„Wszystko, co mi zostało, to Bóg i piłka nożna” – wyznaje w drugim tomie „Dziennika” Jerzy Pilch. I – jak można się spodziewać – od razu wetuje swoje słowa.

Zaczyna pisać diariusz w czerwcu 2012 roku, czyli wtedy kiedy w kraju trwa żałoba narodowa po kolejnej porażce naszych piłkarzy. Tym bardziej dotkliwej, że jako gospodarze Euro łudziliśmy się, że futboliści z orzełkami na piersiach przynajmniej awansują do fazy pucharowej turnieju. Spodziewalibyśmy się erudycyjnych i wielowątkowych analiz tego Waterloo, tymczasem Pilch, filozof futbolu i wyrafinowany degustator boiskowej rzeczywistości, przechodzi nad klęską do porządku dziennego. A może raczej wykreśla niektóre punkty z tego porządku. Zamyka się w warszawskim mieszkaniu przy Hożej i celebruje rozważania o nadciągających rozwiązaniach ostatecznych. Mniej skory jest do polemik i ripost, rzadziej piętnuje głupotę i oportunizm, choć zdarza mu się wziąć pod pióro nierozgarniętego polityka. Częściej polemizuje natomiast z duchami: Cioranem, Dostojewskim, Mannem. Opowiada o zmaganiach z chorobą, wycofuje się i paradoksalnie intensywniej podróżuje – choć prawie nie rusza się z miejsca. Mieszkanie przy Hożej zapełniają postaci z przeszłości, ze wspomnień, lektur i marzeń. Kobiety, które odeszły. Bohaterowie literaccy, z którymi Pilch odczuwa przewrotne powinowactwa. Dopisuje kolejne rozdziały do historii Czyżów i Kubiców oraz rodzinnej Wisły. Nie jest zadziorny, ale nadal epatuje dystansem do siebie oraz ironicznym stosunkiem do świata. Pisanie jest dla Pilcha lekarstwem na chorobę. Skutecznym – „Drugi dziennik” to fascynująca