„Ach, wspaniały ten Wolter, wspaniały. Jedynie, wiesz, gdy mówi o matematyce, to wydaje mi się trochę słaby” – miał powiedzieć d’Alembert. „Ja też oczywiście podziwiam – tylko gdy mówi o prawie, trochę to brzmi banalnie” – odparł profesor prawa. Ta anegdota (nawet jeśli rzecz się nie zdarzyła) dość dobrze oddaje uczucia towarzyszące mi przy lekturze książki „POST CORONA” Scotta Gallowaya.
Z okładki strzela zapowiedź, że Galloway to „autor bestsellera”. Na skrzydełkach wychwalają go szacowni koledzy i koleżanki z dziennikarskiej branży. Nic, tylko czytać. Czytam więc, czytam i… nic się nie dzieje. To znaczy dzieje się tyle, że zdania układają się w logiczną całość. Tu i ówdzie zaiskrzy dowcip albo wystrzeli fajerwerk trochę pretensjonalnego luzackiego stylu amerykańskich biznesmenów chwytających za pióro (ja akurat nie przepadam). Przed oczami czytelnika przesuwa się zaś zestaw słów i problemów składających się na tzw. wyzwania XXI w.