koterski. Zresztą kiedy zaproponował mi rolę to się do niego przez miesiąc nie odzywałem, bo zwyczajnie się bałem. Ojciec wtedy powiedział, że gdyby nie był przekonany, że sobie poradzę, to zwyczajnie by mi tego nie zaproponował.

Jak głęboko dokopałeś się do swojej dziecięcości dzięki "7 uczuciom"?

Marcin Dorociński powiedział mi, że cieszy go praca przy tym niezwykłym projekcie, bo coś takiego już nigdy nie wydarzy się w jego życiu. To mnie natchnęło i pomyślałem, że nasi bohaterowie są dziećmi, ale wcale nie musieliśmy ich grać. Cały czas jesteśmy dziećmi, tylko udajemy dorosłych. Wciskamy się w ramy, zakładamy maski. Jesteśmy więźniami naszych własnych ograniczeń. Dopiero jak jesteśmy sami, to sobie chlipiemy sobie gdzieś w kąciku.

Na planie "7 uczuć" znaleźli się wspaniali aktorzy, którzy zrzucili wszystkie maski. Dzięki temu powstało coś niesamowitego, szczerego, pięknego. Myślę, że gdyby nie ich dojrzałość, to w filmie byłoby czuć fałsz. A to jest wielkie dzieło właśnie dzięki temu, że aktorzy zdobyli się na odwagę, żeby pokazać prawdziwych siebie - ze swoimi lękami, smutkami, frustracjami, pragnieniami, miłościami. Wszyscy wiemy, że taka okazja, na taką szczerość, już nam się nigdy więcej nie przydarzy.

Marek Koterski rozpisał dokładnie wszystkich bohaterów "7 uczuć" - ich biografie, motywacje, emocje. Co było w opisie twojej postaci, kim jest twój bohater?

Po tym, jak wyzwoliłem się z porównywania od innych Adasiów, pomyślałem, że muszę wykreować swojego Miauczyńskiego. Opowiedziałem ojcu, jak widzę swojego bohatera. Ojciec przygotował dla mnie rozpiskę postaci, ale zaufał mojej intuicji. Myślę zresztą, że Miauczyńskich jest tylu, ilu aktorów - ba, ilu ludzi na świecie. Zrozumiałem to po "Dniu świra", kiedy nawet kobiety mówiły, że to film o nich. W każdym z nas jest cząstka Miauczyńskiego, każdy z nim się może w jakimś stopniu identyfikować.

Wykorzystałeś coś z tego, co zasugerował ci ojciec?

Brakowało mi przeszłości Adasia Miauczyńskiego, nie umiałem jej w sobie odnaleźć. Staram się czerpać z siebie, a gdy pracowałem nad filmem byłem w cudownym momencie życia. Wiedziałem, kim jestem, robiłem, co chciałem, czekałem na narodziny syna, a miałem grać niepoukładanego, nieszczęśliwego gościa. Ojciec kazał mi zobaczyć "Życie wewnętrzne" z Wojtkiem Wysockim i powiedział, że tam jest przeszłość mojej postaci. Dzięki historii faceta, któremu rozpadła się rodzina, udało mi się zbudować tę postać. Zrozumieć, kim jest, co przeżył i z czego wynika jego problem - z nieumiejętności życia z innymi ludźmi, która wykształciła się w dzieciństwie.

Film bywa przez niektórych odbierany jako próba rozprawy Marka Koterskiego z własnym ojcostwem, choć reżyser się do tego nie przyznaje. Czy ten film zmienił coś w twoich relacjach z tatą?

Myślę, że może większy wpływ na nasze relacje mogły mieć filmy, w których grałem Sylwusia. Adam Miauczyński był tam alter ego mojego ojca. Adaś Miauczyński w "7 uczuciach" to osobny byt, w żaden sposób nie identyfikuję go ze swoim życiem. W rolę Adasia włożyłem całego siebie - upuściłem krwi, obnażyłem się, pokazałem swoje uczucia - ale to nie jestem ja. Myślę, że ojciec w tym filmie prędzej zmierzył się ze swoimi traumami z dzieciństwa. Jego pokolenie naprawdę nie miało lekko.

"7 uczuć" to też projekt rodzinny. Jesteś ty z tatą, jest żona taty Małgorzata Bogdańska, ale jest też Twoja partnerka - Marcela Leszczak.

Kiedy kręciliśmy Marcela była na początku ciąży, w jej brzuszku był mój synek Fryderyk. Mogliśmy się spotkać na planie jako rodzina. To było magiczne i symboliczne. Marcela wystąpiła w filmie w trudnej, intymnej scenie, a to nigdy nie są łatwe wyzwania. Tylko aktorzy wiedzą, że na planie nie ma szans na żadną delikatność, bo wszędzie naokoło są gadki, śmiechy. Myślę, że udało nam się pokazać całą naszą miłość, całe to ciepło. Myślę, że w filmie widać naszą bliskość i wyjątkowość momentu, w którym wtedy byliśmy w życiu.

Adaś Miauczyński w "7 uczuciach" przypomina sobie o emocjach, o których w dorosłości zapominamy. Jak sądzisz, na przypomnieniu którego z nich najbardziej powinniśmy się skupić?

Sam mam problem, zresztą myślę, że wszyscy mamy, z przeżywaniem uczuć. Jak odczuwamy radość, euforię, to od razu przecież dajemy w palnik. To wynika tylko z tego, że sobie nie radzimy. Wmawiamy sobie, że okazja wymaga uczczenia. Człowiek, który radzi sobie z emocjami, potrafi też przeżyć swoją radość. Daje sobie do niej prawo, nie odcina się substancjami.

Myślę, że nasze kompulsje - seksoholizm, zakupoholizm, pracoholizm - wynikają z naszych lęków. Uciekanie od uczuć jest w nas wpisane, robimy to na różne sposoby. Dlatego myślę, że jako dorośli nie tyle musimy sobie przypominać uczucia, przywoływać je, co po prostu pozwolić sobie na nie, na ich przeżywanie. Tego się trzeba ciągle uczyć na nowo i jeśli sobie tego nie uświadomimy, to zawsze będziemy uciekać. A po to są nam uczucia, żebyśmy je przeżywali.

Michał Koterski - charakterystyczny polski aktor filmowy i teatralny, znany m.in. z filmowych kreacji Sylwusia w "Dniu świra" , "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" i "Ajlawju" Marka Koterskiego. Prócz tego prezenter i showman.

Rozmawiała Martyna Olasz (PAP)