Reklama
„Ach, wspaniały ten Wolter, wspaniały. Jedynie, wiesz, gdy mówi o matematyce, to wydaje mi się trochę słaby” – miał powiedzieć d’Alembert. „Ja też oczywiście podziwiam – tylko gdy mówi o prawie, trochę to brzmi banalnie” – odparł profesor prawa. Ta anegdota (nawet jeśli rzecz się nie zdarzyła) dość dobrze oddaje uczucia towarzyszące mi przy lekturze książki „POST CORONA” Scotta Gallowaya.
Z okładki strzela zapowiedź, że Galloway to „autor bestsellera”. Na skrzydełkach wychwalają go szacowni koledzy i koleżanki z dziennikarskiej branży. Nic, tylko czytać. Czytam więc, czytam i… nic się nie dzieje. To znaczy dzieje się tyle, że zdania układają się w logiczną całość. Tu i ówdzie zaiskrzy dowcip albo wystrzeli fajerwerk trochę pretensjonalnego luzackiego stylu amerykańskich biznesmenów chwytających za pióro (ja akurat nie przepadam). Przed oczami czytelnika przesuwa się zaś zestaw słów i problemów składających się na tzw. wyzwania XXI w.
Jest więc (w roli głównej) koronawirus, który nie stworzył nowych wyzwań, lecz raczej „przyspieszył szereg procesów, na które i tak się zanosiło”. Jest praca zdalna, co to zamienia nasze sypialnie w biura czynne 24 godziny na dobę. Jest sporo o Google’u, Facebooku, Amazonie i Apple’u, czyli wielkiej czwórce, która najwięcej na koronakryzysie wygrała i już nawet nie ukrywa, że rości sobie pretensje do bycia kimś ważniejszym niż przywódcy państw albo liderzy wielkich religii. Jest nawet o tym, że żyjemy w systemie, gdzie jak jesteś biedny, to musisz konkurować zgodnie z najtwardszymi regułami kapitalistycznej gry. Ale jeśli miałeś szczęście i masz pieniądze, to żyjesz w socjalizmie. Zawsze cię tu ktoś uratuje przed bankructwem.
I tak dalej przez prawie 300 stron. Nie mówię, że źle ani że głupio. Przeważnie dość nawet słusznie. Zwykle celnie. Ale cały czas mam to samo wrażenie, co 250 lat temu matematyk d’Alembert i jego przyjaciel prawnik z Genewy. Ilekroć Galloway wchodzi na obszar, którym sam się od lat zajmuję, tyle razy mam ochotę powiedzieć: ludzie, przecież on po prostu wyważa otwarte drzwi. Powtarza to, co już wielokrotnie w różnych miejscach i przez różnych ludzi zostało w ostatnich latach i miesiącach powiedziane. Przepraszam, że to mówię, bo czytałem już w życiu gorsze książki. Ale ktoś chyba musi powiedzieć, jak jest. A jest tak, że Scott Galloway jest w tej książce banalny i wtórny. W tym sensie ta jego „POST CORONA” to oferta wyłącznie dla osób, które w ciągu ostatniej dekady były w śpiączce, podróżowały dookoła świata bez dostępu do internetu albo doskonaliły swoje duchowe życie, medytując u tybetańskich mnichów. Wszyscy pozostali mogą sobie darować wydatek rzędu 59 zł 90 gr. Bo zapewniam, że już to wszystko gdzieś czytali, widzieli albo po prostu obiło im się o uszy.