Nieco ponad 20 lat temu, w styczniu 2001 r., szedłem w zacinającym śniegu północnym skrajem berlińskiego parku Tiergarten. Wśród drzew stało tam osiedle bloków. Na człowieku, który wychował się w Warszawie czasów późnego PRL-u, bloki zasadniczo nie robią wrażenia. Ale te konkretne bloki były jakieś inne – subtelniejsze, mniej klocowate, lżejsze, zaopatrzone w miłe dla oka krzywizny. Dało się to zobaczyć nawet w parszywą pogodę. Poza tym położone były w parku i każdy zdawał się inny. Okazałem życzliwe zainteresowanie, po czym udałem się w swoją stronę.
Sprawa jednak nie dawała mi spokoju – wieczorem zapytałem o to osiedle znajomych berlińczyków. I tak dowiedziałem się, że spacerowałem po słynnej Hansaviertel, ikonie dojrzałego modernizmu, dzielnicy powstałej na ruinach (i z ruin – bo przy jej budowie symbolicznie używano także gruzów) paru kwartałów ulic całkowicie zniszczonych w czasie wojny. „Interbau” – tak nazywało się przedsięwzięcie architektoniczne, w którym udział wzięli najwięksi projektanci tamtej epoki, między innymi Alvar Aalto, Le Corbusier, Oscar Niemeyer, Jo van der Broek, a także Walter Gropius, niegdysiejszy założyciel Bauhausu. W latach 1957–1961 wzniesiono modelowe osiedle – ekspozycję (każdy blok projektował inny architekt), przeznaczone na niedrogie mieszkania spółdzielcze; osiedle, które miało być swoistą demonstracją miękkiej, społecznej potęgi Berlina Zachodniego. W tych samych latach w Berlinie Wschodnim kończyła się budowa pierzei potężnych socrealistycznych kamienic wzdłuż Alei Karola Marksa (Karl-Marx-Allee), demonicznych przedstawicielek stalinowskiego cukiernictwa w architekturze.
Teraz wiem, że stałem wtedy przed blokiem zaprojektowanym przez Gropiusa (Händelallee 1-9) – i to ów blok wyginał się w miły łuk oraz zwodził różnorodnie rozmieszczonymi balkonami.
W istocie jednak nie trzeba udawać się do Berlina na Hansaviertel, żeby poobcować z modernizmem. Z reguły nie trzeba nawet wychodzić z mieszkania. Nasze domy, pokoje, biura, meble, windy, parkingi, sklepy, przedmioty codziennego użytku – wszystko to zostało (mówiąc nieco metaforycznie) zaprojektowane przez Gropiusa i jego kolegów: modernistów, funkcjonalistów, konstruktywistów. Rozmaitych wizjonerów, którzy rozrysowywali na deskach kreślarskich utopię nowej, lepszej cywilizacji. Nie zapobiegli wprawdzie wojnom i totalitaryzmom (niektórzy z nich darzyli totalitaryzmy zdecydowaną sympatią), ale – na dobre i na złe – odmienili oblicze świata. Przeważnie mieli szlachetne intencje. A miasta i fabryki, które na początku zeszłego stulecia chcieli przebudowywać i reformować, były istnym koszmarem: przeludnionym, mrocznym siedliskiem biedy i nieszczęścia.
foto: materiały prasowe
Teraz nadarza się okazja, by ze szczegółami prześledzić życie jednego z tych idealistów – Waltera Gropiusa właśnie. Ukazała się bowiem jego biografia „Gropius. Człowiek, który zbudował Bauhaus” pióra zmarłej przed rokiem brytyjskiej pisarki i historyczki kultury Fiony MacCarthy. Gropius był niezwykle wpływowym przedstawicielem awangardy – książka MacCarthy nie jest wszelako ani trochę awangardowa: to solidnie, jak po sznurku, skonstruowana narracja, spokojna i akademicka w tonie. Trochę brakuje jej szaleństwa i kreatywności ludzi, o których opowiada, ale w zamian dostajemy mnóstwo faktów opisanych z brytyjską wstrzemięźliwością. MacCarthy nie jest, na szczęście, recenzentką życia Gropiusa, tego u biografów nie cierpię.
Niedawno pisałem tu o udanej biografii Bronisława Malinowskiego („Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie” Grzegorza Łysia) jako – między innymi – o złożonej historii kształtowania się człowieka osobowościowo nowoczesnego. Malinowski nie był w tym procesie osamotniony, rzecz jasna. Gropius, starszy od niego o 11 miesięcy (urodzony w 1883 r., zmarły w roku 1969), szedł podobną ścieżką: architekt, który tuż przed I wojną światową projektuje przełomowy, wizjonerski budynek fabryki obuwniczej Fagus w dolnosaksońskim Alfeld, jednocześnie lubi dumnie przechadzać się w pruskim mundurze oficerskim, angażuje się w romans, wiedziony modnymi wówczas „popędami”, do kochanki skrobie niewiarygodnie grafomańskie listy (a może to nam nie pasuje tego rodzaju histeryczna wylewność w wyrażaniu uczuć, wówczas najzupełniej normalna), a także snuje jakieś idiotyczne, rasistowskie teorie o aryjskiej i żydowskiej krwi. Fabryka w Alfeld, istny szklany dom, wciąż wygląda, jakby ją zbudowano przed tygodniem – młody Gropius sprawia za to wrażenie postaci z jakiejś dekadenckiej powieści.
A potem przychodzi wielka wojna i wielu z tych, którym udało się nie zginąć na froncie, uświadamia sobie, że żyli w fałszywym, zakłamanym, złym świecie. Gropius jest wśród nich. Walczył bohatersko, przeżył, choć koledzy padali wokół niego jak ścięte kwiaty, był ranny, jak również niemal śmiertelnie przysypany w transzei. Tuż po zakończeniu działań wojennych nie rozpamiętuje klęski, lecz na fali rewolucyjnych emocji przyłącza się do Arbeitsrat für Kunst (Rady Pracy do spraw Sztuki), kolektywu postępowych architektów, malarzy i rzeźbiarzy, a niebawem staje się jego przewodniczącym. „Arbeitsrat kładł silny nacisk na budownictwo mieszkaniowe, miało ono bowiem zapewnić ludziom nowe, bogatsze, bardziej demokratyczne życie” – relacjonuje MacCarthy. – „Członkowie kolektywu wspierali się nawzajem i byli pełni entuzjazmu. Gropius pisał matce: »Wszyscy przychodzą na spotkania. To niezwykle piękne i poruszające. (…) Od zawsze marzyło mi się takie życie. Stało się możliwe dopiero za sprawą oczyszczającego działania wojny«. Współpraca z Arbeitsrat dała Gropiusowi bodziec, by wcielić w życie idealistyczny pomysł, który od lat chodził mu po głowie. Postanowił stworzyć Bauhaus, nowoczesną wersję Bauhütte, czyli średniowiecznej strzechy budowlanej, grupę współpracujących ze sobą artystów z najróżniejszych dziedzin, którym przyświecałoby wspólne pragnienie budowy nowego, lepszego świata”.
Jako konkretne miejsce, które można wskazać na mapie, Bauhaus – multidyscyplinarna szkoła projektowania – istniał krótko, bo ledwie 13 lat, najpierw w Weimarze (1919–1925), potem w Dessau (1925–1932) i w Berlinie (1932–1933). Sam Gropius spędził w Bauhausie niecałą dekadę (ustąpił ze stanowiska dyrektora w 1928 r.). Ale idea uczelni, która umożliwia uprawianie demokratycznej sztuki w demokratycznym społeczeństwie i dla demokratycznego społeczeństwa, tworząc przy okazji wspólnotę artystów utylitarystów rozmaitych dziedzin, okazała się ideą szalenie wpływową, a prób odtwarzania tego modelu było wiele w różnych miejscach i czasach – nawet Gropius spróbował raz jeszcze, na amerykańskim Harvardzie na przełomie lat 40. i 50.
Futurystyczna retoryka Bauhausu brzmi dziś zabawnie – i trochę też groźnie („Powołajmy do życia nową gildię rzemieślników, wolną od dystynkcji klasowych, taką, w której nie będzie obowiązywał arogancki podział na fachowców i artystów! Wyśnijmy, obmyślmy i stwórzmy nowy gmach przyszłości, który pewnego dnia wzniesie się ku niebu dzięki pracy rąk milionów robotników, niczym kryształowy symbol naszej wiary”), ale pod tą mową-trawą kryły się nader pragmatyczne pomysły: by łączyć ambicje artystów z potrzebami przemysłu, by projektować przedmioty (a nawet domy) do seryjnej, masowej produkcji, by wykorzystywać naturalną kreatywność każdego człowieka (weźmy postulowane przez Bauhaus idee edukacji artystycznej) i każdemu człowiekowi na możliwie uczciwych, egalitarnych warunkach zapewnić wygodne miejsce do mieszkania. Gropius – który sam uważał się przede wszystkim za architekta, mimo że nigdy nie nauczył się dobrze kreślić – funkcjonował w takim kolektywie jak ryba w wodzie. Charyzmatyczny, empatyczny, lojalny, ostrożny – nadawał się jak nikt na nauczyciela, autorytet, na osobę, która jest idealnym łącznikiem w sieci społecznej, powoduje, że ludzie chcą się ze sobą spotykać i robić coś razem.
MacCarthy opisuje skomplikowane losy Gropiusa jako niemieckiego emigranta – w 1934 r. wyjechał z III Rzeszy do Wielkiej Brytanii, od 1937 r. mieszkał w Stanach Zjednoczonych – a także losy całej sztuki i architektury nowoczesnej, która ucierpiała w zderzeniu z nazizmem i stalinizmem. Autorka ciekawie naświetla dylematy idealisty, który najpierw próbuje bezskutecznie przetrwać w systemie hitlerowskim, potem zaś mierzy się z innymi wyzwaniami: w Anglii nikt go nie rozumie, w USA musi się zmierzyć z nieuchronną komercjalizacją swoich bauhausowskich koncepcji. W tle, oczywiście, płynie opowieść o życiu prywatnym Gropiusa – bywało fascynujące i tragiczne – ale brak tu miejsca, by się w te zagadnienia zagłębiać.
Tak czy owak Walter Gropius miał rzadki dar inspirowania uczniów i przyjaciół swoimi zaraźliwymi ideami dotyczącymi bliskich związków architektury i codziennej egzystencji. W domach przez niego zaprojektowanych po prostu dobrze się mieszka. Zaś o jego inklinacjach do grania w drużynie zgrabnie opowiada anegdota, którą sam przytaczał: „Zainicjowałem rozmowę na temat pracy zespołowej. Wright (Frank Lloyd Wright, wielki amerykański architekt modernistyczny i rywal Gropiusa – red.) usiadł koło mnie i słuchał z uśmiechem na twarzy. Gdy skończyłem, powiedział: »Walterze, kiedy chcesz zrobić komuś dziecko, nie prosisz przecież sąsiada o pomoc, prawda?«. Odparłem na to: »Jeśli sąsiad jest kobietą – czemu nie«”.