Sułtan – tak zgryźliwie określają prezydenta Turcy. Piętnaście lat u władzy zazwyczaj odbiera politykom resztki świeżości, a wyborcę zwyczajnie męczy. Nie nad Bosforem. Recep Tayyip Erdoğan po ubiegłotygodniowym głosowaniu będzie rządził do 2023 r., przy okazji wyborcy przyznali mu uprawnienia, jakich nie miał żaden poprzednik od czasów Atatűrka. Reportaże Thomasa Orchowskiego to przynajmniej częściowa odpowiedź na pytanie, jak to było możliwe.
Jeszcze niecałe dwa lata temu Erdoğan był zwierzyną. „Na lotnisku Atatűrka w Stambule ląduje samolot prezydencki. Wita go tłum zwolenników. Wylądować udaje się dzięki sprytowi pilotów. Początkowo Gulfstream IV krąży niedaleko Stambułu z resztą oczekujących samolotów. Puczystom udaje się go namierzyć, ale wtedy prezydenccy piloci zmieniają status lotu na cywilny. Dzięki temu samolot znika z radarów F-16s przewrotowców. Wojskowi nie chcą ryzykować, że zestrzelą maszynę pełną turystów, więc gdy tylko siły lojalne wobec prezydenta odbijają lotnisko Atatűrka, Gulfstream IV ląduje bezpiecznie” – pisze Orchowski.
„Rzeź na Tarlabaşi. Opowieść o nowej Turcji” zaczyna się retrospekcją z piątego w dziejach Turcji – i pierwszego nieudanego – puczu wojskowego, kiedy to przeciwnicy Erdoğana podjęli próbę odsunięcia go od władzy. Przewrót z 2016 r. stał się punktem wyjścia do ostatecznej konsolidacji władzy w rękach Sułtana. Ale prowadziła do niego długa droga, bo historia nowej Turcji nie zaczęła się wraz z dojściem do władzy Partii Sprawiedliwości i Rozwoju w 2002 r.