Przyznaję, trochę w ostatnich latach straciłem z oczu Jarosława Kiliana. Po rozstaniu z Teatrem Polskim pracował w Gdyni i Krakowie, wciąż uczy studentów reżyserii Akademii Teatralnej. Nigdy nie zabiegał o zainteresowanie dziennikarzy i krytyków. Robił na scenie swoje, poszerzając granice swych zainteresowań. Pamiętam sprzed lat jego gorzkiego, ostrego jak brzytwa, bezlitosnego „Don Juana”, zaprzeczającego stereotypowi, że Kilian najlepiej czuje się w krainach teatralnej łagodności, nie wstydzi stylu bajkowego, z lekka nawet naiwnego. Mawiano, że Kilianowi najwygodniej w teatrze dla dzieci, że byłby idealnym szefem jednej z takich scen. Zbyt łatwe jednak to myślenie. Kilian rozsadza bowiem ramy teatru dla najmłodszych albo młodych widzów. Szuka raczej tego, co wspólne dla dzieci w każdym wieku, nawet tym bardzo dojrzałym. Najlepszym dowodem na to są „Podróże Guliwera” wystawione właśnie w stołecznym Teatrze Polskim.

Tytuł wydaje się dla artysty wymarzony, łatwo wymienić go obok chociażby Leśmianowskich „Przygód Sindbada Żeglarza”, które inscenizował już w pięciu wersjach. Tymczasem Kilian spotyka się z Guliwerem po raz pierwszy, zdecydowanie rozszerzając tym razem formułę swego teatru. Teatr Polski będzie promował ten spektakl jako propozycję dla dzieci. Warto jednak zastrzec, iż idzie o dzieci starsze, maluchy raczej się na tym widowisku nie odnajdą. Bo choć Jarosław Kilian nie mnoży zagadek, sięgając po pierwsze dwie księgi dzieła Swifta, jego „Podróże Guliwera” nie unikają zdecydowanie głębszej refleksji. Nie boją się powtórzeń, czasem działają niczym kropla drążąca kamień. No i nie są krótkie. Ponad dwie i pół godziny teatru naraz, nawet z przerwą, to dla najmłodszej widowni ciągle spore wyzwanie.

Co innego nieco bardziej świadoma publiczność. Ona zrozumie „Podróże Guliwera” z Teatru Polskiego jako opowieść o nieodwracalności ludzkiego losu. O tym, że człowiek – przepraszam za średnią poezję – bywa łupiną targaną przez fale oceanu, rzucaną to tu, to tam, bez własnej woli. Nie bez przyczyny Kilian inkrustuje scenariusz swojego „dziecięcego” przedstawienia fragmentem „Burzy” Szekspira oraz „Życia snem” Calderona. Dlatego też odwołuje się do słynnego wiersza Czesława Miłosza „Do Jonathana Swifta”, pomieszczonego zresztą w teatralnym programie. Jest w nim opis niedoskonałości dziejów i daremności ludzkich wysiłków. Jakby poeta wydestylował samą esencję z dzieła duchownego z Dublina.

Kilian ma tego świadomość, więc czasem zatrzymuje bieg widowiska, ukazując Lemuela Guliwera (Maksymilian Rogacki) w całej jego bezradności. Wystarczy spojrzeć na scenę, kiedy bohater zabawia gawiedź na jarmarku wciąż tą samą bajką. Coraz bardziej brakuje mu tchu, coraz mniej ma słów. Jednak chce braw. Słyszy je i wyczerpany upada.

Nie znaczy to rzecz jasna, że „Podróże Guliwera” w Polskim są jakąś trudno przystępną sceniczną kolubryną. Przeciwnie, Kilian wraz z autorką scenografii Julią Skrzynecką bawią się możliwościami sceny przy Karasia, gdy trzeba, uruchamiając obrotówkę, tworząc iluzję morskiej burzy. Udatnie pomagają w tym dźwiękowe dekoracje Andrzeja Brzoski. Takiego fonicznego krajobrazu w teatrze dawno nie słyszałem. Wszystko to buduje siłę iluzji, która pozwala ożywić klasycznego morskiego wilka, kapitana Pricharda (sugestywny Marcin Jędrzejewski), dać zabawną miękkość królowi Olbrzymów (Adam Biedrzycki) albo przerysowaną celowo chciwość Kmieciowi Dominika Łosia. Spektakl w Polskim stoi zbiorową pracą aktorów, dlatego trudno tym razem mówić o ich indywidualnych osiągnięciach. Maksymilian Rogacki jako Guliwer wypada nieźle, choć z woli reżysera i pisarza często ogranicza się do roli zadziwionego światem obserwatora.

Tempo widowiska dyktuje irlandzki rytm muzyki Grzegorza Turnaua i czasem zdaje się, że jest jej aż za dużo. Całość pęcznieje dzięki niej, atakuje zmysły. Chwilami chciałoby się ciszej, mniej. Być może jest to jednak cena za dotarcie do przyzwyczajonej do mocniejszych bodźców widowni. Niech tak będzie.

„Podróże Guliwera” Jonathana Swifta | reżyseria: Jarosław Kilian | Teatr Polski w Warszawie