Reklama
Ambasady Federacji Rosyjskiej w niektórych europejskich stolicach będą miały w najbliższym czasie dodatkowy kłopot: konieczność zmiany adresu na oficjalnych pismach, wizytówkach i stronach interetowych. A to dlatego, że w związku z krwawą napaścią Rosji na Ukrainę w wielu miastach — choćby w Wilnie, Rydze, Pradze, Tiranie, także w Warszawie — mieszkańcy, radni, politycy zwrócili się do władz samorządowych o zmianę nazw ulic, przy których znajdują się rosyjskie przedstawicielstwa. W Rydze na Niepodległej Ukrainy, w Wilnie i w Pradze na Bohaterów Ukrainy. Posłowie polskiej Lewicy postulują, by działkę zajmowaną w Warszawie przez ambasadę RF odseparować geodezyjnie od ulicy Belwederskiej i nadać jej osobny adres: Obrońców i Obrończyń Ukrainy 2022. Najdalej poszły władze Tirany - na świeżo przemianowanej ulicy Wolnej Ukrainy (fragment ul. Doniki Kastrioti w samym centrum albańskiej stolicy) siedzibę ma nie tylko ambasada Federacji Rosyjskiej, lecz także ambasady Ukrainy, Serbii i Kosowa. Wojny adresowe - czy to imperialne, czy to w słusznej sprawie - to jednak nic nowego. Kiedy miałem 16 lat, skonał PRL. Jednym złożono euforyczną obietnicę świetlanej przyszłości, innym właśnie kończył się świat. Nagle zaczęły się też zmieniać nazwy ulic i placów. Było w tym coś z dziejowej sprawiedliwości, coś z zemsty, była to też próba legitymizacji odmiennego systemu symbolicznych odniesień.
Oczywiście na długo przed 1989 r. władza lubiła podkreślać swoją sprawczość, każąc nam chodzić po placu Adolfa Hitlera (tak w latach 1940-1945 nazywał się obecny pl. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie - zdążył w swojej historii być jeszcze m.in. pl. Saskim i pl. Zwycięstwa), mieszkać przy al. Stalingradzkiej (w latach 1952-1992 nazwa części ul. Jagiellońskiej na warszawskiej Pradze) czy przesiadać się na pl. Dzierżyńskiego (w latach 1951-1989 tak nazywał się obecny pl. Bankowy w Warszawie). Osobliwy emblemat tej nazewniczej kolonizacji - proszę wybaczyć stołeczną perspektywę - stanowiło parę ulic na tzw. ścianie wschodniej: ul. Henryka Rutkowskiego (dawniej i dziś Chmielna), ul. Władysława Hibnera (dawniej i dziś Zgoda) oraz ul. Władysława Kniewskiego (dawniej i dziś Złota). Owi trzej panowie byli komunistycznymi terrorystami, którzy w II RP, w 1925 r., zostali skazani na karę śmierci za udział w zamachu i krwawą strzelaninę z policją. Prawdę mówiąc, mało kto w Warszawie zdawał sobie z tego sprawę. Postrzegano te nazwy raczej jako emanację potęgi reżimu: oto władza jest tak potężna, że może dowolnego nieznanego człowieka uczynić patronem prestiżowej ulicy w śródmieściu stolicy.
Nazwy ulic mają to do siebie, że szybko stają się zastanym elementem rzeczywistości. Stary i nowy ład - choć antagonistyczne - przenikają się tak samo jak różne pamięci historyczne. Znam ludzi, którzy w Warszawie wciąż jeżdżą na pl. Leńskiego (Hallera), al. Świerczewskiego (Solidarności) czy pl. Komuny Paryskiej (Wilsona). Od biedy spod własnego bloku na Pradze dałbym radę odbyć podróż przez całe miasto wyłącznie „po starych nazwach”. Zarazem zdarza mi się „lecieć Prymasem” czy „Janem Pawłem”, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Swoją drogą, al. Prymasa Tysiąclecia przed 1990 r. nazywała się al. Rewolucji Październikowej.
Być może niedługo czeka nas kolejna batalia o zmiany nazw ulic. Sygnalizuje to niedawny spór o przemianowanie ronda Romana Dmowskiego na rondo Praw Kobiet.

Reklama
Niezależnie od tego, czy znów wystąpi konieczność wymiany tabliczek i dokumentów, poruszamy się wciąż na znanym terytorium: adres to adres, każdy go ma. Czy na pewno? Otóż niekoniecznie: amerykańska prawniczka i publicystka Deirdre Mask podaje w swojej książce „Adresy. Co mówią nam o tożsamości, statusie i władzy”, że około 70 proc. wszystkich nieruchomości na świecie nie stoi przy żadnej nazwanej ulicy i nie ma żadnego numeru. Dotyczy to nie tylko najuboższych krajów, lecz także choćby prowincjonalnych regionów Stanów Zjednoczonych.
Mask przypomina nam o jeszcze jednym godnym podkreślenia fakcie: adres to stosunkowo niedawny wynalazek, owoc oświeceniowego pragnienia racjonalnego porządku oraz narodzin nowoczesnego państwa biurokratycznego. Zanim doszło to tej rewolucyjnej transformacji - motywowanej ostatecznie nie tylko chęcią poprawy jakości życia obywateli, lecz także potrzebą ich policzenia i zewidencjonowania (ktoś musi służyć w wojsku czy płacić podatki) - panowała nazewnicza wolna amerykanka. Albo było tak jak na Haiti po wielkim trzęsieniu ziemi w 2010 r., gdy próbowano nieść pomoc poszkodowanym: „Zgodnie ze standardami opieki medycznej przedstawiciele organizacji Lekarze bez Granic starali się zachować kontakt z pacjentami” - czytamy w książce. „Na początek wręczano im więc formularz, w którym należało wpisać imię, nazwisko, datę urodzenia, a także podać «miejsce zamieszkania», czyli adres. Ivan nazywa tę kolumnę «rubryką dziwnych treści». - Piszą na przykład: «Trzeba minąć drzewo mango i jeszcze kilka domów» - relacjonował”.
W starożytnym Rzymie również nie znano adresów, choć wedle różnych szacunków mieszkało tam 0,5-1 mln ludzi. Owszem, główne ulice miasta miały nazwy, ale tysiące pozostałych już nie. Jak sobie radzono? Naturalnie za pomocą wskazówek w rodzaju „drzewa mango”. Rzecz w tym, że w odpowiednio zróżnicowanej, przyjaźnie uformowanej przestrzeni miejskiej, pełnej charakterystycznych punktów odniesienia, zapachów i dźwięków taki chwyt może działać, zwłaszcza że - jak pokazuje dorobek neuronauki - nasze mózgi dysponują wyspecjalizowanymi narzędziami do orientacji przestrzennej: mapami mentalnymi, komórkami miejsca czy kierunku głowy. Spróbujcie jednak nie zgubić się, szukając punktów odniesienia na warszawskim Ursynowie czy krakowskim Kurdwanowie. Albo w dowolnym amerykańskim mieście bazującym na regularnej siatce ulic z monotonną zabudową. W pewnym sensie więc złożony, wielowarstwowy system adresowy jest rozwiązaniem problemu, który nowoczesność sama sobie stworzyła - racjonalizacja przestrzeni miejskiej przynosi nie tylko wygodę, lecz także nudę i dezorientację.
Deirdre Mask,„Adresy. Co mówią nam o tożsamości, statusie i władzy”,przeł. Agnieszka Wilga, Znak Literanova 2022 / nieznane
Książka Mask, wzorcowy przykład dobrze przemyślanej literatury popularnonaukowej, naświetla kwestię adresów z wielu perspektyw. Od strony epidemiologii (pokazując, w jaki sposób połączenie systemu adresowego z dobrą mapą i bazą danych medycznych pozwala wykryć źródło śmiertelnej zarazy) i praw człowieka (wyjaśniając, że prawo do adresu bywa jednym z nich - i ilustrując tę tezę świetnym reportażem ze slumsów Kalkuty, gdzie wolontariusze nadają umowne kodowe adresy ruderom z tektury i blachy falistej, co umożliwia ich mieszkańcom ubieganie się o kredyt, pójście do lekarza bądź posłanie dzieci do szkoły). Od strony polityki (opowiadając o tym, w jaki sposób spór o spuściznę południowoafrykańskiego apartheidu przenosi się na kłótnie o nazwy ulic) i samej rasy (paradoks: na południu USA dowolna ulica nosząca imię Martina Luthera Kinga niezawodnie wskazuje na centrum ubogiego afroamerykańskiego getta).
Nie jest to jednak książka fetyszyzująca postęp. Mask zauważa, że nie wszyscy chcą mieć adres, bo jego posiadanie jest dla nich równoznaczne z byciem namierzonym i sklasyfikowanym przez państwo, a w pewnych wersjach amerykańskiej tradycji wolnościowej jest ono - ze swoim programem oficjalnego inwigilowania obywateli - synonimem piekła. Kto nie ma stałego adresu, pozostaje w wielu przypadkach niewidzialny. Ale bywa i prześladowany.
Istnieją aplikacje generujące dla dowolnego kwadratu o boku 3 m na powierzchni Ziemi oznaczenie składające się z trzech słów, zdolne nadać unikalny, neutralny znaczeniowo adres każdemu skrawkowi ziemi na naszej planecie. Dla przykładu: w aplikacji what3words najwyższy polski szczyt, Rysy, leży w kwadracie wyżyny.mierzyć.sikorka, a słynny pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie to małpy.cudowna.pełno. Rozwiązuje to przy okazji także logistyczny problem tzw. ostatniej mili w krajach, gdzie systemy adresowe kuleją. Wielkie korporacje internetowe w rodzaju Google'a czy Facebooka również mają propozycje dla konsumentów chcących formalnie oznaczyć swoje miejsce zamieszkania. Autorka odnosi się wszelako do tych innowacji z umiarkowanym sceptycyzmem: „Wygenerowane cyfrowo oznaczenia pozwalają uniknąć kłótni - do których mam jednak sporo sympatii. Dzielą one wprawdzie społeczność na wrogie obozy, lecz bez nich trudno mówić o jakiejkolwiek społeczności. Generowane cyfrowo oznaczenia nie przyczyniają się do powstawania więzi społecznych. Tak naprawdę raczej ludzi dzielą, niż łączą. (...) Trzy słowa powiązane z twoim domem nijak się mają do trzech słów powiązanych z domem twojego sąsiada. Nie da się ich odgadnąć, gdy się na niego patrzy - trzeba zajrzeć do zewnętrznego źródła, czyli do aplikacji. (...) Jak twierdzi ekspert od adresów Graham Rhind, oznaczenia generowane w systemie what3words «nie zawierają połączeń między adresami a naszymi mapami mentalnymi», przez co adresy przestają należycie spełniać swoją funkcję. (...) Cyfrowe adresy tworzą uniwersum, w którym wszyscy jesteśmy pojedynczymi punktami na mapie, każdy na swojej wyspie o nazwie wygenerowanej przez korporację” - pisze Mask.
Niewykluczone, że to właśnie jest nasza przyszłość. Cieszmy się więc konfliktami o nazwy i adresy, póki jeszcze możemy.