Po tym, jak słynny muzyk rockowy Neil Young usunął swoje albumy z serwisu streamingowego Spotify, by zaprotestować przeciwko udostępnianiu na platformie szerzącego dezinformację podcastu Joego Rogana, w środowiskach artystycznych wybuchł spór. Woltę Kanadyjczyka poparła jego rodaczka Joni Mitchell, autorka folk-rockowych protest songów. Ich bojkot nie uruchomił jednak lawiny podobnych gestów. Większość muzyków wybrała milczenie. Tylko nieliczni głośno wystąpili w obronie Spotify – jak David Draiman, wokalista heavymetalowej grupy Disturbed, który stwierdził, że platforma uratowała przemysł muzyczny przed finansowym upadkiem. „Wszyscy atakujący Spotify powinni sobie przypomnieć piractwo muzyczne i torrenty (…). Ucierpieli na tym artyści, wytwórnie, a przemysł muzyczny prawie upadł. Dopiero streaming przywrócił go do życia” – napisał w mediach społecznościowych Draiman.
To, że streaming okazał się remedium (choć niedoskonałym) na piractwo fonograficzne, nie jest niczym odkrywczym. Spójrzmy na Polskę. W latach 90., kiedy ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych zaczynała cywilizować rynek, nie było jeszcze YouTube’a, Facebooka czy Spotify. Dostęp do taniej muzyki oferował wtedy Stadion Dziesięciolecia, gdzie za 10 zł można było nabyć album dowolnego artysty – oczywiście z nielegalnego źródła. Muzyk nie miał z tego ani grosza, o czym przypomniała choćby dramatyczna odezwa Zbigniewa Hołdysa w intro do płyty „Holdys.com” z 2000 r.: „Jeżeli kupiłeś tę płytę od piratów, okradłeś mnie, moją rodzinę oraz przyjaciół, z którymi ją nagrałem”. Dziś wielbiciele muzyki mają znacznie więcej przystępnych opcji. – Słuchaczom nie opłaca się już kombinować i piratować nagrania. Owszem, wielu ciągle korzysta z darmowego YouTube’a i bezpłatnego konta Spotify Free, ale płatnych subskrypcji przybywa – zauważa Stanisław Trzciński, kulturoznawca i promotor koncertowy.