Opis kryzysu, jaki dotyka hierarchiczną strukturę Kościoła, której jednym z najmocniejszych sygnałów jest wstrząsający raport komisji francuskiego episkopatu, rosnąca liczba ujawniających się osób skrzywdzonych i wreszcie coraz bardziej dostrzegalne powiązanie tego skandalu z klerykalizmem, wymusza głęboką zmianę instytucjonalną, organizacyjną, której początkiem musi być coś, co papież Franciszek określa zmianą perspektywy.
„Konieczna jest zatem zmiana mentalności w celu zwalczania postawy obronno-reaktywnej dla chronienia instytucji, na rzecz szczerego i zdecydowanego poszukiwania dobra wspólnoty, co da pierwszeństwo ofiarom nadużyć w każdym znaczeniu” - mówił papież Franciszek na zakończenie spotkania „Ochrona małoletnich w Kościele”. A jeszcze mocniej o tej niezbędnej zmianie perspektywy, o nawróceniu duszpasterskim wspominał w homilii wygłoszonej w czasie Mszy św. na tym właśnie spotkaniu abp Mark Coleridge. „Nawrócenie samo w sobie pozwoli nam dostrzec, że rany tych, którzy byli wykorzystywani, są naszymi ranami, że ich los jest naszym losem, że nie są naszymi wrogami, ale kością z naszych kości, ciałem z naszego ciała. Oni są nami, a my jesteśmy nimi. Tego rodzaju nawrócenie jest w rzeczywistości rewolucją kopernikańską. Kopernik udowodnił, że Słońce nie kręci się wokół Ziemi, ale Ziemia wokół Słońca. Rewolucja kopernikańska jest dla nas odkryciem, że osoby, które zostały wykorzystane, nie kręcą się wokół Kościoła, lecz Kościół wokół nich. Odkrywając to, możemy zacząć widzieć ich oczami i słyszeć ich uszami, a kiedy to zrobimy, świat i Kościół zaczną wyglądać zupełnie inaczej” - mówił.
(...) To wywraca do góry nogami postrzeganie, myślenie, również ocenianie. I tu pozwolę sobie przytoczyć osobistą historię, prywatne wspomnienie. To właśnie spotkania z ludźmi skrzywdzonymi, zranionymi (w tej sprawie, ale także w innych, bo wciąż rozmawiamy z kolejnymi osobami, które dotknięte są podobnymi zranieniami) stały się dla mnie miejscem nawrócenia, „epifanii twarzy”, by posłużyć się określeniem Emmanuela Levinasa, czasem, w którym przez oblicze innych wołające do mnie „nie rań mnie”, „nie zabijaj” - przyszedł do mnie Bóg. Od takiego spotkania, wysłuchania historii, wejścia w głębię traumy, krzywdy, zranienia, które wcale nie kończy się na osobach skrzywdzonych, ale rezonuje, odbija się, dotyka i rani nie tylko bliskich, ale i dzieci ofiar, zaczyna się nie tylko „nawrócenie duszpasterskie”, lecz także głęboka zmiana egzystencjalna, która sprawiła, że zacząłem spoglądać na Kościół, na jego problemy instytucjonalne, zupełnie inaczej.
Reklama
Klerykalizm chorobą Kościoła
Jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś zadał mi pytanie o to, co w istocie stoi za problemami związanymi ze skandalami seksualnymi w Kościele, odpowiedziałbym, że rewolucja seksualna roku ’68, brak odpowiedniej kontroli związany z reformami soborowymi czy wreszcie powiązania homoseksualne i ich tolerowanie. I choć obecnie zdaję sobie sprawę, że każda z tych kwestii pozostaje pewnym elementem układanki pozwalającej opisać rzeczywistość dramatu pedofilii klerykalnej, to mam już świadomość, że dalece nie wyczerpują one problemu. U podstaw kryzysu, który wcale nie zaczął się po roku ’68, ale ma o wiele głębsze korzenie - co ukazuje z całą mocą choćby raport francuski - leży z jednej strony klerykalne wyniesienie księdza ponad wspólnotę, przypisanie mu prerogatyw nieomal boskich, a z drugiej kwestia kompletnej niekontrolowalności władzy w Kościele. Ten problem klerykalizmu objawiający się w sprawowaniu władzy biskupów i pasterzy opisał jednoznacznie kard. Rubén Salazar Gómez. I te słowa warto przytoczyć w całości:

Reklama
„Często postępujemy jak najemnicy, którzy, widząc nadchodzącego wilka, uciekają i zostawiają stado bez opieki. I uciekają na wiele sposobów: próbując zaprzeczyć rozmiarowi przedstawianych doniesień, nie słuchając ofiar, ignorując szkody wyrządzone tym, którzy cierpią z powodu wykorzystania, przenosząc oskarżonych do innych miejsc, gdzie nadal dopuszczają się zbrodni wykorzystywania, lub próbując osiągnąć ugodę finansową, aby kupić milczenie. Działając w ten sposób, wyraźnie manifestujemy mentalność klerykalną, która prowadzi nas do źle rozumianego dobra instytucji Kościoła i umieszczenia go ponad cierpieniem ofiar i wymogami sprawiedliwości; do przedkładania uzasadnień sprawców ponad świadectwem osób poszkodowanych; do zachowywania milczenia, które ucisza krzyk bólu ofiar, byleby nie stawać twarzą w twarz ze skandalem publicznym, który może spowodować zawiadomienie władz cywilnych lub rozpoczęcie procesu; do przyjęcia środków, które przynoszą skutki przeciwne do zamierzonych i które nie uwzględniają dobra wspólnoty i najbardziej zagrożonych; do polegania wyłącznie na poradach prawników, psychiatrów i specjalistów wszelkiego rodzaju, zaniedbując głębokie poczucie współczucia i miłosierdzia; a nawet prowadzi do kłamstwa lub przeinaczania faktów, aby nie uznać strasznej rzeczywistości, jaka się z tego wyłania. Przejawem tej mentalności jest także tendencja do twierdzenia, że Kościół nie powinien podlegać władzy cywilnej jak inni obywatele, ale że możemy i musimy poradzić sobie z wszystkimi naszymi sprawami wewnątrz Kościoła wyłącznie za pomocą prawa kanonicznego, a nawet uznać interwencję władzy cywilnej za nadmierną ingerencję, która w czasach narastającego sekularyzmu wydaje się przybierać oznaki prześladowania za wiarę. Musimy rozpoznać ten kryzys w całej jego głębi i uznać, że szkody nie zostały dokonane przez osoby z zewnątrz, ale że pierwsi wrogowie są wśród nas, pośród biskupów, kapłanów, osób konsekrowanych, którzy nie sprostaliśmy wymaganiom naszego powołania. Musimy uznać, że wróg jest w środku. Rozpoznawanie i stawianie czoła kryzysowi - przezwyciężenie naszej klerykalnej mentalności - oznacza również, że nie minimalizujemy go, potwierdzając, że wykorzystywanie seksualne występuje na dużą skalę także w innych instytucjach. Fakt, że wykorzystywanie zdarza się w innych instytucjach i grupach, nigdy nie usprawiedliwia obecności wykorzystywania seksualnego w Kościele, ponieważ jest to sprzeczne z samą istotą wspólnoty kościelnej i stanowi potworne wypaczenie posługi kapłańskiej, która ze swej natury musi szukać dobra dusz jako swego najwyższego celu”.
Ten opis stawia przed nami nie tylko problem nawrócenia duszpasterskiego biskupów, ale także braku możliwości jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej nad hierarchą, który na terenie swojej diecezji staje się niemal „królem słońce”. To właśnie dlatego przez dziesięciolecia możliwe było tuszowanie, przekupywanie ofiar, przenoszenie sprawców na nowe parafie i w zasadzie brak możliwości pociągnięcia ich za to do odpowiedzialności. Niemiecka Droga Synodalna zwróciła uwagę na ten problem i zadała sobie pytanie o struktury władzy biskupiej. Nie powinno to być zresztą zaskoczeniem, bo sama została zorganizowana jako odpowiedź na skandal pedofilski w Kościele niemieckim. Raport zamówiony przez Konferencję Episkopatu Niemiec wykazał, że prawie 4,4 proc. wszystkich niemieckich księży, pracujących tam w latach 1945-2014, jest wiarygodnie oskarżonych o molestowanie seksualne dzieci i młodzieży. Ofiarami byli w większości chłopcy, a ponad połowa z nich nie miała więcej niż 13 lat. W co szóstym przypadku doszło do gwałtu. Jakby tego było mało, wiadomym jest, że biskupi tuszowali te sprawy, przenosili winnych na nowe parafie, przekupywali oskarżających. I właśnie ta sytuacja skłoniła katolików w Niemczech do postawienia pytania o odpowiedzialność biskupów, o katolickie struktury władzy i o to, czy rzeczywiście hierarchowie mają odpowiadać za swoje czyny jedynie przed Bogiem i papieżem?
Aby jednak taka dyskusja była rzeczywiście możliwa, konieczne było wprowadzenie w nią nie tylko samych biskupów, którzy w takiej sytuacji byliby sędziami we własnej sprawie, ale także świeckich. I właśnie dlatego zamiast synodu, w którym głos mieliby jedynie biskupi (a świeccy i szeregowi kapłani byliby jedynie obserwatorami czy doradcami), zorganizowano „drogę synodalną”, w której uczestniczy dokładnie tyle samo ojców synodalnych świeckich, co biskupów. Głos każdego jest tyle samo wart i tak samo istotny. Formuła ta, nie ma co ukrywać, jest niezgodna z prawem kanonicznym, ale za to umożliwia realną dyskusję i wymianę poglądów. I nawet jeśli może to rodzić niebezpieczeństwo „protestantyzacji synodu”, to nie ulega wątpliwości, że innej drogi poważnego przedebatowania kwestii władzy w Kościele może nie być. Sprawa ta zaś nie ma wymiaru dogmatycznego, a jedynie strukturalny. Tak się bowiem składa, że w średniowieczu biskupów mianowali władcy albo lokalne kapituły, a odwołać też często można ich było bez udziału papieża. Jeśli teraz jest inaczej, to tylko dlatego, że Kościół przyjął od państw - zresztą z pewnym opóźnieniem - absolutystyczną formę władzy, wedle której Kościół to papież i biskupi, władza płynie tylko z góry, a Lud Boży ma jedynie słuchać. I choć Sobór Watykański II zmodyfikował to myślenie od strony teologicznej, to w kwestii praktyki władzy niewiele się zmieniło. A jeśli tak, to tylko na gorsze, bo jednostkową odpowiedzialność zastąpił bezład władzy rozproszonej w biurokracjach konferencji episkopatów.
Można się oczywiście zastanawiać, czy zmiana proponowana przez niemieckich ojców synodalnych będzie zmianą na lepsze, czy nie ulegną oni protestantyzacji i demokratyzacji, ale trudno nie dostrzec, że akurat w tej kwestii ich pytania są słuszne, a potrzeba zmian - oczywista. Jeśli coś rodzi obawę, to jedynie to, że władzę biskupów może zastąpić po Drodze Synodalnej władza asystentów pastoralnych i zawodowych katolików. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że jakiś mechanizm kontrolny i odwoławczy powinien powstać, chyba że chcemy, by były nim skandale medialne, i to na skalę globalną. Jest to tym ważniejsze, że niestety - na skutek skrzywienia związanego ze wspomnianym przejęciem absolutystycznych wzorców władzy w Kościele - nie istnieją inne formy kontrolowania biskupów przez wiernych niż opinia publiczna i otwarta krytyka. Rzym - szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę ogrom Kościoła - jest daleko. Papież nie jest w stanie kontrolować wszystkiego, a jeśli nuncjusz apostolski jest w dobrych relacjach z miejscowym episkopatem, to… nic nie musi dochodzić do Watykanu. Chile jest tego tylko jednym z licznych przykładów. Pokrzywdzeni - zarówno księża, jak i świeccy - nie tylko przez przestępstwa seksualne lub ich krycie, ale także przez mobbing, sekciarskie nastawienie czy choćby konflikt z biskupem, nie bardzo mają się do kogo zwrócić. Sąd biskupi nie jest niezależny od biskupa, a on sam jest w istocie niekontrolowalny przez nikogo.
Sakralizacja instytucji
Walka z klerykalizmem wymaga jednak czegoś więcej. Tym czymś jest zerwanie z głęboko zakorzenionymi schematami myślenia i teologii, które niekiedy uniemożliwiają zmierzenie się z prawdą albo „wymuszają” jej ukrywanie przed innymi. Ojciec Święty Franciszek wszystkie te elementy razem określa mianem klerykalizmu, ale w polskim rozumieniu tego słowa niknie trochę głębia tego sformułowania. W istocie chodzi tu bowiem nie tylko o rozumienie roli księdza, ale całej instytucji Kościoła. U podstaw tego myślenia leży bowiem uznanie - prawdziwe teologicznie - że Kościół jest święty. Tyle że z tej prawdziwej tezy wyprowadza się fałszywe wnioski dotyczące doczesnej struktury kościelnej. I tak owa świętość, którą gładko wiąże się z hierarchicznością, ma oznaczać doskonałość, nieomylność przełożonego duchownego, a przynajmniej obowiązek podporządkowania się każdej (lub niemal każdej) decyzji biskupa ordynariusza czy proboszcza. „Wola boża”, jak w szamańskich obrzędach albo w plotyńskiej teorii emanacji, przekazywana jest tylko z góry (od świętych szczytów hierarchii) w dół, a rolą wiernych - a jeszcze bardziej szeregowych księży - jest co najwyżej odpowiednio ochotnie ową prawdę przyjąć, tak by niczego nie uronić. Sprzeciw, polemika, a niekiedy nawet zwyczajne zadawanie pytań jest traktowane jako naruszanie porządku świętości. Feudalny gest włożenia rąk święconego kapłana w ręce biskupa i przysięga posłuszeństwa i wierności jemu, a także każdemu jego następcy, tylko sakralnie wzmacnia takie myślenie.
W tak zsakralizowanej i hierarchicznej strukturze bardzo trudno uczyć się dialogu czy komunikacji oddolnej. Wikariusze czy proboszczowie są nauczani (szczególnie w większych ośrodkach) przyjmowania komunikatów od wiernych (co nie oznacza, że zawsze chętnie to robią czy że chcą się z nimi liczyć, ale i z tym jest w wielu miejscach coraz lepiej), jednak biskupi - a mówię teraz o Polsce - nieszczególnie chętnie przyjmują oddolne komunikaty od księży czy wyjaśniają im źródła swoich decyzji. Kanały komunikacji, porozumienia są często - nie twierdzę, że zawsze - przerwane. W części diecezji proboszcz czy wikary ma ogromne problemy, by spotkać się z ordynariuszem lub metropolitą, a uzyskanie od tego ostatniego jasnego uzasadnienia decyzji jest - i to bardzo często pozostaje złym standardem - niemożliwe. Dekret biskupa pozostaje „wolą bożą”, a pomysł, by konsultować pomysły ze specjalistami od psychologii czy zarządzania zasobami ludzkimi, uznawany jest niekiedy za naruszanie kompetencji Ducha Świętego. W efekcie sami produkujemy odejścia z kapłaństwa, a także kryzysy, których często dałoby się uniknąć, gdyby ordynariusze wysłuchiwali wikariuszy i proboszczów, szukali dla nich najlepszych rozwiązań, a niekiedy usuwali mobbingujących przełożonych (problem zaczyna się, gdy to oni takimi są, a jak wiadomo, mamy w Polsce przynajmniej jeden tego typu przypadek). Zamiast tego pewien proboszcz, który prosił kurię o zapoznanie się z problemami wikariuszy, zajęcie się nimi, usłyszał, że… gdyby się tym zajęto, to nie starczyłoby czasu na nic więcej. „Może to by i lepiej było” - skomentował wówczas ów, bardzo świątobliwy, kapłan.
Trzecim elementem owego klerykalnego paradygmatu jest uznanie, że tak naprawdę Kościołem, a przynajmniej „bardziej” Kościołem, są ci na górze, wyniesieni do większej świętości i godności poprzez święcenia kapłańskie. I pomijając już fakt, że przez to zapomina się o powszechnym powołaniu do świętości oraz kapłańskim, prorockim i królewskim wymiarze chrztu, a także o kapłaństwie powszechnym, to rodzi to także sytuację, w której obronę księży - i to nawet wtedy, gdy zarzuty są słuszne - utożsamia się z obroną Kościoła. Jeśli połączyć to z religijnym wyniesieniem kapłaństwa, związanym z pewnym rozumieniem jego sakramentologii, to rodzi się pokusa uznania, że świeccy nie mają prawa oceniać czy nawet krytykować kapłanów, o biskupach nie wspominając. Takie sformułowania możemy znaleźć w średniowiecznych wizjach mistycznych (a warto pamiętać, że zawierają one w sobie także element ludzkich przekonań i są historycznie uwarunkowane), w których możemy usłyszeć: „nie sądźcie moich kapłanów”. I nawet jeśli dziś takie słowa nie padają już często, to w praktyce działania wciąż słychać ich echo, a już uznanie, że krytyka biskupa czy kapłana jest krytyką Kościoła czy wręcz atakiem na niego, jest uproszczoną (by nie powiedzieć prostacką) pozostałością tej teologii. I z tym także trzeba zerwać. (…)
A co z kobietami?
Wiele wskazuje też na to, że w dającej się przewidzieć przyszłości możemy spodziewać się jeszcze głębszej - przynajmniej co do symboliki - zmiany. Mowa o zmieniającej się roli kobiet w Kościele. Franciszek w wielu swoich wypowiedziach powraca do tezy, że właśnie one są znakiem nadziei w kryzysach, jakie dotykają świata i Kościoła. „Kraje, w których kobiety są prezydentami lub premierami, ogólnie zareagowały lepiej i szybciej niż inne, błyskawicznie podejmując decyzje i komunikując je z empatią” - wskazywał papież, odnosząc się do miesięcy zmagania się z pandemią, i dodawał, że z własnego doświadczenia wie, że niektóre z najcenniejszych i najcelniejszych porad pochodzą w instytucjach kościelnych właśnie od kobiet. „Być może z powodu klerykalizmu, który jest zepsuciem kapłaństwa, wielu ludzi błędnie wierzy, że przywództwo w Kościele należy wyłącznie do mężczyzn. Ale jeśli udasz się do dowolnej diecezji na świecie, zobaczysz kobiety prowadzące wydziały, szkoły, szpitale oraz wiele innych organizacji i programów; w niektórych obszarach na stanowiskach przywódczych jest znacznie więcej kobiet niż mężczyzn. W Amazonii kobiety - zarówno osoby świeckie, jak i siostry zakonne - prowadzą całe wspólnoty kościelne. Mówienie, że nie są prawdziwymi liderkami, gdyż nie są kapłankami, jest klerykalizmem i brakiem szacunku” - zaznaczał. Takich wypowiedzi w wystąpieniach, wywiadach czy kolejnych książkach Franciszka znajdziemy więcej. Jednak, jak się zdaje, istotniejsze są nie wypowiedzi, ale decyzje. Od jakiegoś czasu doktrynalnie wszystko jest gotowe do tego, by wyświęcić pierwsze kobiety na diakonki. Symbolicznym krokiem w tym kierunku jest decyzja o dopuszczeniu kobiet do posługi lektoratu i akolitatu. (…)
Ogromną większość z tych posług - jeśli nawet nie w Polsce, to w Niemczech, Austrii, Francji czy niektórych diecezjach Stanów Zjednoczonych - kobiety wykonują już teraz. Nie brakuje diecezji, w których mogą jeszcze więcej. Asystentki pastoralne czy siostry zakonne, za zgodą biskupa miejsca, sprawują nabożeństwa pogrzebowe, błogosławią małżeństwa, dokonują wystawienia Najświętszego Sakramentu, a nawet sprawują Liturgię Słowa z Komunią świętą. W Polsce w ogromnej większości parafii kobiety czytają lekcje w czasie Liturgii, a w kilku diecezjach dziewczęta zostały dopuszczone do posługi ołtarza. W praktyce więc decyzja Franciszka nie zmienia niemal nic, a jedynie porządkuje sytuację pod względem prawnym. (…) Sakrament chrztu i dary z niego płynące udzielane są wszystkim niezależnie od płci i każdy z ochrzczonych - zarówno mężczyźni, jak i kobiety - uczestniczy w kapłańskiej, prorockiej i królewskiej godności Jezusa Chrystusa. I właśnie z owej godności, z uczestnictwa w kapłaństwie Chrystusa, wynika możliwość dopuszczenia mężczyzn oraz kobiet do posługi ołtarza.
Od zawsze jednak - i w tej sprawie nic się nie zmienia - Kościół katolicki podkreślał, że poza kapłaństwem powszechnym, przynależnym wszystkim ochrzczonym, istotne dla ukształtowania i istnienia Kościoła jest także kapłaństwo hierarchiczne, związane z sakramentem święceń. Do niego dopuszczani są jedynie mężczyźni, co ukazuje wspólna tradycja chrześcijaństwa wschodniego i zachodniego. I tej zasady Franciszek zmieniać nie zamierza. Wielokrotnie podkreślał, że jeśli chodzi o kapłaństwo kobiet, to droga jest zamknięta, nie tylko przez jasne orzeczenie św. Jana Pawła II, ale także przez całą Tradycję Kościoła. (…)
O diakonat idzie spór
Katechizm Kościoła Katolickiego jasno wskazuje, że (diakonat) jest stopniem święceń duchownych, choć nie jest kapłaństwem, i szczególnie wiąże osobę naznaczoną jego pieczęcią z Chrystusem Sługą. To wynosi oczywiście diakonat ponad kapłaństwo powszechne wszystkich ochrzczonych i w związku z tym uniemożliwia traktowanie diakonatu po prostu jako posługi, której udzielanie i administrowanie jest wprawdzie zarezerwowane dla Kościoła, ale które nie jest nierozerwalnie związane z płcią osoby. To stwierdzenie nie oznacza jednak, że diakonat nigdy nie będzie udzielany kobietom. Ofiarniczy charakter kapłaństwa sakramentalnego, jego związanie z Jedynym Arcykapłanem, jakim był Mężczyzna Jezus Chrystus, fakt, że na apostołów powołał On wyłącznie mężczyzn, występowanie przez prezbitera czy biskupa w czasie sprawowania Mszy in persona Christi, a także związki z kapłaństwem Starego Testamentu, które również było wyłącznie męskie, sprawiają, że kapłanami mogą być jedynie mężczyźni. W przypadku diakonatu tych związków nie ma, a diakon pozostaje w szczególnej relacji do Chrystusa Sługi, do Jego funkcji służebnej, do której powołani są wszyscy ochrzczeni, niezależnie od płci. Nie da się również w tym przypadku skorzystać z argumentu, że Jezus nie powołał kobiet na diakonki, bo do tej posługi jako pierwsi powołali dopiero apostołowie, a w listach apostolskich mamy ślady istnienia kobiet diakonis. „Polecam wam Febę, naszą siostrę, diakonisę Kościoła w Kenchrach” (Rz 16, 1) - pisał św. Paweł. I choć historycznie można powiedzieć, że określenie to mogło oznaczać tylko osobę pozostającą w służbie Kościoła w Kenchrach, to warto też wiedzieć, że w tym czasie rozróżnienie między starszym, biskupem, diakonem, prezbiterem nie było klarowne, a później przez wieki w części Kościołów rzeczywiście funkcjonowały diakonisy.
Wszystkie te elementy sprawiają, że możemy sobie wyobrazić (co nie znaczy, że do tego dojdzie), iż za kilka czy kilkanaście lat kobiety będą mogły przyjmować święcenia diakonatu. Może być jednak również tak, że doktryna katolicka doprecyzuje w taki sposób ową „pieczęć” szczególnej relacji z Chrystusem Sługą, że będzie ona nadal ograniczona do mężczyzn. (…)
Idą zmiany
I już tylko te wyżej zasygnalizowane zmiany pokazują, że struktury kościelne będą się bardzo głęboko przekształcać. Rosnąca rola kobiet, możliwe wprowadzanie ich w układ hierarchiczny na poziomie diakonatu, jakaś forma ograniczania władzy biskupów (która również wydaje się niezbędna dla lepszej ich kontroli i większej przejrzystości) czy wreszcie przepracowanie modelu życia kapłańskiego, a może po prostu powstanie nowego - to wszystko sprawi, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat Kościół będzie wyglądał całkowicie inaczej.
Trudno w tej chwili poważnie odpowiedzieć na pytanie jak, ale z pewnością nie będzie to identyczna instytucja jak dziś. Wprowadzenie do niego kobiet, większa kontrola, ograniczenie władzy może sprawić, że zaczniemy żyć w Kościele bardziej empatycznym, czułym, przenikniętym większym szacunkiem, nieco mniej zbiurokratyzowanym, a z pewnością mniej klerykalnym.
„Ważną rzeczą jest, aby Kościół był jak kobieta i miał zachowania oblubienicy i matki. Kiedy o tym zapominamy, Kościół staje się męski. Bez tego wymiaru, a to smutne, staje się Kościołem starych kawalerów, którzy żyją swoją samotnością, niezdolni do kochania, do płodności” - stwierdził papież Franciszek podczas kazania wygłoszonego na Mszy św. w Domu św. Marty. „Bez kobiety Kościół nie może iść dalej, ponieważ on jest kobietą. Jego kobiecy wymiar znajduje swój początek w Maryi, ponieważ tak chciał Jezus” - mówił dalej Ojciec Święty, dodając: „Kościół, który jest matką, kroczy drogą czułości. Zna język wielkiej mądrości, jakim jest delikatność, cisza, spojrzenie, które jest współczujące, które potrafi również milczeć. I także dusza, osoba, która żyje taką przynależnością do Kościoła, wiedząc, że jest matką, musi podążać tą samą drogą: musi być osobą łagodną, czułą, uśmiechniętą, pełną miłości”. ©℗
Fragment pochodzi z książki „Koniec Kościoła, jaki znacie” Tomasza Terlikowskiego, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Nowej Konfederacji
nieznane