Ale jest to opinia niesłuszna. Jaroszewicz to przecież postać nie mniej ciekawa, a na pewno dalece bardziej tajemnicza. I nie chodzi tylko o wydarzenia z 1992 r., gdy były premier wraz z małżonką został zabity w domu w warszawskim Aninie. To śmierć, która rodzi wiele pytań o to, czy nie chodziło tu o uciszenie człowieka, który zbyt wiele wiedział.
Ale również w czasie politycznej aktywności Jaroszewicz nie był postacią ani bezbarwną, ani tym bardziej jednoznaczną. Uchodził za „człowieka Moskwy”, lecz sam temu żywiołowo zaprzeczał. Owszem – często podróżował do centrali i miał dobre kontakty w Moskwie. Co faktycznie współgrało z jego wizerunkiem człowieka dobrze poinformowanego (dawał np. do zrozumienia, że wie, kto stał za śmiercią gen. Karola Świerczewskiego, oficjalnie poległego w Bieszczadach z rąk ukraińskiej bojówki). Jednakże sprawując najwyższe funkcje rządowe, Jaroszewicz pozostał wierny swojemu partyjnemu pryncypałowi i nie wziął udziału w partyjno-wojskowym puczu, który Gierka (za zgodą Moskwy) usunął ze stanowiska. Także potem konsekwentnie bronił dorobku „przerwanej dekady” lat 70. Wbrew następcom, którzy zrobili sobie z nich kozłów ofiarnych dla usprawiedliwienia wielu własnych zaniedbań czy fatalnych decyzji.